„Miasteczko South Park”, „Głowa rodziny” i „Simpsonowie”. Wszyscy znamy te produkcje, cenimy, lubimy i śledzimy kolejne odcinki od lat. Chciałbym jednak zaproponować, żeby wejść głębiej w świat seriali animowanych dla dorosłych i odkryć jego bogactwo. Poniższe tytuły pozwolą wam na czas seansu zapomnieć o swoim wieku i bawić się przy oglądaniu bajek jak w dzieciństwie. Ich stałymi komponentami są świńskie żarty, czarny humor i przemoc w bardziej ekstremalnej formie niż w niejednym filmie aktorskim z kategorią R.

„The Venture Bros.”

Jest to najdłużej produkowany serial w historii Adult Swim (pasmo nocne Cartoon Network, w którym emitowano chociażby „Ricka i Morty’ego”). Samo to powinno sugerować, czego należy się spodziewać. Dużo absurdalnego humoru, zabawy konwencją, akcji i odniesień do popkultury. Głównymi bohaterami jest rodzina Venture, składająca się z dwójki braci i uważającego się za supernaukowca ojca. Towarzyszy im twardy i niezwyciężony ochroniarz, pomagający w walce z samozwańczym nemezis protagonistów Monarchą. Ubaw po pachy w każdym odcinku gwarantowany.

„Mike Tyson Mysteries”

Słynny bokser tym razem występuje w roli animowanego detektywa. Wraz z adoptowaną córką, duchem markiza Queensberry i pingwinem (tak, córką, duchem i pingwinem. Co w tym dziwnego?) rozwiązuje kolejne zagadki kryminalne w manierze bajek pokroju „Scoobyego Doo”. Co prawda nie zawsze przyjdzie nam dowiedzieć się kto popełnił daną zbrodnię, bo akcja w odcinkach nieraz skręca w innym kierunku. Twórcy wyśmiewają bowiem konwencję kryminałów dla dzieci. Robią to nie stroniąc od wulgarnego języka i ciętych żartów.

„Black Dynamite”

Znasz Shafta (nie tego w wersji Samuela L. Jacksona, tylko Richarda Roundtree), albo Sweetbacka? Nie? To czas nadrobić zaległości. Są to jedni z najtwardszych skurczybyków, jacy gościli na ekranie. Filmy w jakich się pojawili zapoczątkowały w latach 70. ubiegłego wieku cały nurt kina eksploatacji zwany blaxploitation. Główne role w tych produkcjach odgrywają Afroamerykanie, a fabuły skupione są wokół ich kultury. Twórcy serialu składają hołd całemu cyklowi i go parodiują, serwując animowaną kontynuację aktorskiego pełnego metrażu „Black Dynamite” z 2009 roku. Zobaczymy tu znanych z pierwowzoru bohaterów stawiających czoło nowym wyzwaniom. Starczy powiedzieć, że w kolejnych odcinkach w oparach absurdu spotykają celebrytów i walczą z Richardem Nixonem w ironicznie-zabawny sposób utrwalając stereotypy rasowe.

„Metalocalypse”

Prawdziwa gratka dla miłośników ciężkiego grania. Dla wszystkich tych, którzy mają dusze tak samo czarne jak serca. Członkowie Deathklok porozumiewają się tytułami piosenek chociażby Cannibal Corpse, a za cel stawiają sobie uczynienie całego świata metalowym. Mają szansę to osiągnąć, bo ich fani gotowi są okaleczać się i ginąć na koncertach. Gdziekolwiek główni bohaterowie się nie pojawią wprowadzają chaos i zawsze towarzyszy im przemoc, czym przykuwają uwagę wzorowanej na Iluminatach grupy zwanej Trybunałem. I chociaż starają się być śmiertelnie poważni, twórcy z nich szydzą. Przekłada się to na wybuchową mieszanką humoru, horroru i gore zamykaną w 10-ciominutowych (z wyjątkiem trzeciego sezonu, w którym odcinki trwają po 20 min) epizodach.

„Archer”

Zaciskacie zęby za każdym razem, gdy James Bond biegnie po jadącym pociągu i kibicujecie mu w zdobywaniu kolejnych dziewczyn? Obgryzacie paznokcie, kiedy Ethan Hunt w ostatniej sekundzie ratuje świat wykonując misję niemożliwą? Nie spodziewajcie się podobnych emocji po „Archerze”. Tutaj szpiedzy są raczej dysfunkcyjni. Wychodzą cało z opresji, ale mają przy tym więcej szczęścia niż rozumu. Celem twórców jest obnażanie mechanizmów konwencji filmów szpiegowskich i przekraczanie kolejnych granic absurdu. Napięcia może nie ma, ale zabawy jest co niemiara.

„BoJack Horseman”

Opowieść o uczłowieczonym koniu celebrycie i alkoholiku nie od razu podbiła serca widzów i krytyków. Pierwszy sezon został entuzjastycznie przyjęty, ale to od drugiego wszyscy zaczęli tracić dla niej głowy, umieszczając w czołówce netflixowych produkcji. Jest to satyra na otaczający nas świat utrzymana w manierze bajek Ezopa. Twórcy obdarzają zwierzęta ludzkimi cechami, aby móc opowiedzieć o uniwersalnych prawdach. Odniesieniami do rzeczywistości zmuszają do refleksji, nie zapominając jednocześnie o aspekcie rozrywkowym. Ich humor jest czarny, absurdalny i wulgarny. Potrafią rozbawić zajmującym cały epizod monologiem głównego bohatera na pewnym pogrzebie, czy każąc mu wyzywać się w myślach od najgorszych. Z każdym odcinkiem podnoszą sobie poprzeczkę i radośnie ją przeskakują łamiąc kolejne tabu i schematy. Niech was nie zwiedzie więc animowana forma i zwierzątka na ekranie. Nie puszczajcie tego serialu dzieciom, gdy pragniecie chwili spokoju.

„Brickleberry”

Czyż natura nie jest wspaniała? Fauną i florą w pierwszym odcinku tego serialu zachwyca Steve. Potem możemy zobaczyć zwierzęcą orgię seksualną. Ciężko o lepsze przygotowanie widzów na to, co ich czeka na przestrzeni trzech sezonów. Twórcy, czyli dwójka niepokornych komików Roger Black i Waco O’Guin za cel postawili sobie obrazić wszystkie grupy społeczne i z każdym odcinkiem przekraczać kolejne granice dobrego smaku. Nie brakuje tu seksistowskich i rasistowskich żartów, ani fekalnego humoru podpartego wulgarnym językiem. Wszystko to, aby wyśmiać otaczającą nas rzeczywistość. Akcja rozgrywa się w środowisku strażników leśnych, a na ekranie można zobaczyć całą galerię osobliwości. Zobaczycie tutaj jak czarnoskóry podrywa kolejne starsze panie, otyła i brzydka (co wielokrotnie zostaje jej wypomniane) lesbijka zakochuje się w niezłej lasce, czy rodzi antychrysta, a gadający niedźwiadek uprzykrza życie swojemu niezbyt rozgarniętemu właścicielowi. To tylko wierzchołek góry lodowej. Zwolennicy poprawności politycznej nie znajdą tutaj nic dla siebie, a pozostali będą się świetnie bawić.

„Paradise PD”

Jeśli przedwcześnie zakończone „Brickleberry” pozostawiło w was pustkę i szukacie czegoś w podobnych klimatach, sięgnijcie po „Paradise PD”. To w końcu znowu efekt współpracy Blacka i O’Guina i prócz krajobrazów wydaje się niebezpiecznie znajomy. Zamiast niedźwiedzia jest gadający, uzależniony od narkotyków pies, a zamiast strażników leśnych – policjanci. Humor wciąż jest tak samo absurdalny i wulgarny. Twórcy serwują kolejną porcję ironicznych komentarzy do otaczającego nas świata, obrażając wszystkich po kolei i naraz oraz przekraczając następne granice dobrego smaku.

„Beavis i Butt-head”

Dwójka niezbyt rozgarniętych licealistów spędza wolny czas przed telewizorem, podjada nachosy i komentuje oglądane na MTV teledyski. Tak, nikt nigdy nie ukrywał, że serial ma przede wszystkim promować muzyczną stację i artystów. Ale co w tym złego, kiedy robi się to tak dobrze? Owszem, Beavis i Butt-head swoim zachowaniem promują niezdrowe zachowania. Są głupi, seksistowscy i rasistowscy, a jednak nawet po tylu latach od zakończenia serialu w 1997 roku (w 2011 roku pojawił się jeszcze jeden sezon) wciąż niekoniecznie uczą, a z jakiegoś powodu bawią. Produkcja jest esencją lat 90. Odbijała się w niej przecież ówczesna rzeczywistość i popkultura. Z tego względu ciężko o bardziej kultowy serial animowany dla dorosłych. A jakby osoby, które sięgną po niego po raz pierwszy miały ochotę na więcej, polecam obejrzeć również pełnometrażówkę i zobaczyć jak ci nastolatkowie z Texasu podbijają Amerykę.

„Rick i Morty”

„Rick i Morty” zadebiutowali w 2013 roku i bardzo szybko zyskali wierne grono fanów. Już od jej premiery, produkcję zaczęto określać mianem kultowej. Nic dziwnego. Co tu się dzieje? Czego tu nie ma? Jest przecież szalony doktor, porywający swojego wnuka na kolejne przygody, absurdalne sytuacje, małżeństwo przeżywające kryzys, świńskie żarty, kłócące się rodzeństwo i czarny humor. Nie brakuje nawet ogórka budującego ze szczurzych kości egzoszkielet do przemieszczania się po kanałach, czy stworów wyjętych wprost z wyobraźni Davida Cronenberga. Każdy odcinek zaczyna się niewinnie, ale w miarę rozwoju akcji twórcy zabierają nas w rejony, do których ludzka wyobraźnia wcześniej nie dotarła, serwując widzom tzw. mindfucka. Nie sposób przewidzieć nadchodzących wydarzeń i nie zaśmiać się z tekstów Ricka obrażającego Jerryego. Po sieci krąży interpretacja serialu jako opowieści o depresji i alkoholizmie głównego bohatera. Jeśli uznać to za prawdę, należy jednocześnie przyznać, że depresja i alkoholizm nawet u BoJacka Horsemana nie są tak zabawne jak tutaj.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl i dziennikarzem zajmującym się popkulturą. Na jego teksty można się natknąć zarówno w prasie drukowanej jak i internecie, a jego samego spotkać w którymś z warszawskich barów.