Prezentowane w poniższych serialach wzory męskości są oczywiście szkodliwe. Wiedzą o tym nawet twórcy, dlatego prędzej czy później, w ten czy inny sposób je krytykują. Niemniej każdy z proponowanych przeze mnie seriali będzie chwilą wytchnienia od szarej nudnej rzeczywistości. Do sięgnięcia po te produkcje zachęcam wszystkich wkurzonych na sposób funkcjonowania świata, mających dość swojego przełożonego albo utyskiwań partnerki i potrzebujących relaksu, aby nie zwariować. Znajdą tu coś dla siebie również osoby, które znają „Breaking Bad” czy „Wikingów” na pamięć i szukają w telewizji nowych, ekstremalnych emocji. Zapnijcie pasy, bo gwarantuję wam ostrą, męską jazdę.

Synowie Anarchii” (Netflix)

Kurt Sutter. Jeśli jeszcze nie znacie tego nazwiska, bierzcie urlop i oglądajcie „Synów Anarchii”. To siedem sezonów czystej adrenaliny. Wszystkie z piskiem opon w styczniu wjechały na Netflixa. Chrzanić „Jak poznałem waszą matkę”. Zamiast oglądać przydługą podróbkę „Przyjaciół”, lepiej odwiedzić fikcyjne miasteczko Charming. Jego nazwa jest zwodnicza. Wcale nie jest tam czarująco. Strzelaniny, bójki i suto zakrapiane imprezy są nieodzowną częścią życia wyjętych spod prawa i handlujących bronią motocyklistów. Bohaterowie nie baczą na przepisy, mają własny kodeks moralny i dla swojego klubu zrobią wszystko. Wyrządzona im krzywda musi zostać odkupiona krwią przeciwników. Oczywiście zdarzają się gorsze odcinki, ale te lepsze całkowicie wynagradzają chwilowe spadki tempa. Kiedy już skończycie ten serial, odpalcie jego kontynuację „Mayans M.C.” i sięgnijcie po inne tytuły, w których swoje paluchy maczał Sutter, czyli „Posłaniec gniewu” i „Świat gliniarzy”. Wszystkie zapewnią wam wiele godzin bezpardonowej męskiej rozrywki.

Banshee” (HBO GO)

Po wyjściu z więzienia główny bohater w poszukiwaniu swojej byłej dziewczyny trafia do małej miejscowości o nazwie Banshee. Zostaje świadkiem zabójstwa nowego szeryfa i postanawia przyjąć jego tożsamość. Tak zaczyna się ta prawdziwa telewizyjna perełka. Sceny akcji wyglądają w niej jak wyjęte z najlepszych kinowych hitów. Fabuła jest stosunkowo prosta i wypełnia czas ekranowy między kolejnymi mordobiciami, strzelaninami i rabunkami. Tempo podkręcane jest z odcinka na odcinek, aż można dostać zadyszki. Każdy tutaj musi zmierzyć się z każdym, aby udowodnić, że to on ma największe przyrodzenie w tytułowym miasteczku. Nawet piękne panie są tutaj zabójcze. W niczym nie ustępują mężczyznom i niejednemu są w stanie dokopać. Muszę jednak ostrzec wszystkich sięgających po ten serial. Zostawia po sobie wielką pustkę, której nie jest w stanie wypełnić żadna inna pozycja.

Bad Blood” (Netflix)

Znany z „Synów Anarchii” Kim Coates powraca w nieco mniej szalonej roli, ale wciąż działa poza prawem i wie jak rozprawić się ze swoimi przeciwnikami. W sumie „Bad Blood” można uznać, i niektórzy krytycy już to zrobili, za kanadyjską wersję „Rodziny Soprano”. Rzecz bowiem dzieje się w środowisku mafijnym. Nasz bohater gra tutaj do dwóch bramek i będzie miał sporo problemów do rozwiązania i jeszcze więcej osób do zabicia. Akcja gna jak szalona, a do tego nie brakuje pełnej napięcia intrygi. Oba sezony trzymają ten sam wysoki poziom, więc poświęcony na nie czas przed ekranem na pewno nie będzie zmarnowany.

Królestwo zwierząt” (Cineman)

Tym razem mamy do czynienia z serialową wersją australijskiego filmu, po który warto sięgnąć przed obejrzeniem tej pozycji. Produkcja telewizyjna ma miejsce w Stanach Zjednoczonych. Głównym bohaterem jest 17-latek. Cody po śmierci rodziców odkrywa, że jego rodzina zamieszana jest w nielegalne interesy. I to właśnie przestępczy półświatek jest tutaj tytułowym królestwem zwierząt. Liczy się w nim prawo silniejszego i słabsze jednostki muszą zostać wyeliminowane. Z przedstawianymi brutalnymi wydarzeniami kontrastuje pocztówkowy, kalifornijski pejzaż. Ten słoneczny raj zostaje więc zbrukany krwią. Fabuła bywa przewidywalna, co wynagradza mroczny klimat. Na razie produkcja składa się z trzech sezonów, ale odpowiedzialna za nią stacja zamówiła już kolejny, więc do jego premiery warto obejrzeć dotychczasowe odcinki.

Damnation” (Netflix)

Ten osadzony w 1931 roku dramat ogląda się jak najlepsze westerny. Jest to historia dwóch walczących ze sobą braci, z czego jeden jest teraz kaznodzieją, a drugi byłym skazańcem. Trafił swój na swego, bo obaj potrafią nieźle przyłożyć i sprawnie posługują się bronią. Dzielą ich jednak poglądy. Duszny klimat, liczne sceny akcji i wyraziści, twardzi bohaterowie, w których mógłby wcielić się Clint Eastwood to znaki rozpoznawcze tej produkcji. Przez dziesięć godzin sezonu nie sposób oderwać się od ekranu, bo całość jest spójna i serial ogląda się niczym długi film.

Hap i Leonard” (Sundance TV)

Serial jest adaptacją pulpowych powieści Joe’a Lansdale, który jest nie tylko pisarzem, ale również instruktorem sztuk walk. Bohaterami produkcji jest dwóch przyjaciół, kobieta fatalna i para zabójców. Mieszanka iście wybuchowa i po tytule można się spodziewać ni mniej ni więcej jak napędzanej akcją fabuły osadzonej w dusznym klimacie południa Stanów Zjednoczonych. Nie brakuje tutaj ani makabry, ani humoru, co sprawia, że pozycja jest idealna na chwilę relaksu i najlepiej ogląda się ją w towarzystwie kumpli przy napojach wyskokowych. Oldschoolowa rozrywka.

Berlińskie psy” (Netflix)

Turecki bohater niemieckiej reprezentacji w piłkę nożną, w nadchodzącym meczu gola nie strzeli. Jego ciało zostaje znalezione przez niekoniecznie uczciwego niemieckiego glinę, który widzi w tym swoją szansę na zdobycie pieniędzy. Sprawa morderstwa schodzi na drugi plan, a my możemy rozkoszować się męskim pojedynkiem między protagonistą a jego nowym partnerem i między nimi a klanami mafijnymi, które przy okazji konkurują również ze sobą. Znajdziemy w tym serialu więc to, co faceci lubią najbardziej. Sportowe emocje i twardych, niedających sobie w kaszę dmuchać bohaterów. Twórcy prezentują pejzaż współczesnego Berlina rozdartego przez zamieszki na tle rasowym i nieraz gubią odpowiednie tempo wprowadzając komentarz społeczny. Nie udało im się również uniknąć kilku scenariuszowych głupotek, ale wszystkie niedociągnięcia nadrabiają atmosferą i scenami akcji.

The Punisher” (Netflix)

Prawdopodobnie najtwardszy bohater z katalogu komiksów Marvela (raz nawet zabił całe uniwersum) nie doczekał się godnej ekranizacji kinowej. Filmy nie były co prawda najgorsze i miło było popatrzeć jak pod koniec lat 80’ Dolph Lundgren rozprawia się z przestępcami, a w XXI wieku Thomas Jane założył ikoniczną koszulkę z czaszką i mścił się na Travolcie za zabicie mu rodziny. Ta ostatnia wersja była nieco zbyt wygładzona, a pierwszą, chociaż odpowiednio brutalną, ciężko nazwać dobrym filmem. Zanim zdarzyło się to, na co wszyscy fani postaci czekali, pojawił się jeszcze tani akcyjniak z podtytułem „Strefa wojny”. Dopiero w 2016 roku w 2. sezonie „Daredevila” nastąpiło objawienie. Oto on! Znany widzom „The Walking Dead” Jon Bernthal stworzył Punishera z krwi i kości. Rok później otrzymał własny serial, a teraz ma zadebiutować 2. i niestety ostatni jego sezon. Produkcja napakowana jest bezpardonową akcją, ale twórcy mają też wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia na temat wojen prowadzonych przez Stany Zjednoczone. Krytykują je wyraźniej niż Clint Eastwood w Snajperze i pokazują jaki wpływ mają na żołnierzy. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście czym prędzej odpalajcie tę pozycję i zobaczcie jak wkurzony Frank Castle budzi się z amerykańskiego snu.

Jean-Claude Van Johnson” (Amazon Prime)

Na koniec zaproponuję spojrzenie na twardzieli z przymrużeniem oka. Jean-Claude Van Damme wciela się tutaj w podstarzałego gwiazdora kina akcji (zaskoczenie!), który grając w filmach jednocześnie działał jako agent pod przykrywką. Teraz chce wrócić z emerytury, stanąć przed kamerą i rozwiązać jeszcze jedną sprawę. Chociaż nie jest już młodzieniaszkiem i wszyscy stroją sobie żarty z jego wieku, to udowadnia, że wciąż potrafi nieźle dokopać. Produkcję tę powinni obejrzeć wszyscy fani aktora, bo znajdą tu wiele sentymentalnych odniesień do ikonicznych tytułów z jego udziałem. Poza tym to tylko sześć półgodzinnych odcinków, więc na seans całego sezonu wystarczy jeden wolny wieczór.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl i dziennikarzem zajmującym się popkulturą. Na jego teksty można się natknąć zarówno w prasie drukowanej jak i internecie, a jego samego spotkać w którymś z warszawskich barów.