Odważnie? Ale tak właśnie brzmi hasło o nazwie Vision 2020, które szwedzki koncern przypomina przy różnych okazjach już od kilku lat – w 2020 roku nikt jadący nowym Volvo nie powinien ani zginąć, ani nawet zostać poważnie ranny. Liczba ofiar na pokładzie ma wynosić okrągłe zero.

Od prezentacji nowego XC90 jesienią 2014 roku Volvo stopniowo wymienia całą swoją ofertę. Każdy następny samochód to zupełnie nowa konstrukcja, co widać i w środku i na zewnątrz. Pełna wymiana gamy właśnie się dokonuje, ze „starych” konstrukcji zostało już tylko najmniejsze V40, ale jego produkcja ma się zakończyć jeszcze w tym roku. Zatem w roku 2020 w ofercie będą same nowe modele, które mają umożliwić firmie realizację wspomnianej na wstępie wizji „zero ofiar i ciężkich obrażeń”. Ma w tym pomóc także nowe V60 Cross Country, którym mieliśmy okazję pojeździć w malowniczych okolicznościach Beskidu Śląskiego.

Volvo od zawsze jest kojarzone z bezpieczeństwem. To jeden z największych sukcesów tej marki – udało jej się stworzyć trwały wizerunek auta szczególnie bezpiecznego. Ale konkurencja nie śpi. Inni też zauważyli, że gwiazdkami testach zderzeniowych można się całkiem skutecznie chwalić i opierać na tym kampanię reklamową. Zresztą nie tylko konkurencja – bezpieczeństwo zrobiło się modne, a różne międzynarodowe instytucje mające coś do powiedzenia w branży nakładają na producentów coraz to nowe wymagania. Na razie każde auto musi mieć poduszkę powietrzną, ABS i ESP, ale już niedługo ta lista obowiązkowego wyposażenia może się znacznie wydłużyć. Według planów unijnych za parę lat wszystkie nowe samochody mają mieć na pokładzie mnóstwo elektroniki piszczącej, ostrzegającej, samozwalniającej i samohamującej, a do tego być wyposażone w blokadę alkoholową.

Wszystkie te wynalazki już dawno znajdują się już na liście wyposażenia – standardowego albo dostępnego za dopłatą – każdego Volvo. Tak, tak, nawet urządzenie Alcoguard można zamówić w Volvo już od dobrych paru lat, choć zdaje się, nikt tego nie robi. Volvo więc bez problemu poradzi sobie z nowymi wymogami. Gorzej z zaakceptowaniem zmian przez kierowców, a zwłaszcza przez ich portfele. Ale wróćmy do naszego bohatera – V60 Cross Country.

Przyznam, że ten typ samochodu – lekko „podniesionego” modelu osobowego – zawsze najbardziej mi odpowiadał. Nie jestem typem ściganta, więc nie lubię prowadzić siedząc centymetr nad asfaltem, a z drugiej strony nie przepadam też za wielce popularnymi od kilkunastu już lat SUV-ami, które wydają mi się zbyt ostentacyjne, wysokie i niepotrzebnie przeskalowane. Klasyczne kombi, dyskretnie uodpornione na dziury i krawężniki jest w sam raz dla takiej drogowej konserwy, jak ja.

Wyższy prześwit i napęd na cztery koła

V60 Cross Country od „normalnego” V60 różni się przede wszystkim o połowę wyższym prześwitem, który tu wynosi aż 21 centymetrów. Do tego ma napęd na cztery koła. Doskonale, żadne wertepy ani krawężniki mi niestraszne. Nasz beskidzka trasa była tyleż piękna (na początku marca gdzieniegdzie leżał jeszcze śnieg), co bardzo kręta (nie miałem pojęcia, że mamy w Polsce tyle ostrych wiraży, stanowczo zbyt rzadko jeżdżę w góry) i dziurawa (autostrady mamy prima sort, ale drogi gminne i powiatowe to wciąż zupełnie inna para kaloszy). I choć w V60 Cross Country siedzi się wyżej niż w typowej limuzynie, poczucie przyklejenia do szosy było wspaniałe; samochód za nic nie chciał wylecieć z drogi. Jeździ się tym pewnie, człowiek czuje się bardzo bezpiecznie.

Pod maską pracował 190-konny diesel D4, na razie jedyny w ofercie (benzyniak ma się pojawić do końca roku), mocy więc nie brakowało, ale ja nie jestem fanem tego typu silników. Dźwięk diesla, choćby nie wiem jak nowoczesnego, przeszkadzał mi zawsze – choć rozumiem, że można mieć inne zdanie.

Największe zmiany w stosunku do starszych Volvo zaszły w kabinie. Volvo, zgodnie ze skandynawską sztuką projektową (nie bez kozery Ikea jest tak lubiana na całym świecie), stawia na prostotę. Przynajmniej teoretycznie. O ile do materiałów wykończenia wnętrza, wygody foteli i ogólnego klimatu wewnątrz trudno się przyczepić, to za nic nie mogę pojąć tej powszechnej mody na usuwanie z zasięgu rąk kierowcy tradycyjnych przycisków i przełączników. We wszystkich nowych Volvo (a ostatnio coraz częściej także w samochodach innych marek) centrum dowodzenia stanowi wielki ekran dotykowy. Do samego ekranu nic nie mam, jest pionowy (więc widać duży kawałek mapy, a najfajniej wygląda sztuczny widok „z lotu ptaka” podczas parkowania), dobrze ustawiony i czytelny, ale dlaczegóż steruje się tu dosłownie wszystkim? No, może poza otwieraniem szyb i regulacją fotela.

Obsługuje się tu nie tylko radio i nawigację, ale nawet ustawia temperaturę. Rozumiem, że człowiek jeżdżący tym samochodem na co dzień szybko się przyzwyczai i opanuje obsługę, ale funkcji jest tyle, że można się pogubić. Doskonały system audio (Bowers & Wilkins, audiofile wiedzą, o kogo chodzi) ma ustawiane tryby odsłuchu i jeśli się wybierze np. salę koncertową do słuchania muzyki, to brzmi fajnie, ale po przełączeniu radia na wiadomości trzeba natychmiast zmienić wybór korekcji, bo zwykłego gadania niemal nie sposób zrozumieć. Znowu więc trzeba wchodzić głęboko w menu i szukać ustawień. Ejże, czy to przypadkiem nie jest niebezpieczne? Gapiąc się w ekran zamiast przed siebie, mogę w kogoś wjechać. Oczywiście przed takim scenariuszem mogą uchronić mnie liczne inteligentne systemy bezpieczeństwa, ale czy o to w tym wszystkim chodzi?

Ale nie narzekajmy. Wychodzę z założenia (i pewnie nie tylko ja), że najważniejsze to lubić swój samochód. Można mu wtedy wybaczyć różne niedoskonałości. I V60 to taki właśnie samochód. Człowiek czuje się w nim dobrze, jest przytulnie, miło i bezpiecznie. Gdyby miał silnik benzynowy i parę przycisków do sterowania, brałbym w ciemno.