Po świętach w mieszkaniu studenckim spotyka się dwóch kolegów. Obaj przywieźli z domu specjały, które ostały się po tych kilku dniach obżarstwa. W słoikach rzecz jasna. Do lodówki i na balkon trafiają prawie wszystkie smakołyki – sałatki, ciasta, śledzie, pieczenie… Prawie, bo panowie chcą zaspokoić głód po podróży. Obaj dochodzą do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie bigos. Na kuchence lądują zatem patelnia i rondel, zaczyna się opróżnianie słoików. I wtedy jeden z nich wpada na ryzykowny pomysł: ej, a weź się zamienimy tymi bigosami.

Odważne posunięcie, ale mogło się obejść bez awantury. Gdyby panowie zjedli i wzajemnie pochwalili dzieła (tak, bigos to dzieło) swoich rodzicielek, pewnie miło spędziliby popołudnie. Ba, przez telefon mogliby przekazać mamusiom, że kolega spróbował jej bigosu i bardzo mu podszedł. Wszyscy zadowoleni. Niestety, i tym razem bogowie zakpili ze śmiertelników, jednego podkusili, by w trakcie jedzenia wyjął laskę dynamitu. Nie dosłownie rzecz jasna: stwierdził, że bigos ok, ale zdecydowanie woli ten ze swojego domu. Współbiesiadnik nie pozostał mu dłużny, podpalił lont: kiepski pomysł z tą zamianą, bo twój mi nie smakuje. Jakiś taki niedorobiony…

Gdybym napisał, że tego dnia mieszkanie odwiedzili sanitariusze i policjanci, może nawet prokurator, pewnie nie bylibyście zaskoczeni. Na szczęście obyło się bez rozlewu krwi. Pakiety inwektyw i kuksańców wystarczyły, panowie rozeszli się do pokojów. Ze swoimi bigosami. Nadciągały ciche dni. Bo bigos to sacrum. Zwłaszcza ten matczyny, domowy.

Jeżeli nie lubicie bigosu, nie ma już dla Was ratunku. Jeśli nie możecie liczyć na ten domowy, dostajecie drgawek na myśl o kupnie gotowca (słusznie), a sami nie za bardzo wiecie, jak się zabrać za jego upichcenie, służę pomocą. Czy to będzie postny, wigilijny wariant? Nie. Szykujcie ostry nóż do mięsa i kieliszek do wina.

Tym razem nie będzie o potrawie z resztek, która często powstaje po świętach czy innych uroczystościach – wykorzystujemy świeże produkty, bigos jest celem, a nie sposobem na utylizację jedzenia z lodówki. Dodam też, że nie robimy olbrzymiego gara tej potrawy, powstanie obiad dla rodziny, a nie zapasy na kilka tygodni. Jeżeli jednak ktoś chce gotować raz, ale z przytupem, nie widzę przeciwwskazań – bigosowi służy zarówno mrożenie, jak i wielokrotne odgrzewanie. Patrząc na te zalety, pozostaje zadać pytanie: kim trzeba być, żeby nie lubić bigosu…😉

Zaczynamy od mięsa. Wybieram pół kilograma świeżej łopatki wieprzowej, ale dobrze sprawdzi się też np. karkówka. Kroję mięso w kostkę – sami zdecydujcie, jak duże kawałki mają się znaleźć w bigosie. Pod nóż idą też kiełbasy (5 sztuk). Dobrze sprawdzą się m.in. śląskie. Możecie wybrać inny rodzaj (byle się nie rozpadł podczas gotowania) albo ograniczyć ilość kiełbasy na korzyść wędzonego boczku. Sam stosuję różne miksy, sporo zależy od tego, co akurat uśmiecha się do mnie w sklepie. Kiełbasę (i ewentualnie boczek) smażę.

Kiedy na patelni skwierczą wędliny, szatkuję dwie cebule. Tego produktu nigdy dość, bliscy żartują, że pewnie i lody z nią jem. Czas na duży garnek. Nawet jeśli nie zwiększacie proporcji bigosu, radzę używać naczynia pokaźnych rozmiarów – łatwiej się w nim gotuje, miesza. Na jego dno trafia tłuszcz. To może być olej, alej jeśli dysponujecie np. gęsim czy kaczym smalcem, nie krępujcie się go użyć. Na rozgrzanym tłuszczu lądują cebula, a potem kawałki mięsa.

Cebula powinna się zeszklić, mięso jest obsmażone. Teraz do garnka trzeba wlać 2 szklanki bulionu albo wody (najlepiej, by płyn był gorący). W mojej lodówce zazwyczaj nie brakuje tego pierwszego, więc często z niego korzystam podczas gotowania. Całość doprawiamy solą i pieprzem. Z tą pierwszą lepiej nie przesadzać, bo kapusta kiszona może być słona – lepiej pod koniec dosypać soli, niż stwierdzić, że bigos smakuje niczym ściana w kopalni w Wieliczce. Co do pieprzu, też ostrożnie. Zwłaszcza, gdy korzystacie ze świeżo roztartego w młynku albo moździerzu. A polecam właśnie taką opcję. Zrobione? No to niech się gotuje na małym ogniu, pod przykryciem. Powinno to potrwać 40-50 minut.

Zostawiamy garnek i zabieramy się za przygotowanie pozostałych produktów. I tu mała dygresja – nim weźmiecie się za gotowanie, nie tylko bigosu, przeczytajcie cały przepis, upewnijcie się, że macie w kuchni/spiżarni wszystkie potrzebne składniki, a najlepiej wcześniej zbierzcie je w jednym miejscu. Wybieganie do sklepu w trakcie robienia sosu czy kremu do ciasta może się źle skończyć…

Wracam do bigosu. Na stole ląduje szara reneta. Może być inne jabłko, ale to moje ulubione i najlepiej nadaje się do tej potrawy. Do tego garść suszonych śliwek. Polecam przygotować je latem i trzymać w kuchennej szafce – często się przydają. Półkę niżej mam suszone grzyby. Tegoroczna zdobycz. W tym sezonie trzeba było się nachodzić, by uzupełnić koszyk chociaż do połowy. Takie doświadczenia sprawiają, że bigos smakuje jeszcze lepiej. Przygotujcie 40 g grzybów.

Grzyby i śliwki lądują w garnku. Jeśli nie przemawia do Was pomysł wrzucania ich w całości, możecie połamać/pokroić te składniki. Ale nie przesadzajcie. Za nimi w czeluści naczynia trafiają pokrojone w kostkę jabłko, trochę ziela angielskiego i kilka listków laurowych. Co z majerankiem albo kminkiem? Jeśli ktoś lubi te przyprawy i nie wyobraża sobie bez nich bigosu, droga wolna. Ja podziękuję. Wszystko trzeba teraz solidnie wymieszać. Pachnie? To wyobraźcie sobie, co będzie za kilka godzin…

Przyszedł czas na kiszoną kapustę. Korzystam z tej, którą sam zakisiłem (no dobra, zrobiła to moja Partnerka – mnie nie wychodzi tak smaczna). Dużo pracy i spore wyzwanie? Nie. A przynajmniej mam pewność, że produkt jest dobrej jakości, przyprawiony tak, jak lubię, odpowiednio słony. Jeśli kupiliście kapustę kiszoną, sprawdźcie jak smakuje, nim dodacie ją do garnka. Jeżeli stwierdzicie, że jest zbyt słona/kwaśna, najlepiej ją wypłukać. Kilogram tego dobra trafia do garnka.

Teraz jedna z moich ulubionych czynności – dolewanie wina. Niektórzy stawiają na mocniejsze trunki, np. śliwowicę, ja preferuję czerwone wino. Przy czym nie musi być gronowe. Ostatnio w ruch poszedł gąsiorek z aroniowym napitkiem. Tak, domowy wyrób. Zawartość solidnego kieliszka trafia do bigosu. Drugi do przełyku, by umilić czas i pobudzić układ trawienny. Gąsiorka/butelki nie odstawiajcie zbyt pochopnie – możliwe, że potrzebna będzie dolewka. Do garnka albo…

Dorzucam usmażoną wcześniej kiełbasę, ewentualnie boczek. Dodaję też trochę koncentratu albo przecieru pomidorowego. Może być sklepowy, ale latem bez problemu przygotujecie własny. Całość trzeba ponownie wymieszać. I gotować na małym gazie (piszę o gazie, bo sam używam palników – w przypadku innych płyt wybierzcie po prostu mniejszą moc grzania). Jak długo? To już od Was zależy, ale uznajmy, że godzina to minimum. W tym czasie raz na jakiś czas warto zajrzeć do bigosu, przemieszać wszystko dokładnie, żeby się nie przypaliło. Można dolać wina lub wody, jeśli uznacie, że potrawa tego wymaga. Na koniec ostateczne przyprawianie i… czas rozkoszy.

Bigos pewnie wyszedł obłędnie. A teraz wyobraźcie sobie, że po tych kilku godzinach pracy ktoś pozwala sobie go skrytykować…

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Lubi gotować i jeść, interesuje się przeszłością i przyszłością. Jeśli akurat nie pisze, pewnie siedzi w kinie.