10. Ed Sheeran – „Perfect”

Oj drogi Edzie, trudna ta nasza znajomość. Z jednej strony zdarza mi się ciebie włączyć w piękny poranek przy kubku ulubionej kawy i zadać sobie pytanie: „Serio? Ja tego słuchałem wczoraj?”. A później znów przychodzi obrzydliwy mglisty wieczór, do których twoje utwory pasują idealnie. Jedno jest pewne – to co robisz, robisz naprawdę doskonale, a „Perfect” jest tego idealnym przykładem.

9. Mac Miller – „Self Care”

Jedna z największych tragedii minionego roku, a jednocześnie jedno z najmilszych zaskoczeń. Mac to jeden z niewielu artystów, względem których mogę unieść nos do nieba i powiedzieć „słuchałem go, zanim stał się modny”. Tak naprawdę moja przygoda z jego twórczością rozpoczęła się gdzieś w 2010 roku, kiedy natrafiłem na teledysk malutkiego białego gościa, który jako pierwszy potrafił tak płynąć po bicie. Usłyszałem i wiedziałem, że zostanie ze mną na długo. Później przyszły problemy z dragami, które odbiły się też na twórczości. Dlatego, gdy wychodziło „Swimming”, nie robiłem sobie większych nadziei. A tu zaskoczenie. „Self Care” to naprawdę dobrze zarapowany ważny tekst, a w kontekście późniejszych wydarzeń przyprawia o ciarki na plecach.

8. Bruno Mars – „Finesse Remix” ft. Cardi B

Brakowało mi w tym zestawieniu czegoś, co zmusi was do tupnięcia nóżką. A kiedy mam ochotę na takie klimaty, rozwiązanie jest proste – wpisujesz w Spotify „Bruno Mars” i puszczasz cokolwiek. W tym roku Bruno nie zawiódł. Nie dość, że wypuścił kilka naprawdę dobrych utworów, to jeszcze przyjechał do nas na Open’era i dał popis jakich mało. Ja wybrałem „Finesse”, bo wpada w ucho „po jednej nutce” i długo nie chce wylecieć. Połową przyjemności z tego kawałka jest jego teledysk, w którym Bruno otwarcie pokazuje, że jeżeli choćby malutka część waszej duszy nie tęskni za latami 90., to coś jest z wami nie tak. No i Cardi B., która w tym roku bezapelacyjnie zostaje królową featuringów.

7. Męskie Granie Orkiestra 2018 – „Początek”

W jednym z wywiadów z twórcami Męskiego Grania czytałem, że ich celem jest stworzenie z cyklicznej imprezy marki, która sama będzie świadczyła o swojej jakości. Trzeba przyznać, że chyba powoli zbliżają się do celu. Co prawda wciąż czekam na singiel, który strąci z mojego piedestału wspólny kawałek Kasi Nosowskiej i O.S.T.R., ale w tegorocznym „Początku” wszystko jest na swoim miejscu. Podsiadło jest Podsiadłem, Zalewski Zalewskim, a Kortez najlepszym z nich trzech. I ten teledysk – niby nic trudnego, a tego kawałka się nie tylko przyjemnie słucha, ale też mile ogląda.

6. Dawid Podsiadło – „Małomiasteczkowy”

Nie mogło go tu zabraknąć. Choćby za to, co zrobił z polskimi słuchaczami w tym roku. Sprzedany koncert na jednej z największych sal w Polsce w ciągu kilku godzin, drugi termin kolejnego dnia, a potem jeszcze dwa kolejne. Wszystkie wyprzedane, co do jednego biletu. Dawid zniknął na pewien czas z polskiej sceny i wrócił, wywarzając drzwi. O taki pop walczyłem. Jest doskonały tekst, bardzo przyjemna muzyka i, co równie ważne, spójna postawa. Nawet jeśli można Podsiadle zarzucić, że jego postać to wystudiowana poza, to trzeba przyznać, że konsekwentnie się jej trzyma.

5. Childish Gambino –  „This Is America”

Ostatnio czytałem tekst jednego ze znanych dziennikarzy muzycznych, który powiedział, że współczuje obecnym muzykom i tekściarzom. Jego zdaniem niewiarygodnie trudno jest stworzyć współcześnie prawdziwy protest song. Zawsze brakuje w nim jakiegoś elementu. Raz tekst jest słaby, raz muzyka nie leży. Zdarzają się też przypadki, w których kawałek po prostu przechodzi niezauważony. Childish Gambino to przeciwieństwo tego wszystkiego. Tekst naprawdę działa na wyobraźnię, a muzyka pozostaje ze słuchaczem na długo. Do tego jeszcze ten teledysk. Dla wielu zbyt mocny i dosadny, dla mnie idealny do kawałka. A, i jeszcze jedno. Jeśli w reinkarnacji jest ziarno prawdy, to w przyszłym życiu chcę się ruszać jak Gambino.

4. Taconafide – „Kryptowaluty”

Tych dwóch panów nie mogło zabraknąć na mojej liście. Mają tylu fanów, co przeciwników. Jedni twierdzą, że to najlepsze, co polski rap ma do zaoferowania, inni, że to nawet nie jest rap. Ja jestem na tak. Z kilku powodów. Po pierwsze uwielbiam zabawę językiem i odszyfrowywanie popkulturowych odwołań („pieniądz długi jak Manute”), po drugie Taco jest mistrzem storytellingów, a po trzecie energia Quebo zadziwia mnie za każdym razem. Tak, wiem, że ich duet to doskonałe zagranie marketingowe. Tak, pamiętam sprytne (?) zagranie z dodaniem książki do płyty. Tak, wiem, że na koncertach jeden z nich musi ciągnąć wszystko za obu. Dalej uważam, że „Kryptowaluty” (Broń Boże, „Tamagochi”!) to jeden z najlepszych rapowych utworów ostatniego roku.

3. Marron 5 –„Girls Like You” ft. Cardi B

Na każdej liście ulubionych utworów prawdziwego mężczyzny nie może zabraknąć… klasycznego boysbandu. Jednak trzeba przyznać, że panowie z Maroon 5 znają się na swojej robocie. Pierwsze kilkanaście wersów jest ukłonem w stronę ich dotychczasowej twórczości. Spokojnie, melodyjnie, a mimo to nienudno. Założę się, że nawet największy macho po kilku przesłuchaniach będzie podśpiewywał sobie ten refren, stojąc w czarnym Audi na światłach. A później wchodzi królowa. Cardi B po raz kolejny znajduje się na mojej liście w roli gościa. I robi robotę. Można nie popierać jej działań w social mediach i mieć lekko dosyć życiowej dramy, w której wszyscy uczestniczymy, ale trzeba przyznać, że dziewczyna potrafi rapować.

2. George Ezra- „Shotgun”

Jedno z moich odkryć 2018 roku. Co prawda wcześniej trafiłem gdzieś przypadkiem na „Budapest”, ale nigdy nie zatrzymałem się przy nim na dłużej. To właśnie „Shotgun” sprawił, że dołączyłem George’a Ezrę to moich ulubieńców. Piosenki polecam słuchać, oglądając teledysk. Pomysł jest bardzo prosty, a mimo to dobrze się to ogląda. Szczególnie przydatny jest tekst, który na bieżąco pojawia się na ekranie. George lubi bawić się językiem i kilka razy zdarzyło mi się uśmiechnąć pod nosem. Gdybyście mieli w przyszłości szansę pójść na jego koncert – polecam. Sam miałem okazję zobaczyć go w ostatnie wakacje i urzekł mnie swoją bezpośredniością i historiami.

1. Taco Hemingway – „Fiji”

Tak, znowu on. Nic na to nie poradzę. Znacie takie sytuacje, w których słuchacie kawałka i macie wrażenie, że jest dokładnie tym, co sami chcielibyście powiedzieć? Ja gdy po raz pierwszy włączyłem „Fiji” miałem ochotę dzwonić do Taco z pozwem. To był cholerny plagiat. Z każdym kolejnym wersem opisuje on kolejne życiowe sytuacje, które lekko mówiąc wyprowadzają go z równowagi. I tak, splątane słuchawki, nierozpinający się stanik i wnerwiająca do imentu kawa „venti”. Do tego ten refren, który powtarzam sobie jak mantrę. Tak więc drogie Panie może czas na noworoczne postanowienie? Może zaczniecie odbierać telefon?

 

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego Sztos.pl, dziennikarzem i copywriterem. Publikował m.in. w „Focusie” i „Fit&Formie”. Jeśli akurat nie pisze, a to zdarza się rzadko, gra amatorsko w piłkę nożną i parzy kawę. W życiu trzyma się tylko jednej sprawdzonej zasady – jeśli chcesz poznać miasto, poznaj jego kawiarnie. Insta @oldfashionedlad