Największa zmora dużych miast? Jedni wskażą na smog, drudzy na wysokie ceny, np. nieruchomości, jeszcze inni na korki. Te ostatnie mają wpływ na smog i w jakimś stopniu wynikają z cen nieruchomości. Jak zlikwidować korki? Od kilku lat czytam i słyszę o latających taksówkach, ale to nadal sfera SF, mówi się o rozwoju transportu miejskiego, samochodach na minuty, rowerach, elektrycznych hulajnogach… Z efektami bywa różnie. Nie powinno zatem dziwić, że uwagę mediów przykuł Elon Musk, który zapowiedział, że transport sprowadzi pod ziemię.

Na początku był żart

Wszystko zaczęło się mniej więcej przed dwoma laty, gdy Elon Musk postanowił o sobie przypomnieć mediom i szerokiemu gronu odbiorców. Chociaż na dobrą sprawę o jego wyczynach trudno zapomnieć, co kilka dni glob obiegają doniesienia o jego planach i osiągnięciach którejś z firm. A to o produkcji Tesli, a to o sztucznej inteligencji i łączeniu człowieka z maszyną, wreszcie o planach podboju Marsa, szerzej rozwoju biznesu kosmicznego (SpaceX).

W grudniu 2016 roku miliarder pochodzący z RPA postanowił jednak ogłosić światu nowy pomysł. Najpierw wyraził za pośrednictwem Twittera niezadowolenie z powodu korków w Los Angeles, a potem stwierdził, że stworzy maszynę do drążenia tuneli i po prostu zacznie kopać. Zapowiedział, że nazwie biznes The Boring Company. Wiele osób zachodziło wówczas w głowę: żart czy prawdziwa deklaracja. A jeśli to drugie, to czy uda się zrealizować plan?

Jakiś czas temu w luźnej rozmowie Musk przyznał, że początkowo żartował, ale ostatecznie dowcip przerodził się w biznes. Należy do niego podchodzić bardzo poważnie? Cóż, sam miliarder rozpatruje to raczej w kategorii hobby. Jedni zbierają znaczki, drudzy skaczą ze spadochronem, jeszcze inni gotują, a przedsiębiorca z Doliny drąży tunele. Z jakim skutkiem?

To nie Hyperloop, ale będzie szybko

Niedawno mogliśmy się o tym przekonać. Grupa dziennikarzy zaproszonych na specjalny pokaz relacjonowała przejazd tunelem ulokowanym na przedmieściach Los Angeles. Inwestycję realizowano w tym miejscu nie przez przypadek – to ziemia należąca m.in. do SpaceX, Boring Company działało praktycznie u siebie, a to sprawiło, że wyeliminowano sporą część papierkowej roboty, biurokracji, która mogłaby wydłużyć czas realizacji pomysłu w innych miejscach. Co zobaczyli przedstawiciele mediów?

Tunel o długości około jednej mili, a zatem niecałych dwóch kilometrów. Ten fragment kosztował ponoć 10 mln dolarów. Dużo? Musk przekonywał, że nie – ponoć zbudowanie takiego odcinka przy wykorzystaniu tradycyjnych metod i w równie krótkim czasie kosztowałoby – uwaga, uwaga – miliard dolarów. A zatem już na tym etapie można mówić o rewolucji. Ile w tym prawdy? Trudno stwierdzić, a trzeba pamiętać, że szef Tesli to król marketingu.

Fragment testowy zadziałał tak, jak to wcześniej zapowiadano: samochód zjeżdża pod ziemię z pomocą windy, tam przy użyciu rolek jest transportowany z dużą prędkością i trafia do windy, którą wyjeżdża na powierzchnię. Zwraca się uwagę, że to nie jest nowa odmiana metra, a raczej udoskonalenie autostrady. Samochód w tej wizji nie zatrzymuje się na kolejnych przystankach, lecz przez większą część trasy mknie z dużą prędkością. Zwalnia dopiero wtedy, gdy zbliża się do punktu wyjścia. Co oznacza duża prędkość?

W błędzie są ci, którzy myślą, że to realizacja projektu Hyperloop, któremu Elon Musk dał życie ponad pięć lat temu. Tu nie ma mowy o podróżowaniu w kapsułach mknących z prędkością ponad 1000 km/h. Ale i tak jest nieźle – maksymalnie samochód miałby się poruszać z prędkością 150 mil na godzinę, a zatem blisko 250 km/h. Teraz wyobraźcie sobie, że zjeżdżacie windą na jednym końcu miasta i w mgnieniu oka trafiacie do centrum albo na przeciwlegle przedmieścia. Bez stania w korkach.

Spokojnie, poprawimy to

Czy uczestnicy wspomnianego pokazu mieli okazję pokonać tunel w samochodzie Tesli z prędkością 240 km/h? Niestety. Tym razem ograniczono się do kilkudziesięciu km/h. Żeby nie przestraszyć dziennikarzy. No i ze względów bezpieczeństwa. Bo ów tunel testowy do idealnych ponoć nie należy, samochód trząsł się podczas jazdy. Ta niedogodność ma być jednak wyeliminowana.

To akurat nie jest największy problem pomysłu. Większą barierą może się okazać wspomniana już biurokracja i np. spory z mieszkańcami czy urzędnikami. Jeden z nich sprawił, że Boring Company wycofało się z pomysłu realizacji innego tunelu w Los Angeles. Nie jest i zapewne nie będzie tak, że wszyscy przywitają maszyny drążące i budujące tunele z otwartymi rękami. Dużo wody może upłynąć w amerykańskich rzekach, nim to rozwiązanie będzie realizowane na większą skalę i osiągnie wspomniane parametry.

I o tym trzeba zawsze pamiętać. Sam pomysł to za mało. Nawet, jeśli stoi za nim Elon Musk. Przywołałem tu już ideę Hyperloop. Pięć lat temu nie brakowało opinii, że to przyszłość, kolejne firmy i państwa prześcigały się w planach, zapowiedziach, konkursach. Stanęło na tym, że projekt realizują niezależnie dwa przedsiębiorstwa, których osiągnięcia trudno uznać za oszałamiające. Superszybki środek transportu na lądzie to wciąż raczej sfera marzeń.

Tunele na Marsie, ale też czapka

Z podziemnymi autostradami Muska będzie pewnie podobnie. Chociaż trzeba w tym miejscu dodać, że firma miliardera wygrała konkurs na realizację środka transportu łączącego centrum Chicago z tamtejszym lotniskiem. To już nie są marzenia miliardera, ale projekt, który ma być zrealizowany w ciągu kilku najbliższych lat. Boring Company będzie za to odpowiadać finansowo, więc do sprawy podejdzie pewnie poważnie.

W tym wszystkim trzeba też mieć na uwadze, że Elon Musk robi sporo, by jego biznesy jakoś się łączyły. Powstaną tunele? Pojadą nimi samochody (ale nie tylko) marki Tesla. Jak naładować akumulatory w tych pojazdach? Korzystając z solarnych dachów sprzedawanych przez firmę. Gdzie przyda się wiedza zdobyta podczas drążenia, budowania maszyn do wykonywania tuneli? A chociażby na Marsie, gdzie Muska i innych śmiałków ma zabrać korporacja SpaceX. Nic nie dzieje się przypadkiem.

Ale czy dzieje się zawsze na poważnie? Też nie. W ramach promocji Boring Company Musk i jego ludzie wpadli na pomysł, by sprzedawać czapki z nazwą firmy. A potem miotacze ognia z jej logo. Było zabawnie, było bardzo medialnie, do kasy firmy wpłynęły miliony dolarów, dzięki którym można prowadzić biznes. Takie rzeczy tylko w Dolinie Krzemowej. Niekoniecznie w serialu.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Lubi gotować i jeść, interesuje się przeszłością i przyszłością. Jeśli akurat nie pisze, pewnie siedzi w kinie.