Pewnym lenistwem i niemalże publicystycznym faux pas jest ciągłe przywoływanie maksymy byłego premiera o tym, że faceta poznaje się po tym, jak kończy. Ale dzisiaj jednomyślnie udzielam sobie dyspensy, bo mowa o Robercie Redfordzie. Ten zaś przed paroma tygodniami ogłosił, że schodzi ze sceny, choć może jeszcze czasem coś wyreżyseruje. Od tamtej pory zdążył się co prawda połapać, co takowa deklaracja ze sobą niesie. Niedawno delikatnie zasugerował nawet, że może lekko przesadził. Machina promująca jego nowy film, „Gentleman z rewolwerem” zdążyła jednak ruszyć i reklamy same mówią o ostatnim występie gwiazdora przed kamerą. Zresztą nie psujmy sobie narracji podobnymi sprostowaniami, bo każda okazja, aby przyjrzeć się panu Redfordowi jest okazją dobrą.

Elegancki, acz niemodny

Zdaje się jednak, że mainstream zapomniał o nim już jakiś czas temu. Niby przewinął się ostatnimi laty nawet przez filmowe Uniwersum Marvela, ale jednak nigdy nie był „fajny”. Przynajmniej zgodnie z definicją tego słowa wywiedzioną z młodzieżowego słownika albo mierzoną obecnością na stronach plotkarskich portali. Nie znaczy to, że Redford siedział cicho, bynajmniej. Zawsze bardziej interesowały go – mało z perspektywy celebryckiej seksowne – inicjatywy obywatelskie i polityczny aktywizm oraz, oczywiście, kino niezależne, autorskie. Nie na darmo przecież jest założycielem bodaj największego, a na pewno najbardziej znanego festiwalu poświęconemu filmom indie, czyli słynnego Sundance.

A dlaczego akurat tak się ta impreza nazywa, polecam, jeśli nie znacie odpowiedzi, odkryć samemu, bo to, parafrazując klasyka, będzie początkiem cudownej kinematograficznej przygody. I nawet jak przydarzały mu się Oscary, to jednak za filmy, o których dzisiaj pamiętają raczej wyjadacze. Może nie licząc zasypanego nagrodami „Pożegnania z Afryką”. Tyle że wtedy żadnej z siedmiu statuetek nie odebrał osobiście; ba, nie otrzymał nawet nominacji. Nie chodzi bynajmniej o to, że kino, z jakim utożsamia się Redforda jest hermetyczne i wyjątkowo wymagające. Nic z tych rzeczy. Tyle że trzeba do niego i dojrzeć, i dotrzeć. Czyli, po prostu, chcieć.

Dlatego jest to cokolwiek ironiczne, że Redford o emeryturze zaczął przebąkiwać, promując film o mężczyźnie, który przestać nie mógł, uciekał zza krat i rabował dalej. Oby i on poszedł tą drogą.

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Samozwańczy specjalista od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury i komiksów. Prowadzi fanpage Kill All Movies.