Właściwie zaczęło się znacznie wcześniej, bo niektórzy reprezentanci sportów zimowych wystartowali już nawet we wrześniu. Dla większości kibiców w naszym kraju zima zaczyna się jednak dopiero wtedy, gdy na belce startowej siada Kamil Stoch albo Piotr Żyła. No to już, usiedli. Trzeba wygrzebać z szafy czapki, szaliki i rękawiczki. Oby do marca… znaczy się: oby do Planicy!

W pogoni za zimą

Jako pierwsi zaczęli sezon snowboardziści i narciarze dowolni. Pewnie to przegapiliście, bo specjaliści od rozwalania sobie kolan na muldach i skoków z saltami wystartowali, gdy u nas było jeszcze lato. Nic dziwnego, że pojechali wywijać koziołki na drugi koniec świata, bo w nowozelandzkiej Cardronie zdarzały się wtedy przymrozki.

Piruety kręcą już łyżwiarze figurowi. Pod koniec października zadebiutowały narciarki alpejskie. Panów wystraszyła wtedy pogoda, więc swoją rywalizację zainaugurowali dopiero w ostatnich dniach.

W pierwszy weekend listopada na lodowisku pojawili się też łyżwiarze uprawiający short track. I tu należy od razu odnotować sukces naszej reprezentantki. Natalia Maliszewska wygrała w Calgary wyścig na 500 metrów i tym samym zanotowała pierwsze zwycięstwo w historii startów Polaków w Pucharze Świata. Mało tego, tydzień później powtórzyła ten wyczyn w Salt Lake City i jest liderką całego cyklu!

Wszyscy na start

Nie musieliśmy zatem długo czekać na sukcesy naszych sportowców. Maliszewska uprzedziła skoczków, łyżwiarzy szybkich i biatlonistów (a raczej biatlonistki), na których tradycyjnie najbardziej liczymy. Stoch i spółka, podobnie jak panczeniści, mają już inaugurację za sobą. Strzelcy wyborowi na nartach zaczną śmigać na początku grudnia. Tydzień wcześniej na trasy wybiegną narciarze bez karabinów i kombinatorzy, a do śliskiej rynny wpuszczą saneczkarzy. Na swoje starty czekają curlerzy, czyli spece od puszczania czajników, a także bobsleiści i skeletoniści (to ci saneczkarze pędzący głową do przodu, u mnie to się kiedyś nazywało jazdą „na śledzia”).

Czy zawojujemy krainę lodu?

Kto z naszych, poza wspomnianą Maliszewską, może osiągnąć dobre wyniki? O skoczkach nie ma co pisać, to oczywiste. Zwłaszcza po znakomitym poprzednim sezonie, gdy już nie tylko Kamil Stoch skakał świetnie, ale uzbierała się cała ekipa na medal (i to olimpijski). Ale czy jeszcze czyjeś starty będziemy śledzić z nadzieją na zwycięstwa, miejsca na podium, albo chociaż lokaty w szerokiej czołówce?

Z ekipy biatlonistek, w nieprzyjemnej atmosferze związanej z internetowym hejtem, odeszła Weronika Nowakowska. Nadal jednak jest Monika Hojnisz, najlepsza z naszych podczas Igrzysk w Pjongczangu (szósta lokata w biegu indywidualnym). No i jest młodziutka Kamila Żuk. Dwukrotna mistrzyni świata juniorek ma niewielkie doświadczenie w rywalizacji z najlepszymi zawodniczkami i właśnie zbliżający się sezon będzie dla niej czasem próby. Oby rzucona na głęboką wodę, czy raczej w głęboką zaspę, spełniła nasze nadzieje.

Po olimpijskiej klapie w Korei czekamy na znacznie lepszy sezon łyżwiarzy szybkich. Kariery zakończyli medaliści wcześniejszych igrzysk Katarzyna Bachleda-Curuś, Katarzyna Woźniak i Konrad Niedźwiedzki, ale wciąż startuje nasz największy bohater sprzed czterech lat Zbigniew Bródka. Jest także kilkoro innych doświadczonych zawodników i obiecująca młodzież na czele z Kają Ziomek i 18-letnią Karoliną Bosiek. Obecne możliwości naszych panczenistów to jednak wielka niewiadoma.

Koniec epoki

Po raz pierwszy od wielu lat nie możemy liczyć na fajerwerki podczas zawodów biegowych. Justyna Kowalczyk zakończyła karierę, przynajmniej tę związaną z najważniejszymi zawodami. Dwukrotna mistrzyni olimpijska i świata, czterokrotna zdobywczyni Kryształowej Kuli została asystentką trenera Aleksandra Wieretielnego. Ale nawet taka para szkoleniowa raczej nie zdoła wydusić z obecnej kadry rewelacyjnych wyników.

Czekanie na lepsze czasy i cud

Co poza tym? Cóż, chyba musimy skupić się na wypatrywaniu niespodzianek, a raczej sensacji. Trudno bowiem liczyć na miejsca naszych reprezentantów w czołówkach innych dyscyplin. Oczywiście będą się zdarzały przyzwoite występy czwórki bobslejowej i saneczkarzy, może jakieś pucharowe punkty uciułają alpejczycy, kombinatorzy i snowboardziści. Generalnie jednak trzeba chyba uzbroić się w cierpliwość, liczyć na realizację różnych politycznych obietnic dotyczących rozbudowy sportowej infrastruktury, trzymać kciuki za pasjonatów trenujących dzieci i młodzież.

Póki co nadal mamy Stocha. A prędzej czy później urodzi się pewnie kolejny Adam Małysz albo Justyna Kowalczyk. Znów zacznie się jakiś szał i mania. I znów będziemy mogli zapomnieć, że to tylko wybitne jednostki, a nasz zimowy sport tak naprawdę stoi na mizernym poziomie.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Z zamiłowania kibic i turysta. Uwielbia Hiszpanię, Włochy i klub SSC Napoli. Publikował m.in. w „Focusie” i „Focusie Historia”.