Teza ta może się wydać cokolwiek kontrowersyjna, bo mowa o serii bokserskiej, gdzie esencją tej półtorej godziny spędzonej przez ekranem jest finałowa batalia pomiędzy linami ringu. Ale jednak będę się przy niej upierał. Bo choć faktycznie Rocky (kiedyś) i Creed (dzisiaj) nieodmiennie odnoszą swoje upragnione zwycięstwa z połamanymi żebrami, opuchniętymi twarzami i ze strupami na knykciach, to jedynie konsekwencja obranej przez nich drogi. Albo swoista emanacja trudu, który wyniósł ich na szczyt. Rzecz jasna nie każdy dostąpi zaszczytu podniesienia mistrzowskiego pasa (albo, zależnie od okoliczności, kwita z wypłatą po awansie czy branżowej nagrody za najlepiej rozliczone słupki), ale, zdaje się od czterdziestu paru lat mówić Stallone, bez pracy nie ma kołaczy. Boks jest tutaj metaforą dążenia do tego, czego się pragnie. Nieważne, czy tyrasz za biurkiem, czy ciężko harujesz na sali treningowej, doczekasz się nagrody, o ile, oczywiście, dopisze ci szczęście. Ale ono samo nigdy nie wystarczy. O ewentualnym garbie nikt nie mówi, ale „Rocky’emu” na każdym etapie udało się zachować tę pierwotną i może cokolwiek naiwną szczerość oraz sentymentalny optymizm, jakimi Sly zawsze emanował i które propagował.

Fot. Warnerbros

Historia Rocky’ego historią Sly’a

Rzeczona ludowa mądrość stała się treścią i sensem serii, która nałożyła się niczym starannie przycięty szablon na życiorys samego aktora, scenarzysty, reżysera i hollywoodzkiej osobowości, która zaczynała od zera, dosłownie na ulicy. Dlatego tak bardzo lubię ostatnią część serii, „Rocky’ego Balboę”, kiedy odwaga, na jaką musi się zebrać emerytowany już pięściarz, wstyd, który musi pokonać, są odwagą i wstydem Stallone’a, podstarzałego gwiazdora kina akcji, który dni chwały ma już za sobą. Obaj powracają po latach na swój ring, nie obawiając się ewentualnej klęski, bo sam dźwięk gongu jest zwycięstwem. Ten film to swoista deklaracja tego, że się nadal istnieje i nadal jest się człowiekiem. Że się jeszcze żyje. Prosty film i proste słowa, a jednak mówiące więcej niż niejeden wydumany manifest. Duch ten zachowała również dylogia o Creedzie.

Fot. Warnerbros

Jaki ojciec, taki syn

Niełatwym zadaniem była realizacja filmu będącego sequelem nie tylko pierwszego filmu o torującym sobie drogę do chwały Adonisie, ale i uzupełnieniem czwartej części cyklu, tej bodaj najbardziej dyskusyjnej, bo przenoszącej zimnowojenne niuanse na bokserski ring. A jednak się udało, bo nie sprzeniewierzono się wyłuszczonym przeze mnie powyżej zasadom stanowiącym o wyjątkowości cyklu o Rockym – teraz już raczej cyklu z Rockym – akcentującego pokorę i wytrwałość. Od 1976 roku zmieniło się wszystko, a jakby nie zmieniło się nic. Sam Adonis, który poprzednio, wytrzymując dwanaście rund z urzędującym mistrzem, udowodnił, że jest wojownikiem, a nie pajacem, teraz musi wyjść nie tylko z cienia ojca, ale i Rocky’ego. Powrót Ivana Drago i przeniesienie tragedii sprzed lat na kolejne pokolenie wydawać by się mogło jedynie marketingowym wymykiem, a jednak okazało się mieć szczery ciężar dramatyczny. Potrafię sobie wyobrazić, że niełatwo było ten film nakręcić, bo to jak zmierzyć się z potężną legendą serii. Lecz nie dość, że „Creed II” przetrwał tę batalię, to jeszcze podbił rywalowi oko. Żądam trylogii.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Samozwańczy specjalista od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury i komiksów. Prowadzi fanpage Kill All Movies.