No cze. Ostatnio przedstawiłem kilka propozycji fryzurowych. Teraz z kolei nastał czas na wprowadzenie was do pomadowego półświatka [pomada – kosmetyk do pielęgnacji włosów, dla nadania im połysku i miękkości oraz układania fryzury – podziękujmy cioci Wikipedii].

Jeśli ktoś z was był wystarczająco szybki i wyrobił się z wizytą u barbera jeszcze przed Świętami, prawdopodobnie został nasmarowany jakimś dziwnym mazidłem. Takim jakiego nie widzieliście jeszcze w Rossmannie czy innej naturze i był zachwycony rezultatem. Zatem nastał czas na przedstawienie wam poszczególnych typów produktów, oraz jaki efekt możemy dzięki nim uzyskać.

Pamiętajcie jednak, że podstawą świetnej fryzury jest odpowiednie cięcie. Bez niego nawet najlepszy produkt nie zrobi z was Brada Pitta.

Generalnie pomady dzielę na trzy główne grupy, woskowe, wodne i matowe. Niestety, bądź stety każda z nich dzieli się na inne kategorie, bądź typy, czy też wszelkiego rodzaju mieszanki. Brzmi groźnie, ale spokojna wasza rozczochrana, idzie się połapać w pięć minut. Serio.

Pomady woskowe

Pierwsza kategoria, najbardziej klasyczna ze wszystkich kosmetyków do włosów. Jak sama nazwa wskazuje, ich bazą jest wosk pszczeli, wazelina, olejki itede, itepe. Pomady te są mocno uniwersalne, ułożycie na nich zdecydowaną większość fryzur. Jeśli jesteś wysoki i przez przypadek dziabniesz głową we framugę, możesz śmiało wyciągnąć grzebień z kieszeni i dziarsko przeczesać przywracając pióra do pierwotnego stanu. Cudnie prawda?

No tak nie do końca

Pierwszy problem z woskami jest taki, że niestety nie zmywają się całkowicie z włosów. Nieraz trzeba tą czynność powtarzać, użyć specjalnego szamponu albo po prostu kombinować, aby zmyć pomadę z głowy.

Dla fetyszystów idealnie czystej głowy może to być problem. Jednak jeśli to nie jest dla ciebie problem, jesteśmy w domu – po pierwszym myciu na włosach zostaje ci tak zwany build-up. Dzięki czemu twoje włosy już układają się łatwiej, a przy następnym użyciu użyjesz zdecydowanie mniej produktu.

Druga sprawa – woski trochę „tłuszczą” włosy, przez co nie wyglądają one naturalnie i babcia może się zapytać dlaczego masz taką tłustą czuprynę. Moje włosy są bardzo cienkie i jasne, a równocześnie niesamowicie gęste. Jeśli czasem postanowię użyć wosku, a nie mam na sobie garnituru wyglądam jak ten pan spod sklepu który całe dnie spędza na spożywaniu tanich, bądź bardzo tanich win.

Pomady woskowe różnią się również między sobą siłą chwytu oraz połyskiem, ale tak patrząc z doświadczenia możemy założyć że im mocniejszy chwyt, tym niższy połysk, gdzie te najmocniejsze są już praktycznie matowe.

Jeśli więc nie masz problemu z build-upem a twoje włosy dobrze znoszą połysk, śmiało bierz pomadę woskową, bo generalnie to woski są świetne, tylko ja jakiś dziwny jestem.

Kategoria numer dwa – pomady wodne

Dla ułatwienia nazwijmy ją galaretką, a bo konsystencję ma jak galaretka. Produkt znacznie łatwiejszy w obsłudze od klasycznych wosków. Różni się od nich tym, że jest na bazie UWAGA wody! Dzięki temu zmywa się bez problemu szamponem, a nawet czasem jak cię przyciśnie studencki budżet to i sama woda styknie. Zasada przy nich jest taka, że jak już ułożysz fryzurę i pozwolisz jej “zaschnąć” to pod żadnym pozorem nie możesz poprawiać, gdyż rozwalisz nadaną formę i będziesz wyglądać źle. Możesz spróbować poprawić mokrym grzebieniem, ale wtedy chwyt produktu ulegnie osłabieniu.

Jeśli nie masz nawyku grzebania we włosach i/lub nie uderzasz głową o wszystko co się da, to dobrze dobrana pomada wodna powinna utrzymać twoją fryzurę w nienagannym stanie przez cały dzień.

Tutaj podobnie jak w poprzedniej kategorii – mamy różne siły chwytu oraz wysokości połysku, jednak za bardzo nie możemy warunkować jednego do drugiego.

Pomady matowe, czyli glinki kremy i pasty

Okej, tutaj może być trochę ciekawiej. Wrzuciłem te wszystkie produkty do jednej kategorii, bo najprościej w świecie wszystkie są stworzone dla osób którym nie podoba się świecąca grzywa. Kremy i pasty w większości przypadków są na bazie wody i mają średni chwyt. Nadają się przez to do wszelkich luźniejszych fryzur, dzięki czemu zawsze można sobie pogrzebać we włosach. Jednak nie zalecam robić tego aż za często, bo wtedy podobnie jak w przypadku galaretek utracimy chwyt, jednak nie tak drastycznie i nie od razu.

Glinki z kolei mają zdecydowanie twardszą konsystencję przez zastosowanie wosku pszczelego i/lub glinki kaolinowej. Włosy są przez to elastyczne, mają dużo objętości, zmywają się bez problemu i wyglądają naturalnie, no czego chcieć więcej?

Okej, można powiedzieć że skubnęliście podstawowej wiedzy na temat produktów do włosów I możecie zacząć gonić za króliczkiem. Może się to udać od razu, ale gdzie tutaj fun, skoro za każdym razem możecie testować coś innego…. 🙂

Poradnik brodacza – czego tak właściwie potrzebuje?

Broda to nie lada wyzwanie. Wielu z nas wydaje się, że można ją po prostu zostawić samej sobie i już po miesiącu wszystkie samice będą pod wrażeniem ilości testosteronu jaki się w nas znajduje, a wszelkie olejki szczotki czy inne balsamy to strata pieniędzy i generalnie spisek wielkich koncernów kosmetycznych żeby naciągnąć nas jeszcze bardziej (sam kiedyś się do tej grupy zaliczałem).Tak więc, czego konkretnie potrzebuje broda aby być tak cudna jak jeszcze nigdy nie była? A więc proszę, rozpoczynamy wyliczanie.

1. Szczotka do brody

Szczota, a będąc bardziej szczegółowym – kartacz to moim zdaniem absolutny must have dla kogoś kto chce pochwalić się brodą dłuższą niż 2 cm. Jak niektórzy spiskowcy mogą sądzić, kartacz nie służy tylko do czesania waszej brody i nie możesz go zastąpić „zwykłym grzebieniem z Rosska za pięć złotych”. W tych pozornie prostych ruchach drzemie głębszy sens i ideologia.

Jak sam zwykłem sobie oraz moim brodatym kumplom tłumaczyć, zarost u faceta ma służyć do chronienia twarzy przed zimnem. Tak więc, jeśli zarosłeś na te przysłowiowe dwa centymetry a broda jest gęsta, to jako tako spełnia swoje zadanie i po jaką cholerę organizm ma marnować składniki i energię na hodowanie dłuższej? Tutaj wkracza kartacz. Z racji swojej budowy, twardości i gęstości osadzenia włosia szczotkowanie brody stymuluje naszą skórę do produkcji sebum, dzięki czemu broda ciągle rośnie w najlepsze.

Druga sprawa to trzymanie naszej skóry w nienagannej kondycji. Szczota będzie ciągle zdzierać martwy naskórek i po przeczesaniu ręką nasza czarna koszulka nie będzie wyglądać jakby świeżo co spadł śnieg. Kolejny pozytywny aspekt to możliwość „wytresowania” naszych włosów. Każdy z nas kojarzy pewnie tak zwane wicherki które pojawiają się w niektórych miejscach na zaroście. Regularne szczotkowanie pomoże naprostować i ukierunkować włosy, aby rosły w wymarzonym przez nas kierunku. Dopóki nie zaczniesz używać kartacza, nie zauważysz jak dużo syfu zbiera się między włosami w ciągu dnia. No i w sumie samo czesanie jest cholernie przyjemne

2. Olejek do brody

Kolejny produkt który można uznać za niezbędny. Regularne stosowanie olejku zdecydowanie zmiękczy brodę, przestanie ona być sucha i łamiąca się. Używać go w zasadzie można już od pierwszych dni i kilkudniowego zarostu. Przestanie wtedy być tak niesamowicie twardy i drażniący. Oleje ukryte w składach zapewnią warstwę ochronną włosom. W ten sposób wszelkie negatywne czynniki nie będą na nich robiły żadnego wrażenia. Dodatkowo, większość olejków ma swój własny unikatowy zapach, przez co nawet stare i zapomniane perfumy mogą dostać nowe życie dzięki ciekawej zapachowej mieszance.

3. Balsam do brody

Balsam to w sumie takie dwa w jednym w brodowym świecie. Podobnie jak olejek świetnie odżywia i nawilża włosy. Dodatkowo dzięki bardziej stałej konsystencji oraz dodatkom wosku pszczelego i/lub masła shea pomoże zapanować nad kształtem, oraz niesfornymi włosami. Niestety przez właśnie swoją konsystencje, nie będzie on tak dobrze wchłanialny jak olejek i nie dotrze w każde najdalsze zakamarki twarzy, ale tak właściwie to możecie używać olejku i balsamu jednocześnie. Możliwości jest wiele.

4. Szampon do brody

A w zasadzie to szampon bądź mydło. Kolejna rzecz która może się wydawać zbędna, bo przecież mogę umyć brodę szamponem do włosów, nie? No właśnie nie. Włosy na brodzie jak pewnie zauważyliście są tak plus minus 2 razy grubsze niż te na czubku głowy, a taki head and shoulders, z racji swojej konsystencji oraz składu dodatkowo i całkowicie niepotrzebnie by je tylko obciążył. Szampony brodowe są zdecydowanie bardziej „lekkie” dzięki zastosowaniu naturalnych składników. Po myciu włosy są turbo puszyste i podatne na układanie. Rynek zdominowały w zasadzie szampony, bo są łatwiejsze w obsłudze, ale ja jestem fanem twardych mydeł w kostce, dzięki ich wydajności i efektywności.

Generalnie to wszystko czego potrzebujecie. Wiem, wiem… Ilość produktów oraz ich ceny mogą lekko odstraszać, ale nie ma się czego obawiać i niepotrzebnie stresować. Po pierwsze, efekt będzie widoczny gołym okiem i dłonią. Po drugie zaś produkty te są niezwykle wydajne. Właściwie oprócz kartacza który powinien przeżyć nawet bunt maszyn, olejek mydło czy balsam powinny bez problemu wytrzymać z wami około dwóch lub trzech miesięcy.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Z wykształcenia archeolog. Namiętnie kolekcjonuje wszelakie gadżety oraz kosmetyki do włosów i brody. W wolnych chwilach je pizzę i ogląda seriale wraz ze swoimi buldogami angielskimi.