TL;DR

Hell yeah:

  • Facet bez kompleksów sam decyduje, który samochód jest męski. Nigdy odwrotnie
  • Spore wnętrze
  • Jak na swoje parametry – dynamiczny i zwinny miejski wariat
  • Nie do pomylenia z żadnym innym crossoverem

Hell no:

  • Mały bagażnik
  • Spore spalanie
  • Hałaśliwy przy większych prędkościach
  • Eklektyczne wykończenie

 

Nissan Juke

Fot. Robert Wiertlewski / Na Krzywy Lej

Pieski początek

Patrząc na buldoga angielskiego, raczej nikt nie zakłada, że będzie szybki niczym hart, towarzyski jak labrador czy miły w dotyku jak pudel. Łeb ma za wielki, łapy za krótkie, karku nie ma wcale. Do tego oczy po zewnętrznej i morda smutna jak po półrocznej nocy polarnej na biegunie. Na psa obronnego też się raczej nie nada. Mimo to ma niezliczoną rzeszę fanów kochających go bezwarunkowo. Podobne odczucia połączyły mnie na kilka lat z Nissanem Juke.

Ten samochód wyraźnie dzieli, mało kto ma do niego stosunek obojętny. Juke’a się kocha lub nie trawi. Ja mam stosunek osobisty, więc musiał się tu pojawić. Wywód opieram na dwóch modelach, którymi jeździłem: Juke pierwszej generacji N-TEC z silnikiem 1,6 (benzynowy, 117 KM) i automatyczną skrzynią CVT i nowszym, z silnikiem 1,2 DIG-T (benzynowy, 115 KM).

Po zewnętrznej

Projektanci Juke’a wykazali się sporą odwagą. Mimo że od premiery minęło wiele lat, przez które niewiele się zmienił, wciąż rzuca się w oczy. Charakterystyczny kształt i „podwójne oczy” sprawiają, że nie można go pomylić z żadnym innym autem.

Juke to taka Micra, która sądziła, że weźmie sterydy i stanie się Z370. A wyszło zupełnie inaczej.

Juke to jeden z pierwszych samochodów, w przypadku którego producenci odkryli, że można ugrać kilka złociszy ekstra na personalizacji. Mają sporo argumentów, żeby nas zachęcić: kolorowe nakładki na lusterka, obramowania świateł, felgi w kolorze nadwozia, spojlerki. Co tam wam się tylko zamarzy, żeby stworzyć tego jedynego niepowtarzalnego. Do wyboru, do koloru. Są też elementy do przystrojenia środka.

Przy takiej liczbie dodatków, dość łatwo przesadzić i stworzyć swojego własnego „Juke Odpust Edition”.

Nissan Juke

Fot. Robert Wiertlewski / Na Krzywy Lej

 

W środku jest nie mniej nudno

Okrągłe zegary, sportowy daszek, nowoczesny wyświetlacz do obsługi multimediów. Na pierwszy rzut oka wszystko pasuje idealnie, niczym zakupowa torba w kratkę na kółkach do Škody Fabii, ale kiedy zaczniemy drążyć – wnętrze trochę traci. Robi się eklektycznie. Z jednej strony mamy wykończony czarnym plastikiem piano sprytny i nowoczesny panel, który służy do zarządzania trybami jazdy, a po wciśnięciu jednego przycisku magicznie zmienia się na panel do obsługi klimatyzacji. Z drugiej strony, a właściwie powyżej, multimedialny system do nawigacji i audio zrobiony z innych matowych plastików i w innym stylu. Każdy ładny, ale każdy inny. Zupełnie od czapy jest też mały wyświetlacz między zegarami, który wygląda co najmniej jak podświetlany kalkulator Casio sprzed 20 lat.

Nissan Juke

Fot. Robert Wiertlewski / Na Krzywy Lej

Nissan Juke

Fot. Robert Wiertlewski / Na Krzywy Lej

Jakby tych materiałów było mało, z boku mamy jeszcze niklowane klamki świecące jak wyżej wspomnianemu buldogowi oczy. Żeby nie było, że tylko zrzędzę, informacje są łatwo dostępne i dobrze widoczne. System multimedialny z dotykowym ekranem jest prosty i intuicyjny w obsłudze, łatwo go podłączyć do smartfona (w odpowiedniej wersji oczywiście), zarówno przez kabelek, jak i po bluetooth. Nieźle działa system nawigacji, ale ceny jej aktualizacji są absurdalne (wystarczy żeby kupić cały zestaw do nawigacji), więc się starzeje.

Widoczność z przodu i z boku jest niezła, natomiast przez tylną szybę niewiele widać (czyli mamy pewne elementy wspólne z BMW i8). Pomaga opcjonalna kamera cofania i wielkie boczne lusterka. Brakuje trochę schowków i centralnego podłokietnika (można dokupić).

Samochód jest niewielki, mimo to w środku nie dostaniemy klaustrofobicznego napadu paniki, nawet jeśli jest się rosłym facetem. Fotele po małej dopłacie są wygodne, dobrze trzymają, a z tyłu – jak na taki mały samochód – jest sporo miejsca. Wożone koleżanki nie narzekały nawet po 600 km, więc chyba nie jest źle. Przestrzeń wewnątrz powstała zapewne kosztem bagażnika, bo tam z kolei jest raczej ciasno, nawet w wersji drugiej, w której zyskał trochę litrów pojemności ekstra. Wózek i wszystkie akcesoria „okołodzieciowe” ciężko będzie upchnąć, ale już deska snowboardowa, po złożeniu tylnych siedzeń, zmieści się bez problemu.

Nissan Juke

Fot. Robert Wiertlewski / Na Krzywy Lej

Jak jeździsz!

Co tu gadać – jazda Jukiem to jedna z jego największych zalet. Samochód reaguje szybko, trochę jest miękki, trochę wysoki, więc może nie trzyma się drogi jak Audi Quattro, mimo to dostarcza duuużo frajdy. Umówmy się jednak, na sportowe emocje raczej bym nie liczył (chyba że w wersji Nismo, ale ile osób jest skłonnych wydać ponad 100 tys. złotych polskich na sportową wersję Żuczka?). Poza tym skrzynia w automacie (CVT) nie przypadnie do gustu słuchowcom. Taki jej urok.

Jeśli chodzi o użytkowanie, samochód pobierał lekcje ekonomii zapewne u Greków. Potrafi spalić i dyszkę w trybie SPORT, a przecież mówimy o małym miejskim aucie. Za to koszty przeglądów nie przygniatają finansowo.

No ale – czy mając to wszystko na uwadze – Juke to auto dla faceta? Jeśli potrzebujesz za pomocą akcesoriów takich jak samochód udowadniać swoją męskość, a różowe koszule dla Ciebie to jakieś „dżender” rodem z zepsutego zachodu – pozostań przy czarnym golfie. Jeśli nie masz kompleksów i jeździsz samochodem takim, jakim chcesz, to może połączyć was długa, bezproblemowa przyjaźń, tak jak było w moim przypadku. A i moment na podjęcie takiej decyzji sprzyjający, bo pojawiła się nowa edycja – Bose ze świetnym audio i fajnymi gadżetami. Czego chcieć więcej!

Nissan Juke

Fot. Robert Wiertlewski / Na Krzywy Lej

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl, fascynuje się fotografią motoryzacyjną i popkulturą. Więcej recenzji samochodów Roberta znajdziecie na jego blogu Na krzywy Lej oraz na Instagramie @Nkl_automotive