Na ruskich gangsterów w kategorii alkoholi nie ma silnych. A skoro gram – czyli przeprowadzam wywiady – na ich terenie, nie będę mógł się głupio wykręcać bólem brzucha czy religijnymi przekonaniami. Trzeba pić.

Gdzie ta wódka?

Rzecz w tym, że kiedy na stole stanęły wielkie szklany, kelner wypełnił je… kwasem chlebowym. Owszem, robionym w restauracji, znakomitym, ale jednak tylko kwasem. Po kilku sesjach zdałem sobie sprawę z tego, że wódę to łoić można z polskim „miastem” – Rosjanie, to albo kwas, albo czaj, albo chłodnik. Żadnego alkoholu. Przynajmniej ci, z którymi rozmawiałem. Gdy to skumałem, zacząłem odczuwać coś w rodzaju niedosytu – no, bo jednak nie po to się jedzie za Bug, żeby trwać o suchym pysku. Fakt, wódki nie lubię, ale tamtejszy kaniak – jak najbardziej (celowo nie używam zastrzeżonej nazwy koniak czy brendy – kaniak to kaniak, wszyscy wiedzą, skąd pochodzi). Stanęło na tym, że pracujemy o wodzie i kwasie chlebowym, ale wieczorem mam prawo do degustacji.

Prawdziwy koniak musi być francuski. Z jednym wyjątkiem…

Czy kaniak to koniak?

Szczególnie przyjemnie zapamiętałem wieczór w modnym mińskim barze „Bańki-butelki” (dla purystów językowych: banki-botyłki) – gigantyczna witryna z alkoholami z całego świata, ze szczególnym uwzględnieniem dokonań producentów z Armenii czy Gruzji, zrobiła na mnie wrażenie. Jeśli interesują Was dokonania Erywańskiej Fabryki Brendy, pochodzącej z II połowy XIX wieku, to szczególnie polecam intensywny 10-letni „Ararat”, który może spokojnie konkurować z wyrobami z francuskiego Cognac. Zresztą, producenci „Araratu” – jako jedyni spoza Francji – mają prawo używać nazwy koniak, bo „Ararat” wygrał w 1902 roku nagrodę Grand-Prix. Konkurs koniaków odbył się w Paryżu, a koneserzy nie mogli uwierzyć, że tak zacny trunek pochodzi z Kaukazu.

Wiadomo, że podczas Konferencji Jałtańskiej Stalin podarował Chruchillowi butelkę z „Araratem” – podejrzewam, że było to trunek, który leżakował o wiele dłużej niż 10 lat, ale bądźmy szczerzy, czy ktoś z Was chciałby być Stalinem? Podarujcie sobie dziesięciolatka, a nawet tańszego sześciolatka. Zdaniem doświadczonego mińskiego barmana, który mi opowiadał o armeńskich kaniakach, najsmaczniejszy, najbardziej aksamitny i słodki jest 6-letni „Ararat”. Jako, że Sztos nie ma na celu rozpijania czytelników, powiem tylko, że wystarczy zaufać profesjonaliście i można się powstrzymać od degustacji. Ja wprawdzie spróbowałem, ale się tym nie chwalę.

Rosyjski rodowód Francuza

Tak samo można uwierzyć na słowo tym, którzy uważają, że wśród francuskich koniaków jednym z liderów jest „Meukov” – marka znad Sekwany, ale o rosyjskich korzeniach. Otóż w połowie XIX wieku car Alekander II wysłał do Francji braci Augusta i Gustava Meukov, aby dostarczali na petersburski dwór jak najzacniejsze trunki. Bracia uznali, że znacznie lepiej (i taniej) będzie stworzyć firmę produkującą koniaki na miejscu, czyli we Francji i tak powstał alkohol, który zdobył wielu amatorów zarówno w kraju Balzaka i w kraju Puszkina. W Polsce jest nieco mniej popularny.

Nie przeczę, że „Meukov” – zarówno VS jak i VSOP – umilił mi wiele literackich wieczorów. Natomiast moi rozmówcy cały czas łoili ten nieszczęsny kwas chlebowy…

Autor jest felietonistą Sztos.pl, pisarzem, dziennikarzem i byłym korespondentem wojennym. Mało kto wie więcej na temat polskiego półświatka. Jego zapisy rozmów z Jarosławem Sokołowskim, ps. Masa oraz kolejne książki o polskiej mafii przez wiele miesięcy utrzymują się na listach bestsellerów.