Kia znalazła sposób na wykrojenie sporego kawałka z motoryzacyjnego tortu. Krok po korku, podglądając auta produkowane na starym kontynencie, wpasowała się w lokalne gusta. Stinger to dla mnie ukoronowanie tej wieloletniej strategii. A przy okazji samochód jest po prostu ładny.

Kia Springer

8-biegowa automatyczna skrzynia znalazła się w standardzie z każdym silnikiem. (Fot. Robert Wiertlewski / Na Krzywy Lej)

Pan bierze, taniej nie będzie

Marketingowcy nie próżnowali i przekonywali nas, że no około 150 tysięcy to sporo może jest „piniądza”, ale właściwie Stinger to ma wszystko i tam gdzie cenowo się Stinger kończy, to inne się dopiero zaczynają. Oczywiście prawda leży po środku, bo zależy, z czym porównamy. 

Z zewnątrz Stinger zdecydowanie przyciąga uwagę. Trudno nie dopatrzyć się inspiracji, a każdy znajdzie inną. Niektórzy dopatrują się profilu Maserati Ghibili i fastbacka Audi, inni Chevy SS. Z tyłu ktoś wypatrzy Dodge’a Chargera SRT. Z przodu – ponoć Jagura XK, choć patrząc na zdjęcia, mam wrażenie że to grubymi nićmi szyte porównanie. Bez względu na inspiracje, widać że projektanci mieli więcej odwagi (lub budżetu) niż konkurencja, co się jak widać opłaciło.

Tak pięknie, że mógłbym tu zamieszkać

W środku, w wersji z czerwoną skórą, Stinger nie przynudza. Jest nowoczesne i finezyjne i w ogóle. Obstukałem całem wnętrze i jest dobrze. Twardego plastiku prawie wcale. Wszystko przyjemnie miękkie i współgrające z tym co na zewnątrz. W mojej ignorancji prędzej obstawiłbym, że siedzę we włoskim niż koreańskim aucie. Chociaż, żeby nie było tak różowo, trochę mnie ilość i ułożenie przycisków/pokręteł przytłaczała przez pierwszych kilka chwil, ale im dalej w drogę, tym bardziej wszystko mi grało i banglało.

Kia Springer

Springer dostępny jest w wersjach z napędem na tylne lub cztery koła. (Fot. Robert Wiertlewski / Na Krzywy Lej)

250 kucy bez dreszczów

To co mnie rozczarowało to silnik.

250KM w Stingerze nie dostarczy dreszczy. Jakby Stingera nie gazować (w sensie, że pedałem, nie instalacją LPG), brzmi to mniej emocjonująco niż byśmy się spodziewali.

Może i tu warto było podpatrzyć Niemców i podbić odgłos silnika w kabinie, żeby nie brzmiało to jak odkurzać w trybie turbo. Ja wiem że to oszustwo i  ogóle, ale co z tego skoro przekłada się to na lepsze samopoczucie w trakcie jazdy. Jaki z tego morał? Kupując Stingera, jeśli liczycie na gęsią skórkę, bierzcie wersję 3.3 T-GDI V6 370KM.

Oczywiście to, że silniki nie grzmi i nie huczy, nie znaczy że samochód muli. Jest dynamicznie tyle że bliżej mu do Volvo niż do BMW, prowadzi się równie dobrze jak panna na wydaniu (choć warunki pogodowa przypominały od czasu do czasu, że to samochód tylnonapędowy, a nie 4×4), a w bonusie, wszystkie możliwe systemy dbają o to żebyśmy pilnowali swojego pasa ruchu, nie rozjeżdżali pieszych sprawdzając najpilniejszą na świecie wiadomość na fejsie i nie zajechali drogi innym, rozsądniejszym użytkownikom ruchu. Niby to wszystko wodotryski, ale uprzyjemniają podróż. Świetnie spisywał się wyświetlacz przezierny (HUD). Oprócz prędkości i nawigacji, wyświetlał też informacji o autach w na pasach bocznych, tym samym nie musimy martwić się o martwe pole.

Choć wiele osób podejdzie zapewne do Stingera jak do jeża i wybierze sprawdzone niemieckie opcje, cieszę się z każdą premierą, która dostarcza tyle radości. Ciekawe, czym znowu zaskoczy Kia, bo nie wątpię, że jeszcze nie raz zaskoczy.

Autor jest felietonistą Sztos.pl, fascynuje się fotografią motoryzacyjną i popkulturą. Więcej recenzji samochodów Roberta znajdziecie na jego blogu Na krzywy Lej oraz na Instagramie @Nkl_automotive