Media ponownie wzięły na warsztat Mars One, a wszystko za sprawą doniesień ze Szwajcarii, gdzie projekt ostatecznie wyzionął ducha. Chociaż słowo „ostatecznie” może być przesadą – ludzie stojący za tym pomysłem szybko zareagowali i poinformowali, że będą jeszcze walczyć, że bankructwo nie zniszczy ich marzenia. Odnoszę jednak wrażenie, że plan został już zrealizowany: przez kilka lat było o nich głośno, na konta spłynęło sporo kasy, niewiele osób będzie wnikać w to, jak została wydana…

Lecimy na Marsa. Zaraz!

Historia Mars One zaczyna się na początku dekady. Wtedy to szerzej nieznany przedsiębiorca z Holandii ogłasza światu, że wyśle ludzi na Czerwoną Planetę. Z dzisiejszej perspektywy nie musi to wyglądać na szalony pomysł – przecież w kosmiczny biznes weszło przynajmniej kilku miliarderów: Elon Musk, Jeff Bezos, Paul Allen, Richard Branson – każdy z nich coś już na tym polu osiągnął. To podobna historia? Otóż nie.

Ów holenderski biznesmen to Bas Lansdorp. Nie był miliarderem. Inżynier przez kilka lat rozwijał firmę w segmencie energetycznym, zajmował się pozyskiwaniem energii z wiatru. Ostatecznie sprzedał ten interes, ale nie była to transakcja stulecia, mężczyzna nie trafił na listę najbogatszych ludzi świata. Pozyskane w ten sposób środki postanowił jednak ulokować w bardzo wymagającym biznesie kosmicznym. Jak się później miało okazać, był to raczej biznes komiczny.

Lansdorp ogłosił światu, że wyśle ludzi na Marsa. Nie pod koniec stulecia, nawet nie w jego połowie. On mówił o latach 20. Gdybyśmy nawet wzięli pod uwagę opóźnienia, jakie towarzyszą tego typu przedsięwzięciom, to realizacja tak odważnego planu w dwadzieścia lat musi robić wrażenie. Zwłaszcza, gdy nie posiada się zaplecza technologicznego, naukowego, a szczególnie finansowego…

Zrobimy z tego show

Ekipa (niezbyt liczna) Mars One wyliczyła, że wysłanie człowieka na Czerwoną Planetę będzie kosztować około 6 mld dolarów. Pieniądze niby duże, ale nie w przypadku podboju kosmosu. Specjaliści pukali się wówczas w głowę i przekonywali, że taki projekt może pochłonąć dziesiątki, jeśli nie setki miliardów dolarów. Ale młoda firma odpowiadała m.in., że będzie taniej, bo eksploratorzy nie wrócą na Ziemię – to misja w jedną stronę.

Osoby, które nie znają tematu, zastanawiają się pewnie, kto miałby wyruszyć na samobójczą misję. Okazało się, że chętnych nie brakowało. I był to jeden z motywów przewodnich całego pomysłu. Lansdorp i spółka wymyślili, że pieniądze na realizację rejsu zdobędą organizując wielkie widowisko telewizyjne. Reality show na miarę XXI wieku: pokażemy, jak ludzie zgłaszają się do programu marsjańskiego, jak dokonujemy selekcji, trenujemy ich, wysyłamy na Marsa i przystosowujemy do życia w nowych warunkach.

Nieźle, prawda? Program rozciągnięty na lata, może nawet całe dekady. Każdy ważniejszy moment oglądałyby przecież rzesze ludzi na całym globie. Media szybko podłapały temat, pisały o odważnym podejściu czy realizacji wielkiego marzenia. To z kolei sprawiło, że ludzie zgłaszali się do projektu (przy okazji płacili wpisowe). Organizator informował, że zainteresowanie jest olbrzymie, mowa była o setkach tysięcy chętnych. Potem jeden z demaskatorów projektu przekonywał, że było to nie 200 tys., a 2 tys. ludzi. Ale kto by się tym przejmował.

Oprócz sprzedaży praw do programu tv, pieniądze pozyskiwano ze wspomnianego wpisowego, ze sprzedaży gadżetów, w ramach finansowania społecznościowego, donacji. Mówiono też o inwestorach. Ile udało się łącznie zebrać? Dobre pytanie.

MarsOne-hab16-HR-BV

Największym problemem programu było niejasne finansowanie misji. (fot. Mars One)

Z dużej chmury…

Przez parę lat o projekcie było naprawdę głośno. Dowiadywaliśmy się o zawężaniu grupy chętnych do lotu, o potencjalnych partnerach i przesunięciach w czasie – już wtedy stało się jasne, że plany były zbyt ambitne. Jednocześnie konfrontowano to z opiniami ekspertów, którzy podkreślali, że ludzie wysłani na Czerwoną Planetę przez holenderski startup nie pożyją zbyt długo. Jeśli nie zabije ich promieniowanie, to pożar w kolonii albo pięć czy dziesięć innych czynników.

Wybrańcy nadal powtarzali, że chcą lecieć, ale chyba sami nie wierzyli w to, że kiedykolwiek ruszą w kierunku Marsa (w finałowej setce znalazły się trzy osoby z Polski). Może ludzie ci mieli nadzieję, że reality show jednak powstanie, że twórcy ograniczą się do nagrywania na Ziemi i niedoszli astronauci zostaną gwiazdami telewizji? Jeśli wierzyć medialnym doniesieniom, część z nich była na tyle zdeterminowana do wzięcia udziału w programie, że wspierała projekt z własnej kieszeni, by zwiększyć swoje szanse na „pozostanie w grze”.

Kwartały mijały, a świat przestał interesować się Mars One. Zmieniło się to na początku lutego, gdy okazało się, że biznes zbankrutował. Koniec marzeń? Nie do końca. Ludzie za nim stojący zwracają uwagę na istotny szczegół – funkcjonowały dwa podmioty: Mars One Foundation (niekomercyjny) i Mars One Ventures (komercyjny). Zbankrutował ten drugi. Ale pierwszy ma realizować misję lotu na inną planetę. W jaki sposób? W wypowiedziach pojawił się już tajemniczy inwestor. Mam nadzieję, że będzie nim kambodżański książę. Na końcu dowiemy się, że nie kupił klubu piłkarskiego w Polsce, bo zapragnął wysłać ludzi na Marsa. Byłoby pięknie.

Co tam garnki i koce – idź na całość

Ta historia pokazuje, że nie ma sensu bawić się we wciskanie emerytom magicznych garnków albo kołder wypchanych puchem pegaza. Przynajmniej nie wtedy, gdy chcesz zrobić naprawdę dużą karierę. Trzeba mierzyć wysoko – dosłownie i w przenośni. Ludzie marzą o wyprawie na Marsa, o dalszym ujarzmianiu (wszech)świata? No to wyjdź naprzeciw tym marzeniom.

Gdy stało się jasne, że Amerykanie, Rosjanie czy Chińczycy nie wyślą człowieka na Marsa w najbliższym czasie (przynajmniej nie w ramach państwowego programu), gdy Elon Musk nie był jeszcze globalnie rozpoznawalnym miliarderem i wizjonerem, pojawiło się miejsce dla jakiegoś guru. Cały na biało wszedł pewien Holender. Bez kasy, bez doświadczenia, zaplecza tech. Ale za to ze świetnym marketingiem. Rzucił kamyk, który wywołał lawinę. I nie twierdzę, że zrobił to dla kasy – nie mam pojęcia, ile na tym zarobił. Może stracił? Pewne jest natomiast, że wmówił masie ludzi, iż jest w stanie zrealizować wielkie przedsięwzięcie praktycznie domowym sposobem.

Szacuneczek.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Lubi gotować i jeść, interesuje się przeszłością i przyszłością. Jeśli akurat nie pisze, pewnie siedzi w kinie.