Trzeba przyznać, że dzielenie powieści Harukiego Murakamiego na dwa tomy ma swoje minusy. Z racji, że fabuła pierwszej części „Śmieci Komandora” stopniowo rozgałęzia się na nowe wątki (mniej lub bardziej ciekawe), to ucięcie jej w połowie może być dla niejednego czytelnika dość frustrującym doświadczeniem. Tym bardziej, że jak to często bywa u twórcy „Norwegian Wood”, w trakcie opowieści zagadki się mnożą, klimat robi się coraz bardziej osobliwy i zaczyna nas nurtować pytanie: „do czego to wszystko zmierza?”. Być może odpowiedź poznamy 28 listopada, gdy ukaże się tom drugi „Śmierć Komandora. Metafora się zmienia”.

Prostota i surrealizm

Mając póki co w rękach pierwszy tom, mogę zapewnić każdego fana Murakamiego, że odnajdzie w nim wszystko, co ceni w jego prozie. Opowiedziana w pierwszej osobie historia skupia się na 36-letnim malarzu portreciście, klasycznym, małomównym everymanie, którego porzuca żona. Będąc w szoku, przez kilka miesięcy włóczy się po kraju, aby ostatecznie trafić do górskiego domu starego malarza. Tam odnajduje obraz o nazwie „Śmierć Komandora”, który staje się jego obsesją. Międzyczasie poznaje tajemniczego sąsiada Menshikiego i zaczyna słyszeć zagadkowe dźwięki, które zdają się dochodzić z pobliskiej kapliczki.

Na pierwszy rzut oka fabuła wygląda na względnie prostą, ale jest to zwodnicze wrażenie. Czytając Murakamiego nigdy nie jesteśmy pewni, czy realistycznie prowadzona narracja nie zostanie w pewnym momencie zakłócona przez mocno enigmatyczne czy surrealistyczne wydarzenia. Czy dzieje się to na dnie studni („Kronika ptaka nakręcacza”), czy na diabelskim młynie („Sputnik Sweetheart”), bohaterzy jego książek są niejednokrotnie przenoszeni w nową, niezmiernie dziwną nierzeczywistość.

Coś podobnego odnajdziemy w „Śmierci Komandora”, w której wyschnięta studnia (znowu ten motyw!) okazuje się katalizatorem późniejszego zwrotu akcji. Dobrym przykładem, z jakim rodzajem opowieści mamy do czynienia, jest między innymi fakt, że protagonista zastanawia się nad tym, czy w owej studni nie leży zakopany wieki temu mnich, który wciąż jest w stanie poruszać dzwonkami. A dalej wcale nie jest normalniej. I choć tym razem materiał nie jest tak świeży i dobry jak w przypadku wyżej wymienionych pozycji, to o tyle dobrze, że autor wciąż lubuje się w absurdalnych pomysłach.

Nieprzyzwoita książka? A gdzie tam

Jeszcze zanim ukazało się polskie tłumaczenie za sprawą wydawnictwa Muza, o powieści Murakamiego było głośno za sprawą pewnych kontrowersji. W Hong Kongu uznano ją za nieprzyzwoitą i została zakazana dla czytelników poniżej 18 roku życia. Tłumaczka książek Japończyka Anna Zielińska-Elliott wspominała, że sprawa mogła być związana ze słowem „penis” oraz jedną ze scen seksu. Już w trakcie lektury szybko zauważymy, że nic w tej książce nie można uznać za zbyt mocne czy gorszące morale. Choć pojawiają się fragmenty z lekko perwersyjnym odcieniem (bicie i duszenie podczas stosunku, częste uwagi na temat piersi nastoletnich dziewczynek), to nie jest to twórczość Georgesa Bataille’a, Guillaume’a Apollinaire’a czy J.G. Ballarda. Co więcej, Murakami nigdy nie był typem autora, który rozbudza wyobraźnię erotycznymi opisami.

Nie pozwala mu na to zresztą jego styl, który cytując słowa pisarki Joanny Bator, „raczej nie wprawia w językową ekstazę”. Dotyczy to nie tylko strony seksualnej, ale także ogólnego wykładania czytelnikowi, jak wyglądają bohaterowie, co robią i myślą. I tu dochodzimy do problemu, który jest nadto zauważalny w nowej powieści. Przykładowo, gdy protagonista spotyka Menshikiego, to za każdym razem czytamy o jego włosach: „Zawsze świadomie wybierał ubrania w kolorach, które pięknie podkreślały jego białe włosy”; „białe włosy były jak zwykle pięknie uczesane i naturalnie ułożone”. Podobnych zdań jest znacznie więcej.

Choć czytałem już parę dzieł Murakamiego, to muszę przyznać, że po czasie te wszystkie powtarzające się i pozbawione polotu deskrypcje wyglądu bohaterów czy stanów wewnętrznych malarza w „Śmierci Komandora” zaczęły mnie bawić. Ba, udało się im nawet osłabić jeden z największych atutów pisarza, czyli talent do kreowania głęboko melancholijnej aury. Stąd radzę przymykać na to oko. Nie każdy jest Peterem Nadasem. Na pocieszenie mogę stwierdzić, że Japończyk nawet w słabszej formie wypada o niebo lepiej od chociażby przeraźliwie monotonnego noblisty Kazuo Ishiguro.

Dużo sztuki

Z samym Menshikim jest związana też inna sprawa. Ten dobrze znany w twórczości pisarza motyw ekscentrycznego milionera to kolejny już ukłoń w stronę jego ulubionej książki, czyli „Wielkiego Gatsby’ego” Francisa Scotta Fitzgeralda. Tak jak Nick Carraway w znakomitej powieści Amerykanina, narrator Murakamiego jest nader zaintrygowany swoim tajemniczym sąsiadem. Autor robi wręcz wszystko, aby malarz, a tym samym czytelnik, nie mógł zgłębić istoty osobowości Menshikiego. I po części to działa, bo bohater jest enigmą, która wydała mi się bardziej frapującą kreacją niż sam protagonista.

Na podobieństwach do Fitzgeralda rzecz jasna się nie kończy. Tak jak w przypadku wcześniejszych książek autora, „Śmierć Komandora” jest wypełniona nawiązaniami m.i.n. do jazzu, muzyki pop, filmów (np. „Lśnienie”) czy „Alicji z krainy czarów”. Całkiem niegłupie są wtręty związane z operą „Don Giovanni” Mozarta i malarstwem japońskim. Nie najgorzej wypadają też pasaże, w których pisarz skupia się na oddawaniu samego procesu tworzenia. Zahacza to niemal o autobiografię. Często było to dla mnie bardziej zajmujące niż sama akcja.

Na razie nie mam pojęcia, co może z tego wyniknąć dalej. I choć pierwszy tom sugeruje mi, że Murakami pisał swoje ostatnie dzieło na autopilocie, to w sumie jestem ciekaw, czy dał radę je zamknąć w sensowną całość. Więc na razie twierdzę, że nie warto było na nie czekać pięć lat, ale kto wie – może jeszcze zmienię zdanie.

Ocena: 6-/10

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Uwielbia kino wszelkiej maści (Od Cronenberga po Bressona), seriale, literaturę, muzykę i tenis. Pisał m.in. dla Antyradia, naEkranie, naTemat, Stopklatki i Esquire’a.