Trafiłem tam prawie dziesięć lat temu. To była dosyć mroźna zima (wtedy jeszcze takie się zdarzały). Na drogach komunikacyjny chaos. Żeby dotrzeć na miejsce, musiałem jechać różnymi środkami komunikacji aż 11 godzin.

„Polska to naprawdę wielki kraj, jeśli z Warszawy trzeba gdzieś się przebijać prawie pół doby” – pomyślałem z przekąsem.

Autokar do Wrocławia, stamtąd pociąg do Jeleniej Góry, wreszcie autobus do Siedlęcina. Tam czekał na mnie cel tej wędrówki, niczym Święty Graal na Rycerzy Okrągłego Stołu. Porównanie nieprzypadkowe, bo celem tym była gotycka wieża w Siedlęcinie – z unikatowymi średniowiecznymi freskami ilustrującymi jedną z opowieści o królu Arturze i jego rycerzach. W całej Europie nie ma tak pięknych.

Lancelot i Ginewra

Już samo położenie wieży rekompensowało trudy podróży. Wznosi się w malowniczym zakątku nad Bobrem. By do niej dojść, trzeba było przecisnąć się obok jakichś industrialno-popeegerowskich ruin. To sprawiło wrażenie, jakby z każdym krokiem świat się rozpadał, czas się cofał, wracaliśmy w mroki średniowiecza. Potem zauważyłem to drzewo: lipę mającą ponoć sześćset lat. Jeśli tak, musiała być zasadzona niedługo po wybudowaniu wieży. Poskręcany kształt drzewa robił niesamowite wrażenie. Było jak strażnik legendy. Miało w sobie coś groźnego i romantycznego zarazem.

Jeszcze tylko minąć trzeba kolejnego, młodszego strażnika – ponadstuletnią lipę rosnącą tuż przy schodach (tak blisko, że wręcz rozsadzającą kamienne stopnie). Potem pozostaje już tylko wspinaczka do komnaty.

I wreszcie stajemy przed XIV-wiecznymi freskami, które kiedyś „odnowiono” tak fatalnie, że cała historia wydawała się opowieścią o świątobliwych mnichach.

Dopiero kolejna, współczesna renowacja przywróciła domniemanym zakonnikom oryginalny wygląd – dam i rycerzy z dworu króla Artura.

Głównym bohaterem malowideł jest Lancelot z Jeziora, najlepszy rycerz króla Artura. Zakochuje się w Ginewrze, żonie swojego władcy. Kiedy zostaje porwana, rusza jej na ratunek i odbija z rąk rycerza rozbójnika. Ta historia jest ambiwalentna: Lancelot i Ginewra kochają się, ale ich uczucie jednocześnie jest grzechem przeciw Arturowi. To zdrada męża, króla, przyjaciela. W średniowieczu ta ambiwalencja dawała duże pole do popisu dla trubadurów i minnesingerów, którzy przy takich malowidłach czarowali możnowładców i ich dworzan wierszami i pieśniami z cyklu arturiańskiego.

Henryk i Agnieszka

Dziś malowidła z Siedlęcina są już bardziej znane i rozreklamowane niż przed laty. W ich cieniu pozostaje jednak wciąż człowiek, które zlecił wykonanie tego dzieła sztuki jakiemuś nieznanemu z imienia mistrzowi z Zachodu. To śląski piastowski książę Henryk I Jaworski, urodzony w ostatnich latach XIII stulecia. Był porządnym władcą i dość zręcznym politykiem. Od miecza wolał jednak miłość. Wydaje się, że był naprawdę zakochany w swojej żonie Agnieszce (córce króla Czech i Polski Wacława II). Tak przynajmniej sugeruje domniemana płyta nagrobna pary książęcej, wystawiona dziś w Lwówku Śląskim. Pięknie wykonana, emanuje uczuciem i melancholią. Sztuka średniowieczna nie zwykła pokazywać prawdziwej bliskości między parami, tutaj jednak ją się wyczuwa.

Agnieszka zmarła w 1337 roku. Henryk już się nie ożenił. Zamówił natomiast arturiańskie malowidła do swojej wieży w Siedlęcinie. Może tak walczył z poczuciem straty? Może podróż do świata fantazji dodawał mu otuchy? Takie pytania to też część magii Siedlęcina. To miejsce, gdzie fakty splatają się z fikcją, sztuka z rzeczywistością, średniowiecze ze współczesnością. W tym jego urok. Warto mu się poddać.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl, dziennikarzem, pisarzem, prowadzi bloga „Historyjki”, który można odwiedzić na adamweglowski.wordpress.com