Ostatnie filmy włoskiego reżysera dobitnie udowadniały, że jest on najbieglejszym kontynuatorem stylu Federica Felliniego. Jednak ku mojemu zaskoczeniu, w pierwszej godzinie „Loro” („Oni”) nieszczególnie można poczuć ducha twórcy „Słodkiego życia”. Śledzimy w niej historię Sergio (Riccardo Scamarcio), młodego biznesmena, który na co dzień zajmuje się podsuwaniem młodych dziewczyn lokalnym politykom, by osiągnąć swoje cele. Jednak w chwili olśnienia wpada na pomysł, że prawdziwą karierę może zrobić tylko w jeden sposób – poprzez nawiązanie kontaktu z najpotężniejszym człowiekiem we Włoszech, czyli Silvio Berlusconim (Toni Servillo). Z racji, że były premier Włoch to znany kobieciarz, Sergio zaczyna wprowadzać w życie plan, który pozwoli mu wkupić się w jego łaski.

„Wilk z Wall Street”

Przez dość długi czas Berlusconi jest postacią, o której często słyszymy, ale jej nie widzimy. Jak oznajmia nam już sam tytuł filmu, zamierzeniem reżysera było ukazanie tych wszystkich chciwych pochlebców, którzy kręcili się wokół polityka tylko po to, by dochrapać się wysokiego stanowiska w rządzie. Pomysł sam w sobie niegłupi, ale problem leży gdzie indziej. Po pierwsze, ekspozycja jest przesadnie rozciągnięta. Po drugie, ostatecznie nigdzie nie prowadzi, bowiem wątek Sergio zostaje całkowicie porzucony gdzieś w trakcie (takich sytuacji w filmie jest niestety więcej). Po trzecie, jest nakręcona w sposób, który jak dla mnie niepotrzebnie nasuwa skojarzenia z „Wilkiem z Wall Street” Martina Scorsesego. Już we wcześniejszych filmach (chociażby „Boskim” z 2008 roku) Paolo Sorrentino zdradzał, że mógł w jakimś stopniu inspirować się twórczością Amerykanina. Ale tym razem te wszystkie popisowe jazdy kamery, zwolnienia czy szalenie płynny montaż nie przysłoniły dla mnie faktu, że parę sekwencji wyglądało jakby je bez skrępowania zerżnięto z filmu o nowojorskim maklerze.

Już na samym początku otrzymujemy scenę, w której Sergio a’la Jordan Belfort wciąga kreskę z ciała prostytutki. W innej mamy imprezy rodem z tych, które wyprawiała postać grana przez Leonardo DiCaprio. Żebyśmy nie mieli co do tego żadnych wątpliwości, to w pewnym momencie otrzymujemy nawet wykład na temat działania MDMA (dla przypomnienia w „Wilku z Wall Street” był to metakwalon). Później jest jeszcze fragment, w którym sam Berlusconi dzwoni do przypadkowo wybranej osoby z książki telefonicznej i bałamuci ją za pomocą technik sprzedaży. Tego typu akcje doskonale znamy z filmu Scorsesego. Sęk w tym, że tam miały rację bytu, tu zaś wydają się zbędne.

Toni Servillo na ratunek?

To rzecz jasna nie pierwszy raz, gdy włoski reżyser próbuje nas zahipnotyzować brawurowo nakręconymi obrazami nieskrępowanego hedonizmu. Jednak robił to już nieporównywalnie lepiej w „Wielkim pięknie”. Tam przede wszystkim udało mu się uszczknąć coś ze wspomnianego wcześniej „Słodkiego życia”. Niestety w „Oni” niewiele pozostało z tamtego słodko-gorzkiego posmaku i uroczej absurdalności – w zamian dostajemy masę golizny i średnią parodię. Również w porównaniu z kolosalną czarną komedią Scorsesego, dzieło Sorrentino jawi się jako pozbawione ikry i humoru. Na szczęście film trochę zyskuje, gdy na ekranie pojawia się w końcu Toni Servillo jako Silvio Berlusconi. Ba, w tym momencie poczułem sporą ulgę, bowiem nie poszedłem na nowy film dość lubianego przeze mnie twórcy tylko po to, by oglądać świetnie nakręcony teledysk.

„Oni” to z założenia dość luźna interpretacja życia osobistego i politycznego Berlusconiego w latach 2006-2009. Dużą część czasu poświęca reżyser relacji polityka z jego żoną Veronicą Lario (Elena Sofia Ricci), ukazując przy okazji jego machinacje, dzięki którym mógł wrócić na stanowisko premiera. Tym samym obraz raz przybiera formę politycznej satyry, a kiedy indziej kameralnego dramatu. W większości nie trzyma się reguł filmów biograficznych, co akurat jest in plus.

I choć scenariusz do końca pozostaje straszliwie nierówny, to niemal da się o tym zapomnieć za sprawą Toniego Servillo. Ten genialny, 59-letni aktor ma na koncie już trzy wielkie występy w filmach Sorrentino („Skutki miłości”, „Boski” i „Wielkie piękno”). Nie inaczej jest w przypadku jego interpretacji Berlusconiego. Servillo jakimś cudem pogodził w niej nieunikniony w takich wypadkach manieryzm ze swoją naturalną nonszalancją. Dzięki temu jego rola nigdy nie ogranicza się do pustego naśladownictwa, które nagminnie możemy spotkać u Hollywoodzkich aktorów (Meryl Streep dobrym przykładem). Sztywny, wręcz boleśnie naciągnięty uśmiech Servillo nie tylko ma coś z prawdziwego Berlusconiego, ale przy okazji dodaje jego postaci zarówno żałosnego, jak i upiornego wymiaru. Bowiem polityk w ujęciu reżysera jest 70-letnim seksualnym drapieżcą, który chodzi do łóżka z 20-letnimi dziewczynami. To zresztą najciekawszy aspekt fabularny tego filmu.

Zdaniem krytyka „The Guardiana” możemy odnaleźć pewną czułość w sposobie, w jaki włoski autor portretuje w filmie „słabość starzejącego się mężczyzny”. Gdybym przyznał mu rację, to mógłbym powiedzieć, że jego Berlusconi nie różni się tak bardzo od chociażby dziennikarza Jepa Gambardelli z „Wielkiego piękna”. W pewnym sensie próbuje jednocześnie oszukać czas i odtworzyć coś, co przeminęło dawno temu. Jednak Jep potrafił dostrzec pustkę w swoim życiu i był świadomy bezpowrotnie straconej szansy na miłość z czasów młodości. Tego samego nie można powiedzieć o bohaterze „Loro” – jest wręcz groteskowo pogodny i właściwie niezdolny do introspekcji. Maski nie ściąga nawet przed swoją żoną. Wszystko traktuje powierzchownie. Nie przejmuje się końcem imprezy, bo wie, że będzie następna. Można by rzec – jaki człowiek, taki film.

Fot. materiały prasowe

Krótsza wersja

Ostatecznie nowy film Sorrentino cierpi na ten sam problem, co „Młodość” z 2015 roku (w przeciwieństwie do rok późniejszego serialu „Młody papież”). Wygląda wspaniale, ale jeśli przyjrzeć mu się bliżej, to poza imponującą stroną formalną nie skrywa zbyt wiele treści i sprawia wrażenie wykalkulowanego. Nie da się też ukryć, że reżyser po prostu zaczął się powtarzać – nie odnalazłem tu nic, czego nie robił już wcześniej. Szczęśliwie, na końcu raczy nas bardzo ładną, liryczną kodą, która wprowadza przynajmniej trochę powagi do całości.

Muszę koniecznie wspomnieć, że „Oni”, których premiera odbędzie się w Polsce 28 grudnia 2018 roku, posiadają dwie wersje. Pełna trwa 204 minuty i jest podzielona na dwa akty. Nam przypadła niestety ta krótsza, trwająca ok. 150 minut. To być może tłumaczy brak spójności fabuły i rozchwiane w tonacji. Dla mnie i tak nie zmienia to stanu rzeczy, bo z kina wyszedłem rozczarowany. Jeżeli już iść na nowy film Paolo Sorrentino, to tylko dla Toniego Servillo, bez wątpienia jednego z najlepszych aktorów na świecie.

Ocena: 5/10

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Uwielbia kino wszelkiej maści (Od Cronenberga po Bressona), seriale, literaturę, muzykę i tenis. Pisał m.in. dla Antyradia, naEkranie, naTemat, Stopklatki i Esquire’a.