Jesteś byłym mistrzem świata…

A to nie jest tak, jak z prezydentem: jak się nim jest, to już do końca życia (śmiech)?

Może racja. Ale drużyna obroniła tytuł bez ciebie. Jak się z tym czułeś, gdy grę kolegów oglądałeś tylko jako kibic?

Jestem raczej pozytywną osobą, nie jestem zawistny, nikomu niczego nie zazdroszczę. Przed czterema laty przeżyłem wspaniałe trzy tygodnie podczas mistrzostw w Polsce. To coś nie do powtórzenia, bo graliśmy u siebie, przed własnymi kibicami. Tego, co doświadczyłem, nigdy nie zapomnę i nikt mi tego nie odbierze. Również zdobycie tytułu przez kolegów nie umniejsza przecież tamtego sukcesu.

Cieszyłeś się z triumfu kolegów?

Oczywiście. Gdy nasi zawodnicy sięgali po tytuł, to łezka w oku mi się zakręciła, bo byłem szczęśliwy, że mój kraj osiąga taki wynik. Poza tym w tej drużynie gra przecież kilku chłopaków, z którymi znam się od dziecka, zawsze mocno im kibicuję i cieszę się z ich sukcesów. Pewnie, że wolałbym być tam z nimi, na boisku. Nie będę czarował, że fajniej jest przeżywać to wszystko przed telewizorem. Trener Heynen podjął jednak inne decyzje, jak widać – słuszne. Tym bardziej, że chyba nikt nie spodziewał się aż takiego sukcesu. Cieszę się z tego zwycięstwa także dlatego, że to świetnie działa na całą naszą dyscyplinę, na koniunkturę, na propagowanie siatkówki wśród młodzieży. A skoro to jest dobre dla polskiej siatkówki, to jest dobre również dla mnie.

Nie czujesz żalu do trenera, że nie zabrał cię na mistrzostwa?

W zeszłym sezonie walczyłem o to, żeby być w tej reprezentacji, czuję się na siłach, żeby być jej częścią. Rozmawiałem jednak z trenerem Heynenem, wytłumaczył mi swoje stanowisko i decyzje, powiedział, że nadal bierze mnie pod uwagę. Nie mam do nikogo żalu i pretensji, to trener bierze odpowiedzialność za drużynę i wyniki, do niego należą decyzje.

Myślisz czasem o mistrzostwach sprzed czterech lat, zwłaszcza o pojedynkach z  Kamerunem i Francją, w których wystąpiłeś?

Wtedy kadra na mistrzostwa liczyła 14 osób, ale na każdy mecz trzeba było wybrać tylko dwunastu. Zwykle to Igła (Krzysztof Ignaczak – przyp. red.) i ja siadaliśmy na trybunach. Ale zagrałem prawie całe spotkanie z Kamerunem, potem mecz z Argentyną spędziłem na ławce rezerwowych, no i wszedłem na parkiet na tie-break z Francją. Takiego przeżycia nie da się zapomnieć.

Nie byłeś pierwszym wyborem trenera.

To prawda. Ale ktokolwiek trenował sport zespołowy, wie doskonale, jak ważni w drużynie są także zawodnicy rezerwowi. Może frazesem jest stwierdzenie, że drużyna jest tak silna, jak jego najsłabsze ogniwo, ale taka jest prawda. Zawsze, nawet gdy nie łapałem się do składu, już w czasach juniorskich, czułem się częścią zespołu. Wszyscy tyle samo pracujemy, mamy tyle samo wyrzeczeń, po treningach boli nas wszystkich tak samo. Drużyna musi funkcjonować jako całość, niczego nie wygralibyśmy mając tylko jedną, choćby najmocniejszą szóstkę. Jeśli ktoś twierdzi, że nie jestem pełnoprawnym mistrzem świata, to po prostu się uśmiecham, bo wiem, że ten ktoś nie wie o czym mówi, nie uprawiał takiego sportu, nie czuje, co to jest drużyna i o co w tym wszystkim chodzi. Zresztą nieprzypadkowo medale dostają też fizjoterapeuci, statystycy i inni członkowie sztabu, bo bez nich sukces byłby niemożliwy.

Na razie skupiasz się na grze w klubie. Jesteś zawodnikiem Onico, które de facto zastąpiło AZS Politechnika – klub z tradycjami, rozwiązany w kwietniu 2017 roku.

Gdy przychodziłem do Politechniki, Onico jeszcze tu nie było. Weszło miesiąc później, w trakcie przygotowań do sezonu. Dzięki temu inwestorowi organizacyjnie, w porównaniu z tym, co było jeszcze 3 lata temu, klub zmienił się diametralnie. Jeśli chodzi o kwestie finansowe, niektórzy koledzy, grający tu we wcześniejszym okresie, mogliby opowiedzieć naprawdę ciekawe, choć niekoniecznie przyjemne historie, które w poważnym, zawodowym sporcie nie powinny mieć miejsca. I może na tym poprzestanę, jeśli chodzi o ocenę przeszłości klubu, bo nie ma sensu wyciąganie teraz starych brudów, tym bardziej, że ja przyszedłem później. Poza tym doceniam ludzi, którzy przez lata ciągnęli działalność klubu.

Zerwano jednak z jakąś tradycją, zmieniono barwy, herb.

Początkowo Onico pojawiło się jako sponsor tytularny, a potem tak mocno uwierzyło w ten projekt, że postanowiło wejść w to mocniej. Wykupiło wszystkie udziały, stało się jedynym właścicielem. Jest to firma, która chce być dobrze kojarzona z siatkówką, i myślę, że już jest dobrze kojarzona. Włożyła mnóstwo pieniędzy i pracy w to, żeby naprawić błędy poprzedników. Spłaciła długi, m.in. wobec byłych zawodników i pracowników. Działacze chcieli odciąć się od tego, co kojarzyło się z poprzednim okresem.

Ale Politechnika to klub, który istniał przez ponad 60 lat.

Też mam sentyment do tego klubu, bo przed laty chodziłem na jego mecze, jeszcze do Hali na Kole. Rozumiem jednak doskonale podejście Onico. Jako poważna firma z branży energetycznej, otrzymująca nagrody od „Forbesa”, chciało po prostu zerwać z wizerunkiem sportu akademickiego, który nie zawsze kojarzy się z profesjonalizmem. Było to konieczne chociażby ze względu na chęć przyciągnięcia do współpracy innych dużych firm. Ja uwielbiam klimat akademicki, sam grałem w takich klubach, zdobywałem z nimi trofea, ale to nie zawsze jest odpowiedni wizerunek dla biznesowego inwestora.

Politechnika była warszawskim klubem z tradycjami.

Ale Onico to też klub bardzo mocno zakorzeniony w Warszawie. Dbają tu o nawiązywanie do tradycji: jest syrenka na koszulkach, podczas meczów gra kapela warszawska. Poza tym klub tworzą, nie tylko na boisku, ludzie, którzy są z Warszawy, kochają to miasto. Podoba mi się to jako warszawiakowi.

Byłeś w Skrze, klubie przez wiele lat wzorcowym. Czy Onico osiągnęło już podobny poziom organizacyjny?

Obecnie nie widzę żadnego pola, na którym Onico ustępowałoby Skrze pod względem organizacyjnym. Nie ukrywam, że mi się to wszystko bardzo podoba. Jest to spójny projekt. Trzeba się wzorować na takich klubach jak Skra, ale teraz brakuje nam w stosunku do nich już tylko wyniku sportowego.

W poprzednim sezonie wydawało się, że dobry wynik jest już na wyciągnięcie ręki. W końcówce jednak wszystko się posypało.

Mieliśmy wtedy serię 13 kolejnych zwycięstw, ale ostatecznie zabrakło nam jednego punktu, żeby awansować do wymarzonego play-offu. Mimo, że wcześniej wygrywaliśmy ze wszystkimi z wyjątkiem Skry Bełchatów, nie weszliśmy do fazy pucharowej. To było spore rozczarowanie, bo nie ukrywam, że też byliśmy już niemal pewni awansu.

Podoba ci się obecna formuła rozgrywek z przyspieszonym play-offem dla sześciu drużyn?

W zeszłym sezonie wolałbym, żeby do play-offu awansowało siedem ekip (śmiech). Ale generalnie ten system uważam za optymalny i sprawiedliwy, bo premiuje dwie najmocniejsze drużyny, które przez wiele miesięcy pracują na swoją pozycję, a jednocześnie daje szansę kolejnym klubom na walkę o mistrzostwo.

Jak ci się gra na Torwarze? Wcześniej klub występował w Arenie Ursynów.

Hala na Ursynowie była dużo mniejsza i wydawała się pełniejsza, ale dla obecnej publiki byłaby już za mała. Torwar to specyficzne miejsce, ale niestety w Warszawie brakuje bardziej reprezentacyjnej hali. Problemem jest także to, że czujemy się, jakbyśmy każdy mecz grali na wyjeździe. Z powodu różnych imprez odbywających się na Torwarze, trenujemy na Ursynowie. To powoduje, że nie mamy atutu w postaci ścian pomagających gospodarzom. Duże znaczenie mają przecież światła, punkty odniesienia, wielkość sali, do tego trzeba się przyzwyczaić. Ważne jednak, że odkąd gram w Onico na nasze mecze przychodzi dużo ludzi. Teraz hala bywa zapełniona nawet na pojedynkach z mniej atrakcyjnymi rywalami. Można powiedzieć, że w Warszawie wreszcie zapanowała moda na siatkówkę.

A w której polskiej hali najbardziej lubisz grać? W której, jako siatkarz, czujesz moc, niezależnie od tego, czy widownia sprzyja akurat twojej drużynie?

Na Torwarze (śmiech). Ale oczywiście to nie jest idealna hala. Lubię obiekt w Jastrzębiu i Ergo Arenę w Trójmieście. Ale gdybym miał stworzyć własny ranking, to na pierwszym miejscu umieściłbym halę Polonia w Częstochowie, w której miejscowy klub już nie gra. Tam atmosfera była bardzo gorąca, miało się wrażenie, że widzowie siedzą ci na plecach, był tam świetny klub kibica, czuło się mocne wsparcie. To był przestarzały obiekt, ale z duszą i klimatem. Piękne są wszystkie nasze nowe hale, ale te stare sale mają swój wyjątkowy urok.

W młodości odwiedziłeś pewnie wiele takich obiektów.

Pamiętam mecz w małej sali na ul. Saskiej w Warszawie. Jako 17-latek grałem w barwach II-ligowej Legii przeciwko Wildze Garwolin. Na  trybunach siedziały rodziny i znajomi zawodników, w sumie pewnie 50 osób. I nagle do środka weszło około tysiąca kibiców piłkarskiej Legii, którzy urządzili sobie zimowy trening dopingu. Atmosfera była taka, że pamiętam ten mecz do dzisiaj. Przegrywaliśmy 0:2, ale ostatecznie wygraliśmy 3:2. Fajne doświadczenie, zwłaszcza dla młodych chłopaków, którzy byli wtedy w drużynie.

Grałeś w wielu klubach.

– Nie zmieniałem ich jakoś specjalnie często, ale występowałem w AZS Częstochowa, Delekcie Bydgoszcz, PGE Skrze Bełchatów. Mam też to szczęście, że grałem kiedyś w Metrze i Legii, a teraz znowu jestem w warszawskim klubie. To niesamowita przygoda. Przez te wszystkie lata spotkałem na parkietach wielu chłopaków, którzy też marzyli, żeby trafić do ekstraklasy, ale to im się nie udało. Dlatego doceniam, że moje losy potoczyły się w ten sposób. Jestem po prostu szczęściarzem.

A nie brakuje ci w karierze wyjazdu do zagranicznego klubu? Miałeś na to szansę, pojawiały się propozycje wyjazdu?

Tak, były propozycje. Zresztą przed laty podpisałem kontrakt z włoskim menedżerem, również z uwagi na ewentualną szansę na wyjazd do Italii, bo chciałbym spróbować tam swoich sił. Swego czasu mogłem przejść do włoskiego klubu, ale wiązałoby się to z drastyczną obniżką zarobków. Wprawdzie pieniądze to nie wszystko, ale siatkówka to także mój zawód i nie mogłem sobie pozwolić na taki regres pod względem finansowym. Ponadto nie ukrywam, że zawodnikowi z mojej pozycji jest trudniej wyjechać za granicę. Ze względu na limity dotyczące obcokrajowców większość klubów stara się ściągać zza granicy rozgrywających, atakujących, przyjmujących, czy nawet libero. Pozycję środkowych obstawia się zwykle zawodnikami miejscowymi. Polscy środkowi są w cenie w Polsce, a włoscy we Włoszech. Miałem także propozycję wyjazdu do Niemiec. Ale generalnie jestem zadowolony ze swojej dotychczasowej drogi. Jeśli chodzi o to, co wydarzyło się do tej pory, jakie decyzje podejmowałem, to niczego nie żałuję i niczego bym nie zmienił.

Podczas tej drogi miałeś także do czynienia z wieloma trenerami. Który z nich był dla ciebie kimś wyjątkowym, który ci najwięcej dał? Kto przychodzi ci do głowy na hasło „trener”?

Trudno powiedzieć jednoznacznie. Trenerzy na kolejnych etapach kariery pełnili wobec mnie różne role. Wojtek Szczucki i Andrzej Wrotek z Metra Warszawa, w którym grałem od piątej klasy podstawówki do końca szkoły średniej, to trenerzy, którzy nie tylko nauczyli mnie siatkówki, ale też wychowali mnie jako sportowca i jako człowieka. Nakładli mi do głowy wiele ważnych rzeczy, wartości nie tylko sportowych. Te podstawy są bardzo ważne. Wielu chłopaków z Metra zawędrowało do klubów ligowych i kadry, więc widać, że dzięki tym dwóm trenerom miałem dobre miejsce startu.

A w seniorskiej karierze?

Wiele zawdzięczam Waldemarowi Wspaniałemu, który zobaczył we mnie coś, czego inni nie dostrzegali. Ściągnął mnie do Bydgoszczy i dał możliwość regularnej gry. Kto wie, czy dzisiaj byłbym tu, gdzie jestem, gdyby nie tamte trzy sezony, kiedy trener Wspaniały na mnie postawił.

Z kolei Andrea Anastasi jako pierwszy powołał mnie do reprezentacji. Bardzo sobie cenię szczerość i otwartość, która pozwala na porozmawianie z trenerem nie tylko o siatkówce. Andrea ma właśnie takie cechy. To niezwykle charyzmatyczny trener i świetny psycholog, ale też po prostu dobry człowiek dla ludzi, z którymi pracuje.

Często na swojej drodze spotykałeś Stéphane’a Antigę.

Tak, graliśmy razem w Delekcie. Potem, gdy miałem już na stole propozycję z innego klubu, namówił mnie do przejścia do Bełchatowa. Jako trener reprezentacji zabrał mnie na mistrzostwa świata. No a teraz jesteśmy razem w Onico. Ale tym razem to ja przyszedłem jako pierwszy. Stephan pojawił się miesiąc później, więc to on dołączył do mnie (śmiech). Jest to ważna postać w mojej karierze. Sportowo dużo mi dał.

A jak oceniasz Jakuba Bednaruka, który był trenerem Politechniki, gdy tu przychodziłeś? Wydaje się, że pasował idealnie do tamtego zespołu, gdzie trzeba było pokonywać wiele trudności, ale też wprowadzać wciąż nowych, zwykle bardzo młodych zawodników.

– Bardzo szanuję Kubę, dzięki któremu również tu trafiłem. Jest na pewno bardzo dobrym trenerem. Zwykle łatwo jest zrobić wynik przy wielkim budżecie i gwiazdach w zespole, ale prawdziwą sztuką jest grać fajną, widowiskową siatkówkę i urywać punkty faworytom, gdy ma się debiutantów wyciągniętych z niższych lig i drużyn juniorskich. Kuba wielu takich zawodników dostrzegł, docenił i wprowadził do ligi. Przecież zaczynali tu chociażby obecni mistrzowie świata, Śliwka i Szalpuk. Teraz Bednaruk tworzy kolejny fajny zespół w Bydgoszczy. Ale bardzo chciałbym, żeby dostał szansę w mocnym, lepiej poukładanym organizacyjnie klubie, żeby sprawdził się w takiej sytuacji. Poza tym Kuba jest bardzo barwną i ekstrawagancką postacią, trudno z nim się nudzić.

Zgadzasz się z tym, co Michał Kubiak powiedział o większej inteligencji siatkarzy niż piłkarzy?

– Znam wielu piłkarzy, którzy świetnie grają w siatkówkę, np. Michała Kucharczyka, z którym się przyjaźnimy, czy Marcina Lewandowskiego. Jak w każdej grupie zawodowej, również wśród sportowców jest cały przekrój ludzi. Znam inteligentnych siatkarzy, ale też siatkarzy idiotów. Podobnie z piłkarzami. Nie ma co generalizować.

Kubiak lubi trochę prowokować. A ty lubisz brać udział w boiskowych zaczepkach?

Co do Michała, to jest on świetnym liderem i kapitanem reprezentacji, jest sercem tej drużyny, dałby się pokroić za zwycięstwo. Bardzo go za to szanuję, bo ma taką charyzmę, że potrafi poderwać całą halę, żeby poszła za nim w bój. Siatkówka niestety, albo „stety”, jest sportem bezkontaktowym, nie możemy się szturchnąć łokciem czy sfaulować. Są momenty, gdy nie wystarcza pobudzanie się wewnątrz zespołu i gadki motywacyjne na czasie, wtedy trzeba wstrząsnąć zespołem w inny sposób, podgrzać jakoś atmosferę. I takie prowokacje, zrobione w umiejętny sposób, są do tego najlepsze. Oczywiście takie zachowanie może zarówno przynieść pożądany efekt, jak i spalić zespół. To jest ryzyko, ale jak drużynie nie idzie, to czasem trzeba je podjąć. Byle robić to w umiejętny sposób i w odpowiednim momencie.

Odczuwasz jeszcze entuzjazm grając w siatkówkę?

Być może dzięki temu, że kiedyś miałem dwie poważne kontuzje i mogłem być zmuszony do zakończenia kariery, doceniam każdy dzień na sali, każdy trening, jestem podekscytowany każdym meczem. Jeśli kiedyś przestanie mi to przynosić frajdę, to skończę grę.

Twoje życie to głównie siatkówka.

Tak, ale sport to nie wszystko. Mam swoje życie towarzyskie, chodzę na kabarety, na spacery, do kina i knajp, rozmawiam na tematy niesportowe. Gdybym miał żyć tylko siatkówką, to w końcu bym zwariował. Dlatego jak już mi się zdarzy raz na dwa tygodnie wolny dzień, to staram się nie jechać do innego miasta na mecz (śmiech).

Moja 7-letnia córka jest na etapie wymyślania sobie zawodów, które chciałaby kiedyś wykonywać. Kiedy dowiedziała się, że będę z tobą rozmawiał, prosiła, żebym koniecznie zapytał o to, kim chciałeś być jako dziecko.

Przez pewien czas chciałem być śmieciarzem. Imponowali mi faceci stojący na stopniu wielkiej ciężarówki, na zewnątrz pojazdu. Marzyła mi się też praca strażaka. Ale tak naprawdę bardzo wcześnie w moim życiu pojawiła się siatkówka. Nie spodziewałem się wprawdzie, że ten sport będzie kiedyś moim zawodem, ale o tym marzyłem. Potem jako kibic jeździłem na mecze i też chciałem kiedyś stanąć na parkiecie Spodka i odśpiewać wraz z kibicami hymn. Te marzenia się spełniły.

Kształciłeś się jednak w kierunku dziennikarskim.

Uczyłem się w klasie o takim profilu w warszawskim liceum im. Żeromskiego. Ale to był przypadek, poszedłem tam za dziewczyną (śmiech). Na szczęście wybór okazał się dobry, bo w „Żeromie” spędziłem kilka fajnych lat, poznałem ciekawych ludzi.

Może takie doświadczenie jeszcze ci się przyda, na przykład po zakończeniu kariery.

Bardzo lubię media, dobrze się w nich czuję. Być może rzeczywiście z nimi wiąże się moja przyszłość. Gdybym miał zostać przy siatkówce, to na pewno nie jako trener, ale może właśnie jako komentator. Chciałbym się w tym sprawdzić. Kto wie, może ktoś da mi taką szansę. Muszę złożyć CV. Lubię telewizję, ale też radio. Podobno mam radiowy głos. Pisać też potrafię, przez rok czy dwa prowadziłem bloga. Zresztą dziennikarstwo mam w genach, bo moja mama, jeszcze przed moimi narodzinami, pracowała w redakcji sportowej telewizji.

Myślisz już o tym momencie, gdy przyjdzie pożegnać się z wyczynowym uprawianiem sportu?

Myślę coraz częściej.

Nie boisz się tego?

Boję się. Siatkówka to kawał mojej młodości i całe dorosłe życie. Każdego dnia dostaję od kogoś plan: pory treningów, spotkań z mediami, wyjazdów, w co mam się ubrać na te wyjazdy, kiedy iść na konferencje i do telewizji, do tego posiłki, odprawy przedmeczowe, analiza wideo. Ktoś rozpisuje mi godziny zajęć na cały dzień.

No to prawie tak, jak żona.

Tak. Ale to się kiedyś skończy i nagle przestaną mi pisać te plany. Po tylu latach pewnego reżimu to będzie po prostu dziwne. Ciężko będzie też wygenerować takie emocje i adrenalinę, jakie są związane z meczami. Większość ludzi pewnie nie ekscytuje się swoim wyjściem do pracy tak bardzo jak ja, gdy wchodzę na parkiet przy trybunach wypełnionych kibicami. Tego na pewno będzie mi brakowało. Ale zrobię wszystko, żeby sobie jakoś z tym poradzić, żeby moje „życie po” też było ciekawe.

Robisz coś, żeby zapewnić sobie miękkie lądowanie?

Staram się wykonywać kroki, które pozwolą mi nie być zaskoczonym, gdy ten koniec kariery nadejdzie. Już wiele lat temu z przyjacielem, z którym kiedyś razem graliśmy, założyliśmy spółkę, która chce wprowadzić na rynek nowy program komputerowy do statystyki. W siatkówce niemal monopolistą jest w tej dziedzinie włoska firma Data Project. My pracowaliśmy nad takim programem od siedmiu lat i właśnie udało nam się go skończyć. Włożyliśmy w to dużo pracy i pieniędzy. Chcemy dać go na początek do Szkolnych Ośrodków Sportowych, żeby zaspokoić potrzebę istniejącą w siatkówce młodzieżowej i w niższych klasach rozgrywkowych. Trenerzy mieliby tam dostęp do takich danych, jakimi obecnie dysponują kluby z ekstraklasy czy reprezentacje narodowe.

Data Project o tym wie?

– Myślę, że tak. To nie jest tajemnica, prezentowaliśmy już nasz projekt na różnych konferencjach. Mam nadzieję, że to wypali i będziemy mogli zająć się dystrybucją i ulepszaniem programu.

A wiesz już, co będzie cię bolało po zakończeniu kariery? Niby sport to zdrowie, ale profesjonaliści zwykle cierpią na różne dolegliwości.

Na pewno coś mnie będzie bolało. Mam jednak nadzieję, że poważne kontuzje mam już za sobą. Wiele lat temu przeszedłem operacje kolana i ręki, nie miałem pewności, czy w ogóle wrócę do grania. Teraz nic mi nie dolega. No ale wciąż trenuję, utrzymuję organizm w dobrej formie. Dolegliwości mogą się odezwać, gdy już nie będę tego robił na takim poziomie.

Na pamiątkę zostaną ci bóle, ale też medale. Nie tylko sportowe, bo po zdobyciu mistrzostwa świata otrzymałeś Złoty Krzyż Zasługi.

Brązowy. W tym roku dawali chłopakom złote, cztery lata temu były brązowe. Nie mam pojęcia, dlaczego oni dostali lepszy (śmiech). Tak naprawdę jednak bardzo cenię sobie to odznaczenie. Mój dziadek otrzymał komplet Krzyży – złoty, srebrny i brązowy – za udział w Powstaniu Warszawskim. Jestem dumny, że też dostąpiłem takiego zaszczytu. Rzadko prezentuję ten order. Nie mam w domu ołtarzyka z trofeami, które prezentowałbym odwiedzającym mnie gościom. Ale może w swoim docelowym domu, który wybuduję, umieszczę ten medal w honorowym miejscu.

A gdzie ten dom postawisz? W Warszawie?

Nie ma już chyba miejsca w Warszawie (śmiech). Kocham to miasto, na pewno zawsze tutaj będzie część mojego życia, ale trudno przewidzieć, jak potoczą się losy. Nie wykluczam, że będę kiedyś spędzał pół roku w Warszawie, a pół na Mazurach czy Warmii. Już nawet poczyniłem pewne kroki, żeby mieć swoją cichą enklawę nad jeziorem, do której mógłbym uciekać z miasta. Póki co nie chciałbym budować domu na obrzeżach Warszawy, żeby potem spędzać całe godziny w korkach.

Dobrze czujesz się w Warszawie?

To moje miasto. Mam tu rodzinę, przyjaciół, znajomych. Tutaj czuję się u siebie w domu. Kiedy grałem w Skrze, taką sytuację miał Paweł Zatorski, który pochodzi z Bełchatowa i tam czuje się doskonale. Ja też bardzo dobrze czułem się w Bełchatowie i innych miejscach, w których mieszkałem, ale jednak granie u siebie w domu to zupełnie co innego. Reprezentowanie swojego miasta, granie dla klubu, któremu kiedyś się kibicowało, bycie jego kapitanem to prawdziwy zaszczyt. Tym bardziej, że na każdy mecz przychodzi pokaźna grupa moich przyjaciół i członków rodziny, z którymi po meczu mogę się wybrać na kolację.

Sentyment i towarzystwo to jedno. Ale czy Warszawa podoba ci się jako miasto?

– Bardzo mi się podoba. Przez dziewięć lat, gdy grałem w innych miastach, zawsze z radością przyjeżdżałem do Warszawy, w kierunku stolicy jechałem po prostu szybciej. Kiedy tylko widziałem z daleka centrum miasta, to mimowolnie się uśmiechałem. Lubię tempo, które tu jest, tym bardziej, że jeśli chce się od niego odpocząć, to też się da – np. nad Wisłą, w parkach, w Powsinie na rowerze. Jest mnóstwo fajnych miejsc, gdzie zwłaszcza latem można spędzić miło czas. Są świetne muzea, knajpy, odnowione piękne kamienice. Widać to także po ilości obcokrajowców, którzy zwiedzają miasto. Również koledzy z Onico, którzy przyjechali z innych krajów, są zaskoczeni, że Warszawa to piękne miasto na europejskim czy światowym poziomie. Dzięki siatkówce zwiedziłem kawał świata, widziałem mnóstwo pięknych miejsc, ale Warszawa od nich nie odstaje.

Grałeś trzy lata w Częstochowie, trzy w Delekcie, trzy w Skrze. Teraz zacząłeś trzeci sezon w Onico. Co dalej? Kolejne zmiany, kolejna przeprowadzka?

To jest ostatni rok mojego kontraktu z Onico. Nie wiem, co będzie dalej. Na to, gdzie się gra, wpływa wiele czynników. Ja się tutaj czuję znakomicie, dla mnie to jest coś więcej niż tylko granie w siatkówkę. Ale życie sportowca jest takie, że nie wszystko od ciebie zależy. W kolejnych miesiącach na pewno będziemy rozmawiać z działaczami i trenerem. Jeśli nasze wizje będą zbieżne, to chętnie tu zostanę. Ale to jest sprawa na późniejsze miesiące. Póki co jestem tutaj i dobrze mi z tym.

Czujesz się postacią medialną, popularną?

Tak. Po części zresztą daję na to przyzwolenie, bo udzielam się w mediach społecznościowych, występuję w telewizji. Sam pokazuję część swojego prywatnego życia. Staram się nie odmawiać udziału w różnych audycjach, nie tylko sportowych, tym bardziej, że mam z tego frajdę. Wychodzę z założenia, że warto doświadczać różnych aspektów życia, nie ograniczać się do swojej roli zawodowej. Oczywiście nie czuję się tak popularny jak piłkarze albo aktorzy, ale choćby dzięki wysokiemu wzrostowi zwracam na siebie uwagę. Poza tym, dzięki tej popularności przytrafiło mi się mnóstwo pozytywnych rzeczy, poznałem wielu ciekawych ludzi. Przynajmniej w realnym życiu, bo oczywiście w Internecie bywa różnie. Ale jak ktoś idzie na łatwiznę i chce przywalić innym podpisując się np. „Wafelek z czekoladą”, to nie ma sensu zwracać na niego uwagi.

Sam prowadzisz swoje strony w mediach społecznościowych?

Tak. Co prawda jakaś agencja proponowała mi prowadzenie profilu, ale uznałem, że to bez sensu. Przede wszystkim byłoby to nieautentyczne. Sam orientuję się, jeśli znana osoba zleca komuś prowadzenie profilu, więc w moim przypadku byłoby podobnie. Poza tym robię to dla przyjemności, to też jest dla mnie jakaś odskocznia. Tym bardziej, że staram się nie pisać tam o siatkówce.

Swoją popularność wykorzystujesz także w szczytnych celach. Zauważyłem, że często bierzesz udział w akcjach charytatywnych. To też jest element tego codziennego planu, który ktoś ci ustala?

Są oczywiście akcje, w które angażuje nas klub. Ale częściej robię to w wolne dni, bo na szczęście takie się zdarzają. Czasem jest to kwestia spontanicznej akcji, zrobienia czegoś bez specjalnego planowania. Mam poczucie, że jako osoba rozpoznawalna mogę przyczynić się do rozpropagowania jakiejś akcji czy idei, tym chętniej biorę udział w takich przedsięwzięciach. Cieszę się, że mogę sprawić przyjemność drugiemu człowiekowi, pomóc komuś, kto jest w potrzebie.

Myślisz, że to coś, co mógłby robić każdy?

To jest tylko kwestia czasu, który możemy i chcemy poświęcić innym ludziom. Ja na razie nie mam rodziny, nie mam dzieci, więc tym bardziej mogę swój czas przeznaczyć właśnie na takie pożyteczne akcje. Czasem naprawdę trzeba niewiele, żeby komuś pomóc. Poza tym branie udziału w tego rodzaju działaniach pozwala mi nie odlecieć, nie oderwać się od rzeczywistości, a o to jest łatwo, gdy gra się przed tłumami, występuje w telewizji i udziela wywiadów. Można zatem zrobić coś pożytecznego dla innych, a jednocześnie dla własnej głowy.

Nie ograniczasz się do życia w blasku fleszy i jupiterów, zaglądasz do miejsc, gdzie życie bywa mniej kolorowe.

Czasem po wizycie w szpitalu dziecięcym muszę chwilę posiedzieć w samochodzie i ochłonąć, bo to jest zawsze potężne przeżycie. Uśmiech dzieciaków daje mi naprawdę mnóstwo radości. Jak potem narzekam, że rano zrywa mnie na nogi budzik i mam iść na trening, to pukam się w czoło i mówię: „Andrzej, nie chrzań”.

Rozmawiał Paweł Bonik

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Z zamiłowania kibic i turysta. Uwielbia Hiszpanię, Włochy i klub SSC Napoli. Jest redaktorem serwisu dla polskich kibiców www.napoli24h.pl. Publikował m.in. w „Focusie” i „Focusie Historia”.