Prawda jest taka, że się tego dopiero uczymy. Smutna prawda. Bo napiwek to nie jałmużna. Nie łaska. To sposób doceniania ludzi, którzy za naprawdę małą stawkę biegają godzinami z tacami pełnymi kufli, kieliszków, flaszek, talerzy i całej reszty gastroszpeju. 

Kiedyś za szybkość teraz z jakość!

Tip czyli napiwek ma korzenie w siedemnastowiecznej Anglii. Właśnie tam i wtedy klienci pubów zaczęli wręczać obsłudze drobne kwoty, aby tylko pinta ulubionego Ale szybko trafiła na ich stół. Bo „tip” to nic innego tylko skrót od „to insure propmtitude” co na polski tłumaczy się na „aby zapewnić punktualność”.

Dziś dajemy tipa nie tyle (albo nie tylko) za szybkość co raczej za generalną jakość serwisu. Włóczycie się pewnie po świecie to i sami wiecie, że jego standardowa, wysokość w różnych krajach jest różna. W Stanach napiwek niższy niż 25 proc. wartości rachunku jest powodem do obrazy lub awantury. Europejczycy zostawiają od 10 do 15 proc. W Polsce spośród 40 proc. dorosłych Polaków, którzy zostawiają napiwek „zawsze lub bardzo często” dwie trzecie sili się zaledwie na kwoty między 6 a 10 proc. rachunku. Słabe to!

Panowie, dawać …. ale nie zawsze!

Do knajp chodzę kilka razy w tygodniu (taki job!) I już od dawna stosuję zasadę, że przy kwotach do 100 zł zostawiam plus minus 15 proc. a przy wyższych 10 proc. Czy daje napiwek zawsze? Nie! bywa, że nie. Bo jeśli najpierw czekam dwadzieścia minut na kartę, potem nabzdyczona obsługa z ociąganiem  przyjmuje zamówienie, by po godzinie łaskawie je zrealizować to nie ma … we wsi, żebym zostawił im jakąkolwiek kasę. Jesteś ok? nawet niekoniecznie super profi ale miły? możesz liczyć na napiwek. Słabo działasz? Licz na siebie. Za to gdy jesteś dobry w tym co robisz to nawet gdy serwowane jedzenie jest nie najlepsze napiwek dostaniesz. Takie są moje napiwkowe zasady.

Napiwkologia stosowana czyli co mnie wkurza.

Jest kilka rzeczy wokół napiwków, które rozpalają mnie do granic czerwoności.

Po pierwsze wkurzam, się gdy restaurator nie zadba o możliwość doliczania napiwku do rachunku i kasowania całości kartą kredytową. W końcu w większości restauracji napiwek i tak jest potem dzielony na wszystkich członków obsługi. A ja coraz częściej nie noszę przy sobie gotówki

Po  drugie w niektórych knajpach napiwek dzielony jest między serwis i kuchnię. Mam z tym problem, bo jak wyżej napisałem ja swoim napiwkiem doceniam obsługę a nie towar wyprodukowany w kuchni. Za niego płacę oddzielnie.

Po trzecie nie znoszę tych wszystkich napisów drobnych drukiem na dole menu typu „za obsługę grup powyżej x osób doliczamy automatycznie do rachunku 10 proc. opłaty za serwis” Kiedyś było to 6 osób, potem 5 a nie dalej jak w zeszłym tygodniu w jednej z restauracji widziałem już napis „…powyżej 4 osób”.

Panowie restauratorzy! Wiem, że większy stół to przynajmniej jeden kelner więcej, ale mam to w nosie! To wasz job tak ustawić cenę dań, żeby biznes się spinał nawet przy konieczności zatrudnienia większej liczby osób. Poza tym więcej ludzi – większy rachunek. A ja nie życzę sobie, żeby mi ktoś odbierał prawo do indywidualnego decydowania o napiwku. A nie zamierzam też płacić za serwis podwójnie.

Czy są miejsca beznapiwkowe?

Uff! Lekko się zgrzałem! Dla równowagi dziś zapraszam was do dwóch moich ulubionych miejsc, w których nie ma obsługi kelnerskiej co  może oznaczać, że nie ma też problemu napiwków.

Oba po sąsiedzku na moim Moko. O pierwszym krótko, bo to znany od dawna Gringo Bar na Odolańskiej. Miejsce na znakomite męskie, autorskie tacos, burrito czy quesadille.

Drugie to tegoroczny, wakacyjny debiutant  Pumpui Thai Food leżący rzut beretem od Gringosów bo przy Dąbrowskiego. Tu wpadajcie na rozkoszne sataye i wołowinę w sosie pieprzowym. Ja nie gardzę też tutejszym curry, dostępnym w trzech kolorach.

Kelnerów tu nie ma , co nie znaczy , że nikt Was nie obsługuje. Więc pamiętajcie o tych małych tip boksach, które stoją przy kasie. Bo zapewniam, że w obu miejscach  będą panowie zadowoleni…

 

Autor jest felietonistą sztos.pl, znawcą dobrej kuchni i wina, a także autorem bloga FoodSnob.pl. Polecamy!