Pełnometrażowy debiut reżyserski Gustava Möllera promuje hasło „85 minut czystej adrenaliny”, choć trafniejsze byłoby chyba w jego przypadku „85 minut czystej koncentracji”. I wyobraźni. „Winni” to film-książka, w którym przy skrajnie oszczędnej formie wizualnej, otrzymujemy maksimum treści. Poszczególne sceny i twarze bohaterów widzimy tylko przez kontakt z ich głosem.

Do dyspozytora telefonu alarmowego 112 (Jakob Cedergren) dzwoni kobieta, która siedzi obok porywacza i posługując się szyfrem, by nie ujawnić z kim rozmawia, prosi o pomoc. W idealnym duńskim świecie, od strony technicznej, wszystko wydaje się proste. Pełna automatyzacja, dostęp do danych, służby w gotowości. Jeśli mamy zaufanie, do tego co mówi ofiara. I jeśli sami jesteśmy godni zaufania. Bardzo łatwo jest bowiem obwinić kogoś, korzystając z utartych w głowach i społeczeństwie, schematów. Tym łatwiej, im bardziej na takich schematach opiera się swoje kłamstwo, mające przykryć winę. Tymi ostatnimi zdaniami otwieram drzwi do tajemnicy dyspozytora-policjanta, która jest drugim głównym nurtem opowieści.

W przypadku thrillerów nie ma dywagacji i wielopłaszczyznowych dyskusji –  albo bronią się scenariuszem i trzymają w napięciu, albo nie. W przypadku „Winnych”, gdzie właściwie cały czas siedzimy przy biurku policjanta, widać to jak na dłoni. Film Möllera broni się orzeźwiającymi suspensami i minimalistyczną precyzją, pokazuje, że mniej znaczy więcej choć adrenalina to coś, co wypala się dość szybko. Nie ma jej aż tak dużo, by przykuła widza do fotela na cały czas.

Nie jest łatwo stworzyć dobry jednokadrowy film klaustrofobiczny. Do tej pory najlepszym, jaki widziałam, jest „Locke” Stevena Knighta, z Tomem Hardym w roli głównej. W warstwie obrazu, na ekranie nie dzieje się nic, a emocjami uwalnianymi podczas rozmów telefonicznych, mógłby obdzielić cztery dramaty.

I tak zostanie, co nie znaczy, że nagrody publiczności FF SUNDANCE, MFF ROTTERDAM i MFF SEATTLE dla „Winnych” uważam za niezasłużone.

moja ocena to mocne 7/10

VG