Niemal wszystkie rankingi są źródłem kontrowersji, które pokazują, że każdy z nas ma swoje preferencje, bierze inne czynniki pod uwagę i różne znaczenie im przyznaje. Tak zapewne byłoby również podczas głosowania na najlepszego skoczka wszech czasów. Ale ostatecznie taki plebiscyt z pewnością wygrałby Matti Nykaenen.

Porównywanie nieporównywalnego

No tak, ale co miałoby o tym decydować? Cóż, w tej dyscyplinie dość łatwo wskazać najważniejsze konkursy i najbardziej prestiżowe trofea. Zwykle bierze się pod uwagę medale olimpijskie i mistrzostw świata (także tych w lotach narciarskich), Kryształowe Kule za zwycięstwa w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, liczbę triumfów w pojedynczych konkursach PŚ, oraz zwycięstwa w Turnieju Czterech Skoczni.

Przyjmując takie wytyczne już na wstępie krzywdzimy chociażby Birgera Ruuda. Norweg był w latach 30. i 40. ubiegłego wieku wielką gwiazdą, zdobył 3 medale olimpijskie (w tym dwa złote), pięć razy wygrywał mistrzostwa świata. Ale nic więcej właściwie osiągnąć już nie mógł. W czasach, gdy dominował na skoczniach, nie organizowano jeszcze Turnieju Czterech Skoczni (pierwsza edycja w 1953 roku), mistrzostw świata w lotach (od 1972) i zawodów Pucharu Świata (cykl powstał dopiero w sezonie 1979/80). Nic dziwnego, że dodatkowych sukcesów musiał szukać w innych dziedzinach i w 1935 roku zdobył brązowy medal mistrzostwa świata w kombinacji… alpejskiej,

Bohaterów bez liku

W nowszych czasach na skoczniach nie brakowało wielkich mistrzów. Wielu jest zatem kandydatów do miana tego najlepszego z najlepszych. Jens Weissflog, toczący wielkie boje z Nykaenenem, był mistrzem olimpijskim i świata, zdobył Kryształową Kulę, wygrał 33 razy zawody Pucharu Świata i dwa razy TCS. Ale cóż znaczą te 33 pucharowe triumfy wobec 53 zwycięstw Gregora Schlierenzauera? Austriak z kolei nigdy nie zdobył indywidualnego złota na Igrzyskach, więc mógłby czyścić buty i smarować narty Simonowi Ammanowi. Szwajcar ma przecież na koncie aż cztery wygrane w najważniejszej sportowej imprezie. Ale nigdy nie triumfował w TCS, a Kryształową Kulę zdobył tylko raz.

Co innego Adam Małysz. Nasz mistrz aż czterokrotnie wygrywał w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata! No ale nigdy nie był mistrzem olimpijskim (ma na koncie 3 srebra i jeden brąz), nie zdobył też żadnego medalu w lotach. Janne Ahonen? 108 miejsc na podium Pucharu Świata, 5 zwycięstw w Turnieju Czterech Skoczni, ale ani jednego indywidualnego medalu olimpijskiego, jedynie dwa srebrne w konkursach drużynowych. Thomas Morgenstern? Osiem tytułów mistrza świata, ale aż siedem zdobytych w towarzystwie kolegów z drużyny. To może Kamil Stoch? Trzykrotny mistrz olimpijski, dwukrotny mistrz świata, dwukrotny zdobywca Kryształowej Kuli i także dwukrotny triumfator TCS nie był (jeszcze!) mistrzem w lotach.

Jedyny

No a Nykaenen? Cztery olimpijskie złota, w tym trzy za konkursy indywidualne. Pięć tytułów mistrza świata (choć tylko raz indywidualnie) i do tego jeden w lotach. Cztery Kryształowe Kule, dwa wygrane Turnieje Czterech Skoczni, 46 triumfów w zawodach Pucharu Świata osiągniętych w 143 startach. Jako jedyny wygrał konkursy indywidualne w tych wszystkich imprezach. I zajęło mu to zaledwie 10 lat, podczas gdy Małysz skakał w elicie przez 17 lat, a Ahonen aż 21. Ammann (obecnie 20. sezon) i Stoch (15.) jeszcze nie skończyli zabawy, choć też skaczą już bardzo długo.

Stylowe (wy)skoki

Ważne są jednak nie tylko konkretne medale i zwycięstwa, liczy się także styl. Nykaenen był prawdziwą gwiazdą swoich czasów. Ci, którzy są dostatecznie wiekowi (ja jestem), pamiętają doskonale jego wspaniały olimpijski triumf w Sarajewie (1984) i trzy złote medale cztery lata później w Calgary. A przecież były to czasy „przed Małyszem”, gdy skoki nie były jeszcze w Polsce tak popularną dyscypliną, jak obecnie. Latającego Fina znali jednak wszyscy.

Oczywiście, sławy, choć tym razem niezbyt chlubnej, przysparzały mu także wyczyny poza skocznią. Nykaenen nigdy nie był aniołkiem. Miał poważne problemy związane z nadużywaniem alkoholu i tym, co wyprawiał pod jego wpływem. To niestety nie zmieniło się także po zakończeniu sportowej kariery. Nic dziwnego, że światowe media chętnie informowały o sprzedanych przez mistrza medalach olimpijskich, pięciu małżeństwach, pracy w charakterze striptizera, atakach z użyciem noża, próbie uduszenia żony paskiem od szlafroka, odsiadce w więzieniu. Również w informacjach dotyczących śmierci Fina nie mogło zabraknąć wzmianek o zerwanych kontaktach z dziećmi i wnukami.

Cóż, nie był to łatwy człowiek. Nic nowego, wszak to nie pierwszy i nie ostatni dowód na to, że nawet największe sukcesy sportowe nie czynią człowieka świętym. Nykaenen upadał wciąż i wciąż, rzadko zdarzało mu się podnieść choć na moment.

Ale jako sportowiec był wielkim mistrzem. Najlepszym z najlepszych. I takim go zapamiętajmy.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Z zamiłowania kibic i turysta. Uwielbia Hiszpanię, Włochy i klub SSC Napoli. Jest redaktorem serwisu dla polskich kibiców www.napoli24h.pl. Publikował m.in. w „Focusie” i „Focusie Historia”.