W czasach, gdy królowały kapsle, gry sportowe na komputerach budziły głównie rozbawienie. Owszem, można było połamać joystick udając olimpijczyka, jednakże dużo fajniejsze wydawały się zabawy w realu. W latach osiemdziesiątych przy pomocy kapsli można było odgrywać zawody w niezliczonych dyscyplinach.

Sam miałem: drużyny piłkarskie, drużyny hokejowe, załogi Formuły 1, kolarzy, skoczków narciarskich, skoczków w dal, a nawet skoczków wzwyż.

W zależności od potrzeb, można było szybko zorganizować trasę kolarską, tor wyścigowy, boisko lub skocznię. Trasę Wyścigu Pokoju mogły stanowić: w domu – szlaczki na dywanie i klepki parkietowe, na podwórku – płyty chodnikowe, krawężniki, krawędzie piaskownicy. Podobnie było z torami wyścigowymi. Także na dywanie najlepiej można było zaimprowizować boisko.

Do zrobienia skoczni narciarskiej potrzebna zaś była długa deska i zgięty kawał blachy. Czyli rozbieg i próg. W innych okolicznościach deska stanowiła bieżnię dla skoczka w dal. Z kolei aby skakać wzwyż, trzeba było za progiem ustawić klocki z umieszczoną poziomo poprzeczką. Resztę załatwiała wyobraźnia i emocje grających.

Proszę bardzo. Oto krótki kurs, jak zrobić sobie skocznię narciarską.

Pstryknięcie z przeszłości

Wiem, brzmi to jak opowieści jaskiniowca z czasów „Walki o ogień”. Dziś, w czasach rozgrywek w sieci i wysokiej rozdzielczości grafiki pstrykanie kapslami wydaje się kompletnym przeżytkiem, budzącym uśmiech politowania. No, w najlepszym razie budzi sentymentalne uczucia u łysiejących i siwiejących panów po czterdziestce.

Nie, nie będę udawał, że jest inaczej. Jednak w ubiegłym roku przeżyłem moment triumfu, gdy znajomym na moment udało się wskrzesić dawną wielkość kapslowego sportu.

Wystarczyło, że na kilka godzin wyłączono im w pracy prąd i padły serwery. No i pojawiło się kilku zapaleńców, którzy postanowili to wykorzystać. Nagle znalazła się deska służąca za rozbieg. Potem arkusz grubej folii, z którego udało się wyprofilować próg. A na koniec różnokolorowe kapsle (a w zasadzie nakrętki), mające stać się na kilkadziesiąt minut skoczkami narciarskimi. Potem zaczęło się kombinowanie, całkiem jak za dawnych czasów: lepiej będą skakać kapsle cięższe czy lżejsze?; pocierać spód nakrętek (żeby miały lepszy „poślizg”) czy to nic nie daje?; a może warto je trochę zdeformować?…

A kiedy wrócił prąd i serwery, wszyscy wrócili do pracy. Wehikuł czasu odbył podróż w przeszłość i zawrócił. Życie toczyło się dalej.

Zapomniane zabawy

Kiedy o tym myślę, nachodzi mnie pewna refleksja. Niejeden raz zdarzyło mi się podczas zabaw z dziećmi, że potrafiły odejść od monitora i cyfrowych rozrywek, bo zobaczyły coś prostego, „analogowego”, ale – przynajmniej dla nich – niecodziennego. Ot, na przykład zainteresowało je składanie papierowych samolotów i rzucanie nimi do celu. Albo gra w zapałki. Albo stawianie domków z kart. Tudzież wszelkie rzuty do celu (najlepiej kamieniami do starego wiadra na ogródku, żeby był hałas). Kapsle też się sprawdzają. Dlatego ilekroć widzę je porozrzucane na trawnikach pod blokiem, wyobrażam sobie, że to niedoszli bohaterowie sportowych dziecięcych aren. Porzuceni, zapomniani, niedocenieni. Trochę szkoda!

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl, dziennikarzem, pisarzem, prowadzi bloga „Historyjki”, który można odwiedzić na adamweglowski.wordpress.com