Wybór był niełatwy, bo i w jednym i drugim miejscu spędziłem w tym roku kilka przyjemnych wieczorów. Zwyciężyła potęga gastronomii, której moc tego lata była z organizatorami imprezy na byłym dworcu Warszawa Główna. Nad Wisłą zabrakło nowych spektakularnych gastro-premier na miarę Munchies, Łowców Syren czy Powidoków. Jedynie Grunt i Wodę za sprawą szefowej Ani Klajmont zaliczyć można do grona miejsc nowych i „sztosowych”. Niestety Ania z dachu Gruntu i Wody wraz z zespołem powędrowała na pierwsze piętro LAS-u czyli do kuchni innej, choć należącej do tych samych właścicieli restauracji. Siłą rzeczy uznałem, że nad Wisłę nie ma po co wpadać.

Nie rób siary, chodź na chały!

Za to na Nocnym Markecie oprócz pewniaków w rodzaju Langoszy, Koreanki, Mąki i Wody można było w ostatni weekend lata spotkać superzakręconego Chefa, niejakiego Pana Tasakaczyli Wita Szychowskiego, który zrobił pop-up pod hasłem „Nie rób siary, choć na chały”. Trzy różne kanapki na bazie chałki z kaszaną/mielona wołowiną/białą kiełbą okazały się prawdziwym sztosem godnym zamknięcia sezonu. Sami przyznacie, że kaszana zapijana wbrew wszystkim zasadom i zdrowemu rozsądkowi białym polskim winem Mickiewicz z Winnicy Solaris, w dodatku z kaloszami na etykiecie to jednak jest coś!

Z tym większym smutkiem powitałem sobotni, piekielnie zimny ranek. Ten z siłą aktywnego frontu chłodnego, związanego z niżem znad południowej Norwegii bezlitośnie przełączył mnie z gastro-sezonu letniego na zimowy. Oczywiście trochę dramatyzuje, ale jednak zima to gwałt na wszystkich tych co lubują się w konsumowaniu godnej strawy i wina pośród tłumów bliźnich. Nawet w tzw. mieście stołecznym hal gastronomicznych, tyle co kot napłakał, a w dodatku każdej z nich daleko do ducha, a jeszcze bardziej do smaku madryckich czy lizbońskich mercados czy singapurskich hawkerów .

Hala Koszyki

Pierwsza Hala Koszyki przy warszawskiej ulicy Koszykowej powstała w 1909 roku (Fot. Materiały prasowe)

Koszykarze i Gwardziści

Hala Koszyki to pierwsza wielka i nie do końca spełniona nadzieja agorafilnych foodies. Wystartowała prawie dwa lata temu, siejąc postrach wśród restauratorów z gastro zagłębia Poznańskiej i okolic. Kusiła osiemnastoma konceptami restauracyjnymi i trzydziestometrowym barem. Odstraszała sieciowym supemarketem, takąż drogerią i bodaj najdroższym parkingiem w Warszawie. Wśród miejsc popularnych, ale przeciętnych znalazły się tu też te całkiem przyzwoite casualowce: Port Royal, Sobremessa, czy oba przybytki Mateusza Gesslera – Warszawska Ćma i Warszawski Sen. Bywałem i bywam w nich od czasu do czasu, ale na Koszykach brakuje mi zwykłych małych standów z kilkoma smakowitymi przegryzkami i dobrym winem w bardzo szerokim wyborze.

W tę lukę starała się wbić Hala Gwardii, której pierwsze urodziny w nowej odsłonie będą w ten weekend. Tu jedzenie poszło bardziej w hawkerowy styl, choć niestety tylko na poziomie zewnętrznych podobieństw. Smakowo mało kto się tu broni. Za to oferta wina na kieliszki i piwa kraftowego rekompensuje byjakość smaków. Więc dlaczego to miejsce nie jest w stanie zaspokoić moich potrzeb? Po pierwszym zachwycie i tłumach w każdy weekend miejsce zaczęło świecić pustkami. I to mimo regularnych starań operatorów obiektu, którzy rozmaitymi eventami i animacjami starają się je ożywić. Wielka część handlowa zamykana wieczorem sprawia dość przygnebiające wrażenie, a zła wentylacja robi swoje.

Obie hale maja swoich zagorzałych zwolenników i przeciwników. Gwardziści wytykają Koszykarzom, że w piątkowe i sobotnie wieczory trudno przecisnąć się tu przez ławice glonojadów i posiadaczy kluczyków od stojącego dwa piętra niżej porsche. Koszykarze z pogardą wypowiadają się o bieda koncepcie na placu Mirowskim. Relacja jako żywo przypomina tę między Charlotte i Planem B na Zbawiksie.

Hala_Gwardii_w_Warszawie_2017b

Hala Gwardii w Warszawie to niezobowiązujące miejsce, gdzie zawsze można zjeść coś dobrego (Fot. Adrian Grycuk)

Witaj jutrzenko nadziei!

Obie hale niejako dopełniają się ofertą, ale żadna z nich nie jest „moją”. Widoki na przyszłość są, ale trudno wyrokować jak się zmaterializują. Za moment ruszy na dobre Centrum Praskie Koneser. Jedenaście barów i restauracji brzmi dobrze, ale ciągle nie jest to, to co tygrysy lubią najbardziej. Choć oczywiście trzymam kciuki i bacznie obserwuje, bo to miejsce da Pradze nowy impuls i uczyni ją nowym Powiślem. Na tym ostatnim, bodaj pod koniec przyszłego roku otworzy się gastronomiczna część Elektrowni Powiśle, która ponoć ma wyżywić do 5 tysięcy ludzi! Ogromna hala restauracyjna pomieści osiemnaście lokali, a drugie tyle będzie rozsiane po różnych miejscach elektrowni i na dachach budynków. Podobno inspiracją do stworzenia był targ Mercado da Ribeira w Lizbonie. Hm. Przed startem Koszyków benchmarkiem był bodaj madrycki Mercado San Miguel.

Jeżeli się jednak uda to może kolejny sezon zimowy będzie bardziej znośny. Ale ucieszę się jak zobaczę na własne oczy!

 

Autor jest felietonistą sztos.pl, znawcą dobrej kuchni i wina, a także autorem bloga FoodSnob.pl. Polecamy!