Tym razem „wyciekły” informacje, które chyba dla nikogo nie były tajemnicą. Oto w 2021 roku miałaby wystartować pierwsza edycja piłkarskiej Superligi. W nowych rozgrywkach wzięłoby udział jedenaście klubów-założycieli i pięć kolejnych, zaproszonych w charakterze gości. Jednak nawet goście byliby tam na stałe, bo liga ma być zamknięta. Najlepsi nie biorą pod uwagę możliwości spadku, więc nie będzie żadnych eliminacji, awansów i innych ryzykownych zabaw, które groziłyby stratami finansowymi temu, kto akurat jest bez formy. Wszak tu nie chodzi o samą sportową rywalizację, ale przede wszystkim o biznes.

Nas nie zapraszają

Chyba nie jest dla nikogo zaskoczeniem fakt, że w gronie gigantów nie przewidziano miejsca dla nas. No, ściślej rzecz ujmując, dla polskich kibiców płacących różne telewizyjne abonamenty miejsce się znajdzie. W tej roli zawsze jesteśmy mile widziani. Bylebyśmy nie wpychali się tam z tymi naszymi dziadowskimi drużynami.

No i co my biedni poczniemy? Gdzie i z kim będą grali nasi piłkarze? Co będziemy robili w długie jesienne i jeszcze dłuższe zimowe wieczory? No cóż, odpowiedź jest całkiem prosta: polskie kluby rywalizować będą z tymi samymi przeciwnikami, co dotychczas! Przecież Dudelange, Szerif Tiraspol, Qarabag Agdam i inne Żalgirisy też nie zostały zaproszone na salony. Nasi kopacze nadal będą też mieli okazję, żeby przegrywać z potęgami belgijskimi, duńskimi i słowackimi.

A my, kibice? Dla nas też niewiele się zmieni. Po powrocie z wakacji będziemy się emocjonować rywalizacją najsilniejszych drużyn, a krajowych idoli zobaczymy wyłącznie na własnych, pięknych stadionach. Czyli właściwie zostanie po staremu. Przecież w tym roku to już nawet w króciutkie letnie wieczory emocjonowaliśmy się wyłącznie walką klubów z innych krajów. Nasze zakończyły udział w pucharach już w połowie sierpnia!

Robert Maaskant był ostatnim trenerem, któremu udało się wprowadzić Wisłę Kraków do europejskich pucharów.

Bez nadziei i złudzeń

Jednej rzeczy jednak zabraknie: nadziei. Bo nawet jeśli mocną, lub choćby przyzwoitą, ekipę udawało się pokonać jedynie od wielkiego święta, to przynajmniej zawsze istniała szansa na taki sukces. Wprawdzie z każdym rokiem nawet ona się zmniejszała, bo dostęp do poważnych rywali zagradzali nam coraz słabsi gracze z innych nieliczących się lig, no ale zawsze można było się łudzić. Przecież mogliśmy pokonać wszystkich po drodze, rozbić Barcelonę na Camp Nou, zdemolować Liverpool na Anfield i w finale ograć PSG albo jakiś Manchester. Teraz to już nie będzie możliwe. Nawet cud nam nie pomoże.

Zbliża się koniec pewnej epoki. Tej, w której po najważniejsze trofeum mogła sięgnąć Steaua Bukareszt lub Crvena Zvezda Belgrad. W której do zdobycia Pucharu Europy wystarczało pokonanie szwedzkiego Östers IF, rumuńskiego Arges Pitesti, NRD-owskiego Dynama Berlin, a dopiero na koniec Ajaksu i Hamburger SV (taką drogę na szczyt przebyło w sezonie 1979/80 Nottingham Forest). W której Legia i Widzew potrafiły zabłądzić aż do półfinału mistrzowskich rozgrywek.

To koniec epoki, w której i tak prawie zawsze wygrywali najlepsi i najbogatsi, ale ci słabsi i biedniejsi mogli przynajmniej czasem zagrać na Santiago Bernabeu albo Old Trafford. I nawet jeśli nie pokonywali czołowych rywali, nawet jeśli dostawali od nich baty, to przynajmniej mogli ich pokopać po kostkach, a po meczu wymienić się z nimi koszulkami.

Niech nam kundelki nogawek nie obgryzają

No i właśnie tego kopania po kostkach najmożniejsi mają dosyć. Bo jak ich skopie Pepe, w twarz uderzy Sergio Ramos, a w kark ugryzie Luis Suarez, to będzie z tego materiał dla mediów, większy rozgłos i dodatkowe pieniądze. Ale jak im wjedzie w nogi jakiś anonimowy grajek z prowincji, to zostanie tylko ból łydki, siniak na tyłku, a może nawet poważniejszy uraz. Po co to komu? Nikt nie chce ryzykować, że kontuzja odniesiona na klepisku w Astanie czy w Kiszyniowie uniemożliwi potem grę w hitowym pojedynku na Parc des Princes.

Szefowie wielkich klubów traktują piłkę przede wszystkim jako biznes. Nic dziwnego, że chcą jak najczęściej grać z innymi potęgami, zamiast szlajać się po europejskich, a często nawet azjatyckich bezdrożach. W końcu my też bardziej emocjonujemy się meczem Legii z Realem niż pojedynkami z Cork City albo FC Botosani. Prezesi naszych klubów również wolą mocnych rywali, bo to z nimi wiążą się prawdziwe zyski.

Bez atutów

Czy to wszystko jest sprawiedliwe? Ech, nie bawmy się w sięganie po takie wielkie słowa. Zastanówmy się raczej, czy jako kraj przedstawiliśmy jakiekolwiek argumenty, które przemawiałyby za uwzględnieniem nas przy tworzeniu nowych rozgrywek. Czy nasze kluby dały powody, żeby dla tych najbogatszych być poważnym partnerem do rozmów? Czy zapracowały sobie na miejsce w elitarnym towarzystwie?

Niestety, musimy sobie jasno powiedzieć, że nie mamy w tej debacie wielkich atutów. Przecież nie potrafiliśmy wykorzystać nawet tzw. „ścieżki mistrzowskiej”, która od kilku lat zwiększała szansę na awans słabeuszy do Ligi Mistrzów. Zamiast walczyć w decydującej rozgrywce z Barceloną czy Manchesterem, wystarczało pokonać Steauę albo APOEL Nikozja. Ale nawet to okazywało się zbyt trudne. Trzeba było dopiero pojedynku z półamatorami z irlandzkiego Dundalk, żeby przebrnąć przez „okrutne” sito eliminacyjne. A i to głównie po to, żeby cieszyć się potem z otwartej gry przeciwko Borussii i Realowi. Choć Europa i tak zauważyła wtedy nie heroiczną walkę Polaków, tylko wyniki 0:6 i 4:8. Nie ambitną postawę outsidera, ale puste trybuny podczas meczu z Królewskimi.

Wielkie stadiony w Polsce już mamy. Tylko gdzie wielkie drużyny?

UEFA w obronie uciśnionych

Co istotne, tym razem największe kluby nie zamierzają zawłaszczać dla siebie istniejących rozgrywek pucharowych. Swoją rywalizację zamierzają zorganizować we własnym zakresie, z pominięciem europejskiej federacji. Nic dziwnego, że UEFA głośno zaprotestowała. Organizacja, która do Ligi Mistrzów zaprosiła (bez eliminacji) już nawet czwarte drużyny z czołowych lig, nagle uznała, że tworzenie Superligi to niszczenie futbolu, oznaka braku solidarności, no i w ogóle najzwyklejsza nuda. Cóż, nie ma to jak pominąć dotychczasowego monopolistę przy dzieleniu się kasą, żeby zadowoleni z siebie i stanu swojego bankowego konta działacze przeobrazili się nagle w obrońców wielkich wartości.

Gramy dalej

Zatem nadal będą też istniały rozgrywki, do których nawet my będziemy mogli awansować. Pytanie tylko, czy jeśli natkniemy się w nich na dziesiątą drużynę z Premier League albo dwunastą z Serie A, to pokażemy wreszcie swoją moc. Obawiam się, że nie. Póki co, nie radzimy sobie ze znacznie słabszymi rywalami.

A co z najbogatszymi klubami? Czy ciągłe bicie się w tym samym gronie i dalsze mnożenie hitów odbije im się czkawką? Spokojnie, jeśli uznają, że to im się nie opłaca, spojrzą łaskawym okiem na tych, którzy w hierarchii stoją za nimi. Pytanie, w którym szeregu my będziemy wówczas stali. I czy ktoś nas wtedy dostrzeże.

Może więc warto zająć się po prostu sobą? Pomyśleć wreszcie o realnym rozwoju polskiej piłki, a nie tylko o rosnących dochodach PZPN, wdrażać przemyślane programy dla młodzieży, wspomagać najmniejsze klubiki pracujące z dziećmi. Właśnie to może nam dać jakieś szanse w przyszłości. Nie pomoże nam natomiast bajdurzenie o równych szansach, powoływanie się na sentymenty, poklepywanie się po plecach podczas imprez w lożach honorowych, gadanie o jakiejś wspaniałej „polskiej myśli szkoleniowej” i udawanie, że stanowimy dla najlepszych jakąkolwiek atrakcję. Na początek postarajmy się, żeby chociaż nie być dla nich kłopotem. Bo na razie kojarzymy się im ze stwarzaniem problemów nie na boisku, tylko na trybunach.

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Z zamiłowania kibic i turysta. Uwielbia Hiszpanię, Włochy i klub SSC Napoli. Publikował m.in. w „Focusie” i „Focusie Historia”.