Oczywiście wiecie, że ostatnio odbyły się mistrzostwa świata w podnoszeniu ciężarów. Yyyy, nie wiecie? Dobra, tak przypuszczałem. Państwowa telewizja pewnie jak zwykle chwaliła się świetną oglądalnością transmisji w TVP Sport, ale szczerze wątpię, czy tak naprawdę śledziło je więcej niż 10 osób.

Wielkie tradycje

Podnoszenie ciężarów to jedna z dyscyplin, które widniały już w programie pierwszych nowożytnych Igrzysk Olimpijskich w 1896 roku. Wtedy przeprowadzano rywalizację w podrzucie jednorącz i oburącz. Przez kolejne dziesięciolecia formuła zawodów zmieniała się, ale zawsze chodziło o dźwignięcie jak największej masy żelastwa. Nic dziwnego, w końcu wykazywanie się siłą to rzecz naturalna i typowa dla człowieka od zarania dziejów.

Wśród najlepszych mocarzy byli Polacy. Mieliśmy w tej dyscyplinie zawodników wybitnych, na czele z Waldemarem Baszanowskim, dwukrotnym mistrzem olimpijskim (1964 i 1968), pięciokrotnym mistrzem świata i sześciokrotnym złotym medalistą Mistrzostw Europy. Specjalistyczne pismo „World Weightlifting” sklasyfikowało go na trzecim miejscu wśród najlepszych sztangistów wszechczasów. Wyżej oceniono tylko dorobek Bułgara/Turka Naima Sulejmanowa/Nauma Szałamanowa/Naima Süleymanoğlu (to ciągle ten sam człowiek) i Węgra Imre Földiego.

Złote medale olimpijskie zdobywali także Ireneusz Paliński (1960) i Zygmunt Smalcerz (1972). Potem zdarzały się jeszcze krążki srebrne i brązowe, ale na kolejne zwycięstwo trzeba było czekać aż do roku 2012. Wtedy to w Londynie triumfował Adrian Zieliński. A, no i potem złoto zdobył jeszcze Szymon Kołecki. Ściślej rzecz ujmując wywalczył je w 2008 roku, a otrzymał w 2016 (był wtedy prezesem Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów), gdy zdyskwalifikowano kazachskiego zwycięzcę z IO w Pekinie.

Walka z wiatrakami

O stosowaniu niedozwolonych środków przez przedstawicieli sportów siłowych wiadomo od dawna. Zdarzały się lata, gdy liczba dyskwalifikowanych zawodników była wręcz zatrważająca. Dochodziło nawet do wykluczania całych reprezentacji z największych imprez w ramach kary za masowe wpadki zawodników z danego kraju. Dopóki jednak nie złapano konkretnego zawodnika, zawsze można było się łudzić, że on akurat jest czysty, że walka ze sterydami wreszcie przynosi efekty, że gdzie jak gdzie, ale przynajmniej u nas poradzono sobie z tym problemem i wyeliminowano czarne owce.

No ale to zawsze było oszukiwanie samych siebie. Nie ma bowiem wątpliwości, że w podnoszeniu ciężarów dopingu zawsze było więcej na pomoście niż na trybunach. Jeśli jednak ktoś jeszcze łudził się, bo liczył na kolejne złoto Zielińskiego w Rio de Janeiro i miał nadzieję na czystość naszych zawodników, ten chyba w 2016 roku musiał się ostatecznie przebudzić. Wystarczyło obejrzeć pryszczatego 27-latka, który w idiotyczny sposób tłumaczył, kto i dlaczego wrabia go w dopingową aferę (jego brata zresztą też).

Na obrzeżach

Ci, którym nawet tego było mało, mogą nadal emocjonować się popisami cyrkowców ze sztangami. Nie wiem, czy mistrzostwa świata w Aszchabadzie były ciekawe, czy stały na wysokim poziomie. Nie interesuje mnie to. Dopóki zawody odbywają się w stolicy Turkmenistanu i podobnych okolicach, można po prostu nie zwracać na nie uwagi. Gorzej, że potem nadmuchani atleci znowu zawitają na Igrzyska Olimpijskie. A to już jest naprawdę nudne i niesmaczne. No dajcie spokój, kto w to wszystko jeszcze wierzy?

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Z zamiłowania kibic i turysta. Uwielbia Hiszpanię, Włochy i klub SSC Napoli. Jest redaktorem serwisu dla polskich kibiców www.napoli24h.pl. Publikował m.in. w „Focusie” i „Focusie Historia”.