Od kiedy Eurosport transmituje, i to w dość pokaźnym wymiarze, mistrzowskie imprezy w tej dyscyplinie, trudno nie wiedzieć, co to jest curling. No chyba, że ktoś z urzędu i dla zasady omija wszystko, co pokazują sportowe stacje. Wśród nas takich osób jednak nie ma, prawda? Wiemy zatem, że to już nie jest niszowa konkurencja uprawiana wyłącznie przez Kanadyjczyków, Szkotów i Skandynawów, którzy nie mają lepszych pomysłów na spędzanie mroźnych zimowych, jesiennych, wiosennych i letnich dni.

Jesteśmy w elicie

Klimat się ociepla, więc wydawałoby się, że teraz już nawet Eskimosi przerzucą się na surfing. Tymczasem to zimowy sport zaczyna zdobywać tereny leżące coraz bliżej równika. Doszło do tego, że już nawet my, Polacy, możemy powiedzieć: w curling gramy całkiem nieźle!

Oto bowiem nasi reprezentanci po raz pierwszy znaleźli się w grupie A Mistrzostw Europy, czyli w gronie najlepszych dziesięciu męskich ekip kontynentu. Awans wywalczyła rok temu dowodzona przez Borysa Jasieckiego drużyna z Sopotu, która w szwajcarskim St. Gallennie spodziewanie zajęła drugie miejsce w grupie B.

Na tegoroczne mistrzostwa w Tallinie nie pojechali zawodnicy z Trójmiasta, lecz przedstawiciele klubu z Katowic z kapitanem Bartoszem Dzikowskim na czele. To akurat nie wzbudza kontrowersji, bo w curlingu nie tworzy się specjalnych drużyn reprezentacyjnych. O tym, kto pojedzie na międzynarodową imprezę, decydują krajowe eliminacje. Te wygrali w październiku zawodnicy ze Śląska.

Jakoś tak się udaje

No i fajnie. Przecież zależy nam na sportowych sukcesach, zwłaszcza w dyscyplinach olimpijskich (curling jest taką od 20 lat, choć rzeczywisty debiut na igrzyskach nastąpił już w 1924 roku). Może nie zawsze na te triumfy zasługujemy, ale jak już niechcący się pojawią, to je doceniamy i chwalić się nimi lubimy.

Kiedy jednak przyjrzymy się okolicznościom startu naszych curlerów w elitarnym towarzystwie, dojdziemy do wniosku, że to jakiś wybryk, przypadek i nieporozumienie. Narodowy związek, od lat fatalnie zarządzany i kompromitujący się przy niemal każdej okazji, nie wysupłał ani grosza na wyjazd do Estonii, ograniczył się jedynie do zgłoszenia drużyny i udzielenia błogosławieństwa. Zawodnicy zorganizowali więc internetową zrzutkę i okazało się, że anonimowi kibice bywają solidniejsi od działaczy. Panowie na mistrzostwa pojechali. Zresztą panie, walczące w grupie B, też dotarły do Tallina dzięki ofiarnym pasjonatom.

Wynik osiągnięty w zawodach schodzi w tym przypadku na dalszy plan, choć to oczywiście niesprawiedliwe dla ambitnych zawodników, którzy walczyli dzielnie choćby z Finami (porażka po dodatkowej rozgrywce) i Rosjanami (zwycięstwo!). Niestety, ostatecznie spadli z grupy A, ale w elitarnym gronie zaprezentowali się przyzwoicie i tak naprawdę ponad stan. Przy okazji ich występu warto jednak skupić się raczej na stosunku państwa do wspierania sportu. Właśnie podejście władz państwowych wpływa przecież na to, czy zbudujemy solidne podstawy, czy raczej będziemy jak zwykle liczyli na pojedyncze, spektakularne wybryki. Czy naprawdę zapracujemy na sukcesy, czy raczej ograniczymy się do fetowania cudownych, samorodnych talentów.

Przyglądajmy się zatem uważnie, czy politycy myślą racjonalnie i długofalowo, czy też zadowalają się organizowaniem uroczystych śniadań dla złotych medalistów i cykaniem sobie fotek ze sportowymi bohaterami.

Awantury! W curlingu są awantury!

Jeśli nie wciągają was rozważania o finansowaniu sportu i krzewieniu przez państwo kultury fizycznej, jeśli nie wzrusza was nieudolność działaczy, jeśli nadal uważacie, że curling jest tylko nudną zabawą, to może chociaż zainteresuje was awantura. Tak, w curlingu też zdarzają się ekscesy!

Generalnie to oczywiście sport dla ludzi kulturalnych i uczciwych. Tu nie wypada fetować błędów rywala, zawodnicy sami oceniają sytuację na torze (sędziowie wchodzą ze swoimi monstrualnymi cyrklami tylko w sytuacjach niemożliwych do oceny „na oko”), każdy przyznaje się do popełnionych fauli. Szacunek dla rywala to immanentny element tej gry. Z takim sielankowym obrazem dyscypliny kłóci się oczywiście przypadek udowodnionego dopingu i dyskwalifikacji rosyjskiej pary mikstowej podczas Igrzysk w Pjongczangu. Ale Rosjanie, doping… wiadomo, standard i nuda.

Jeśli więc komuś brakowało fajerwerków, to proszę: kilka dni temu, podczas zawodów z cyklu World Curling Tour w kanadyjskiej prowincji Alberta, narozrabiała ekipa gospodarzy dowodzona przez mistrza olimpijskiego z Soczi (2014). 40-letni Ryan Fry wraz z kolegami urozmaicili sobie czas między meczami pijąc piwo w knajpie, po czym przyszli do hali lodowej i urządzili niezwykłe widowisko. Było łamanie szczotek, kopanie kamieni, przekleństwa, a potem jeszcze demolka w szatni. Prawdziwe show, jakiego po zimnokrwistych Kanadyjczykach mało kto się spodziewał.

Drużynę wykluczono z turnieju. Fry w imieniu swoim i kolegów przeprosił za skandaliczne zachowanie. Znaczy się kultura nadal obowiązuje. Tylko tak jakoś czasem para musi ujść z czajnika…

Oglądajcie uważnie

Urok curlingu nie polega jednak na tym, że raz na sto lat ktoś urządzi awanturę. Bo to przede wszystkim naprawdę ciekawy sport. Wymagający odpowiedniej techniki, kondycji i ciepłych skarpetek, ale też wyczucia taktycznego. Jeśli chcecie to zrozumieć i docenić, oglądajcie transmisje w telewizji. Przy fachowym komentarzu, np. Pawła Burlewicza, może się to okazać fajną zabawą!

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Z zamiłowania kibic i turysta. Uwielbia Hiszpanię, Włochy i klub SSC Napoli. Publikował m.in. w „Focusie” i „Focusie Historia”.