Ręka do góry, kto ma na liście planów na 2019 rok ma epicki wyczyn. Zakup karnetu na siłownię się nie liczy. Chodzi o coś, co przesuwa wam granice możliwości kawałek dalej. Albo ostra jazda z adrenaliną albo test wytrzymałości. Kiedyś zobaczyłem ekipy z pontonami jak ruszają na rafting po dzikiej rzece i pomyślałem, że czeka ich jedno i drugie. Jechałem busem z Bośni do Czarnogóry, minęliśmy ich niedaleko granicy, w miejscu gdzie rzeki Tara i Piva łączą się, tworząc Drinę. Wszystkie trzy przebijają się przez góry i rzeźbią obłędnie strome kaniony. Z drogi widać było tylko małą niebieską wstążkę w dole, z granicznego mostu wezbrany po deszczu nurt. Nie zazdrościłem im tylko dlatego, że postanowiłem tu wrócić przy pierwszej możliwej okazji.

Znalazłem kemping nad Tarą, który organizował też spływy. Dogadałem się z nimi, że nawet, jak nie zbiorę ekipy i dotrę tam bez auta, zgarną mnie spod przejścia granicznego i dołączą do innej drużyny ruszającej na rzekę. Pomyślałem, że to świetne, doczepię się do silnej ekipy i moje braki w doświadczeniu nie będą rzucać się w oczy. Bo moje doświadczenie na rzekach ograniczało się do kajaka. Na Bugu i na Krutyni. W sumie to zdziwiłem się, że o to nie spytali. Nie byli nawet ciekawi, czy umiem pływać, ale niech tam – Bałkany to Bałkany.

Marines wersja familijna

Na miejscu faktycznie zastałem liczną ekipę z… USA. Ale nie przyjechali na rafting prost ze Stanów, tylko z Sarajewa, gdzie Amerykanie ze względu na wojenną przeszłość regionu mają sporą ambasadę. Kontrakty w służbie dyplomatycznej trwają po kilka lat, więc prawie wszyscy przyjeżdżają na placówki z rodzinami i w takim składzie przybyli też nad Tarę. Sądziłem, jednak, że nas spływ piszą się tylko najbardziej zadziorne jednostki, reszta im towarzyszy i spędza weekend w pięknych okolicznościach przyrody. Lekko się zdziwiłem, gdy rankiem do przebierania się w pianki ruszyły też średnio wysportowane panie domu wraz z dziećmi. Nastoletnimi a nawet ciut młodszymi. Spytałem gościa z obsługi, czy naprawdę dzieci mogą brać udział w raftingu. Nie wszystkie – opowiedział – tylko od 7 lat wzwyż.

Raftinga Tara

Rafting na rzece Tara przyciąga amatorów adrenaliny z całego świata. (fot. archiwum autora)

W drodze na start okazało się, że pozostali mają dużo mniejsze pojęcie o sportach wodnych ode mnie. Ale stłoczeni na pace pickupa zaczęli kręcić filmiki i zgrywać się jakby byli oddziałem marines w drodze na akcję. Przez ich akcent, kaski zapinane jak hełmy i leśną gęstwinę dookoła, czułem się jak w scenie z filmu o Wietnamie. A raczej w jego familijnej parodii. Wtedy w końcu zrozumiałem, że to wszystko nie będzie na serio.

Adrenalina pod kontrolą

No dobrze, Tara faktycznie jest dziką rzeką. Ma 144 km długości, a przy ogromnym pofałdowaniu Czarnogóry oznacza to bardzo spadek i silny porywisty nurt. Nic dziwnego, że przez tysiące lat z górskiego przełomu zrobiła kanion na ponad kilometr głębokości. Ale to kanion jest taki głęboki, rzeka już nie bardzo. Owszem w takich wirach wciąż można się utopić, ale raczej nie w dobrej kamizelce. Pamiętam, że kiedyś na obozie żeglarskiem, pierwszego dnia kazali nam wszystkim wskakiwać w kamizelkach do basenu i spróbować „utonąć”, albo chociaż zanurkować. Nikomu się nie udało. Kombinowaliśmy, wpychaliśmy się pod wodę, ale w porządnym sprzęcie to nie do zrobienia. Jedyne, co grozi człowiekowi za burtą w kamizelce, to uderzenie w głowę o coś twardego i utrata przytomności. Ale od tego są właśnie kaski. Poza tym z pontonu nie tak znowu łatwo wypaść, zwłaszcza jeśli sternik doskonale wie, którędy ma płynąć

Real vs. fake

Maciej Tarasin, który jeździ na spływy eksploracyjne po niedostępnych rzekach Amazonii wytłumaczył mi później, że jego wyprawy są autentycznie niebezpieczne, bo jest jednym z pierwszych ludzi, który tam dociera. Płynąc, nie ma pojęcia czy za zakrętem czeka spokojny kawałek czy szalony wir lub próg wodny. Na zbadanych rzekach, tłumaczył, sternicy mają rozpoznany każdy metr dna i znają na pamięć najbezpieczniejszą trasę. Tak jest nie tylko w Czarnogórze, ale także w Afryce, czy obu Amerykach, gdzie urządza się komercyjne spływy. Nikomu niema tam prawa spaść włos z głowy. Jedyne, czego potrzebują sternicy, by pokonać swoją trasę, to załoga która nada łodzi własną prędkość. Bo prędkość oznacza sterowność.

Turyści nigdy nie ruszają na wodę sami. Za sterem siedzi miejscowy chłopak, który robił to już sto razy. W odpowiednich momentach woła „Go!” albo „Stop!”, a reszta robi, co im się karze. Mimo wszystko trochę pary w rękach do tego potrzeb. Całego pontonu nie da się obsadzić siedmiolatkami, bo wpadliby w niebezpieczny dryf na pierwszym progu wodnym. Dlatego dostaliśmy po dwa dzieciaki na ponton. Braki w wiosłowaniu nadrabiały darciem się, kiedy naraz robiło się „groźnie” Tak po prawdzie to inni też nie byli wtedy cicho, ale nie lękali się ani skał, ani gałęzi, tylko spotkania z wodą. Na początku lata miała orzeźwiające 6 stopni Celsjusza.

Na prawdziwe przesuwanie granic możliwości sugeruję więc wybrać coś odrobinę mniej zorganizowanego. Ale raftingu wcale nie trzeba omijać szerokim łukiem, jako turystyczną pułapkę. Przeciwnie, nie znam lepszego sposobu na kontakt z obłędną czarnogórską przyrodą niż dać się ponieść nurtowi Tary. Nastawcie się tylko, że będzie po prostu wesoło, a nie ekstremalnie. No chyba, że na bałkańskie wakacje zabieracie dzieci od 7 lat wzwyż, wtedy nie zaszkodzi się trochę przegrywać. Niech w szkole odpowiedzą, że mają tatę bohatera, co pokonał najgłębszy kanion Europy.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl i dziennikarzem podróżniczym. Za dnia robi w branży PR. Po fajrancie zmienia się w zwolennika miejsc oddalonych od Warszawy – najchętniej o parę godzin lotu. Uwielbia po swojemu docierać w nieturystycznie rejony i opowiadać o tym. Przez lata publikował w magazynie „Podróże”. Teraz rozkręca własne podróżne projekty, m.in ten www.instagram.com/tamnicniema