W połowie grudnia pojawiła się informacja, że produkcja seriali i programów ze scenariuszem nigdy wcześniej nie osiągnęła takiego poziomu jak w tym roku. Według danych opublikowanych przez FX Network Research, tylko w samych Stanach Zjednoczonych było aż 495 tytułów! To po prostu w głowie się nie mieści. A przecież oglądamy jeszcze seriale brytyjskie, polskie, niemieckie itd. Nie jesteśmy w stanie przerobić takiej ilości materiału. O ile w przypadku filmów nie mam większych trudności z nadrobieniem interesujących mnie nowości, to w przypadku seriali sytuacja jest z góry przegrana. Tytułów tylko przybywa, a czasu coraz mniej.

To mnie jednak nie przeraża, a wręcz cieszy, bowiem lepiej dla nas, jeżeli mamy w czym wybierać. Zresztą binge-watching to jedyna w swoim rodzaju frajda. Na szczęście 2018 rok nie zawiódł pod tym względem i przyniósł trochę dobroci. Ba, parę pozycji trafiło mnie prosto w splot słoneczny, udowadniając, że te kilka lub kilkanaście zainwestowanych godzin nie poszło na marne. Zatem nie przedłużając tak wygląda moja lista dziesięciu najlepszych seriali tego roku:

Fot. HBO

10. Ślepnąc od świateł

To już kwestia osobistych preferencji, który rodzimy serial był najlepszy, bo jest u nas pod tym względem coraz lepiej. Jedni wskażą „Rojsta” i jego PRL-owskie mroki, inni alternatywną rzeczywistość Netflixowego „1983”, ale do mnie najbardziej przemówił serial HBO. Od razu muszę zaznaczyć, że „Ślepnąc od świateł” jest pełen wad. Przede wszystkim osiem odcinków wydaje się grubą przesadą. Historię można byłoby spokojnie zamknąć w maksymalnie pięciu odcinkach. A tak to wszystko wydaje się po prostu sztucznie wydłużone. Owszem, powieść Jakuba Żulczyka jest skonstruowana w taki sposób, że powtarzalność przedstawianych wydarzeń jest nieodzowna, bowiem odbija egzystencję głównego bohatera. Jednak już przy niej odniosłem wrażenie, że mogłaby być bardziej skondensowana. Serial tylko mocniej uwypuklił ten problem.

Kamil Nożyński w roli protagonisty kompletnie się nie sprawdza. Choć niby pasuje do konceptu postaci Żulczyka, to wydaje się zanadto drewniany i ma duży problem z wygłaszaniem swoich kwestii. Tym boleśniej to wszystko widać na tle prawdziwych wyjadaczy (Robert Więckiewicz robi kapitalną komedię, Janusz Chabior i Jan Frycz to antagoniści z prawdziwego zdarzenia, zaś Cezary Pazura nomen omen z pazurem oddaje człowieka wykoślawionego).

Przynajmniej dwa teledyskowe zabiegi reżysera Krzysztofa Skoniecznego pozostawiają wiele do życzenia, ale można mu je wybaczyć, bo ogólnie odwalił kawał porządnej roboty. Udało mu się ukazać Warszawę jako miejsce jednocześnie kuszące i niebezpieczne, nie ustępujące w ekranowym uroku Londynowi czy Berlinowi, czyli miastom, które w serialach czy filmach są od dawna portretowane w sposób nad wyraz spektakularny. Ten noirowaty klimat produkcji HBO, wspomagany tu i ówdzie surrealistycznymi dziwactwami, w których pojawia się m.in. nawiązanie do wybitnego „Opętania” Andrzeja Żuławskiego (na co słusznie zwróciła mi uwagę moja luba) sprawiają, że widz wsiąka w to efektownie zaprezentowane bagno. Wielkie gratulacje za wykorzystanie wspaniałego utworu Scotta Walkera w czołówce.

Fot. HBO

09. Ostre przedmioty

Tak jak w przypadku polskiej produkcji, tu również za całość odpowiada jedna osoba, dzięki czemu mamy do czynienia niemal z ośmiogodzinnym filmem. Jean-Marc Vallee staje się zresztą prawdziwym specjalistą w segmencie telewizyjnym, bo w 2017 roku dostarczył widzom znakomite „Wielkie kłamstewka”. I również w przypadku adaptacji książki Gillian Flynn jego praca jest bez zarzutu.

„Ostre przedmioty” to psychologiczny thriller, który nie należy może do najbardziej odkrywczych w swoim gatunku, ale na jego plus trzeba zapisać przekonująco oddany i niezwykle toksyczny klimat amerykańskiej prowincji. Serial tak naprawdę ma rację bytu dzięki Amy Adams, która jest tak niesamowita w roli dziennikarki piszącej artykuł o morderstwach dwóch dziewczynek, że pozwala nawet zapomnieć o idiotycznych rozwiązaniach fabularnych z ostatniego odcinka.

Fot. Netflix

08. Nawiedzony dom na wzgórzu

To już trzecia pozycja pod rząd, która jest adaptacją znanej powieści. Tym razem chodzi o gotycki dreszczowiec Shirley Jackson z 1959 roku. Książka opowiada  o czterech osobach, które przybywają do starego domostwa w celu zbadania zjawisk paranormalnych. Reżyser Mike Flanagan dokonał jednak ciekawej i bardzo słusznej wolty fabularnej, bowiem bohaterami uczynił rodzeństwo, które dorastało w rezydencji uznawanej za najbardziej nawiedzony dom w kraju. Rodzinna tragedia sprawiła, że już jako dorośli musieli do niego wrócić. Zresztą tych odstępstw od oryginału jest dużo więcej.

10-odcinkowa produkcja Netflixa to kawał imponującej roboty. To nie tyle horror, co dramat z inteligentnie i subtelnie wplecionymi momentami grozy. Teraźniejszość jest tu nieustannie przetykana retrospekcjami, co czyni narrację „Nawiedzonego domu na wzgórzu” zaskakująco złożoną jak na tego typu produkcje. Bardzo duży nacisk Flanagan postawił też na głębokie nakreślenie charakterów psychologicznych swoich bohaterów, dzięki czemu ci wydają się pełnokrwiści i wielowymiarowi. Choć pod koniec dramaturgia siada i dialogi są zbyt teatralne, to warto oglądać ten serial już dla samego szóstego odcinka, mistrzowsko nakręconego i skonstruowanego.

Fot. Syfy

07. Happy!

A tu dla odmiany przeniesiono na mały ekran komiks świetnego Granta Morrisona. Opis fabuły serialu mówi sam za siebie: niestroniący od alkoholu były gliniarz (przezabawny Christopher Meloni) jest przekonany, że postradał zmysły, gdy rysunkowy jednorożec próbuje przekonać go do uratowania dziewczynki porwanej przez Świętego Mikołaja. „Happy!” to brudny, prawdziwie pokręcony i niepoprawny politycznie kryminał z domieszką czarnej komedii, który na swój osobliwy sposób jest zaskakująco ujmujący. Główny bohater jest cynicznym draniem, który w trakcie ośmiu odcinków odkryje, że mimo wszystko istnieje szansa na odkupienie swoich win i rozpoczęcie życie od nowa. Mniejsza z tym, że przez większość czasu sięga dna, chlejąc i ćpając co tylko wpadnie mu w łapy.

Fot. BBC

06. Mała doboszka

„Mała doboszka” to powieść wybitnego brytyjskiego pisarza Johna Le Carre’a z 1983 roku, która już rok później doczekała się wersji kinowej z Diane Keaton. Teraz przyszedł czas na serial od BBC. Każdy, kto widział „Nocnego recepcjonistę” z Tomem Hiddlestonem, będzie miał dobry ogląd, czego może spodziewać się po tej produkcji. Jest stylowo i seksownie, ale obywa się bez niepotrzebnej ekwilibrystyki, którą często spotyka się w filmach czy serialach szpiegowskich. To rzecz jasna efekt materiału źródłowego – książki Le Carre’a to zupełnie inna para kaloszy niż, powiedzmy, twórczość Iana Fleminga. Część brytyjskich widzów narzekała, że fabuła jest pretensjonalna i zbyt skomplikowana, ale nic z tych rzeczy – nie będziecie mieli żadnych problemów ze śledzeniem wydarzeń.

„Mała doboszka” imponuje inscenizacją – od razu czuje się w niej klimat zimnej wojny. Jednak największe wrażenie robi gra aktorska – Michael Shannon i Aleksander Skarsgard są jak zawsze bardzo solidni, ale prawdziwe cuda na kiju wyrabia tutaj zaledwie 22-letnia Florence Pugh. Brytyjka już w 2016 roku zaimponowała w filmie „Lady M.”, ale wcielając się w aktorkę o imieniu Charlie, która zostaje wciągnięta w misję szpiegowską, mającą doprowadzić do upadku groźnych terrorystów, wskoczyła na zupełnie inny poziom. Będzie o niej głośno.

Fot. AMC

05. Terror

„Terror” (oparty o bestseller Dana Simmonsa) to historia zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Ukazuje niebezpieczną wyprawę Królewskiej Marynarki Wojennej, która wyrusza w 1846 roku na nieznane terytorium w poszukiwaniu Przejścia Północno-Zachodniego. Załoga bardzo szybko zaczyna zmagać się z szalenie zdradliwymi warunkami i ograniczonymi zasobami. Ta kombinacja stopniowo zmniejsza nadzieję bohaterów na przetrwanie i zwiększa ich strach przed nieznanym. A to nieznane w tym przypadku przekroczy ich najśmielsze wyobrażenia.

Ciężko o lepsze wykonanie survivalowego horroru. Seans każdego odcinka gwarantuje dużą dawkę suspensu, znakomitą grę aktorską, dobre tempo narracji i zdjęcia godne oprawienia w ramkę. Co więcej, twórcom udało się sprawić, że również widz poczuje coś z tego potwornie przenikliwego mrozu i przerażającego osamotnienia, które staje się codziennością dla pechowej grupy mężczyzn. A intensywność końcowych odcinków wprost zabija. Szkoda, że tak mało mówiło się o tym serialu w tym roku.

Fot. HBO

04. Kroniki Times Square (2. sezon)

Bez twórcy „Kronik Times Square” świat telewizji były o wiele uboższy. David Simon odpowiada za słusznie uwielbiane „Prawo ulicy”, opowiadające o grupie policjantów z Baltimore wypowiadającej wojnę lokalnym bossom narkotykowym. Większość list z najlepszymi serialami w historii plasuje tę pozycję na samym szczycie. Obecna produkcja Simona jest nie mniej ambitna, bo ukazuje historię legalizacji oraz rozkwitu przemysłu pornograficznego w Nowym Jorku lat 70. i 80.

„Kroniki Times Square” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów „Taksówkarza” czy „Pieskiego popołudnia”. Obraz miasta w serialu naznaczony jest przez niepohamowaną prostytucję i przemoc na ulicach, problemy z narkotykami i chwiejny rynek nieruchomości. Brud Nowego Jorku tamtych lat jest niemal namacalny. Pierwszy sezon był strzałem w dziesiątkę – Simon od samego początku zaserwował wielowątkową narrację, ale nigdy nie miało się wrażenia, że czegoś jest za dużo. Pięknie czuł miasto, jego mieszkańców i ich historie.

To samo można powiedzieć o tegorocznej kontynuacji, w której nawet mocniej uwypuklono role kobiece. Maggie Gyllenhaal jest znakomita w roli Eileen „Candy” Merrell, aspirującej reżyserki filmów pornograficznych z treścią. Nie ustępują jej Dominique Fishback jako prostytutka próbująca zmienić swoje życie, czy Margarita Levieva w roli Abigal Parker, barmanki-feministki walczącej o lepszy byt dla dziewczyn spędzających noce na ulicy.

Fot. Netflix

03. BoJack Horseman (5. sezon)

Ta historia konia-aktora, znanego z emitowanego w latach 90. sitcomu, który robi co może, aby uratować swoją karierę w błyskawicznie zmieniającym się show-biznesie, to wraz z „Rickiem i Mortym” najlepszy serial animowany ostatnich lat. „Bo Jack Horseman” to trochę casus „Breaking Bad” – każdy kolejny sezon jest jeszcze lepszy i bardziej pomysłowy od poprzednika. W 5. sezonie jest chociażby odcinek, w którym widzimy jedynie przemawiającego protagonistę. Niby nic się nie dzieje – BoJack w swoim stylu snuje bardzo gorzki i ostry jak brzytwa monolog, ale generuje to takie emocje, że kompletnie nie zwracamy uwagi na fakt, że oglądamy animację. Co więcej, w tej odsłonie twórcy w świetny sposób odnoszą się m.in. do akcji Me Too oraz przedstawiają kapitalną satyrę seriali kryminalnych. Jest co oglądać.

Fot. Showtime

02. Patrick Melrose

Ten miniserial z Benedictem Cumberbatchem dokonał właściwie niemożliwego – zaadaptował na mały ekran rewelacyjny pięcioksiąg Edwarda St. Aubyna „Patrick Melrose”, nie gubiąc zbytnio jakości materiału źródłowego. Każdy z pięciu odcinków, na wzór książek, przedstawia różne momenty z życia tytułowego bohatera. W pierwszym z nich widzimy go jako uzależnionego od heroiny i kokainy 22-latka, który wyrusza w traumatyczną podróż do Nowego Jorku po prochy zmarłego ojca. W drugim odcinku (w książkach była odwrotna kolejność) poznajemy przyczynę problemów psychicznych bohatera. W kolejnych odcinkach będziemy widzieli go zmagającego się na przemian z trzeźwością, alkoholizmem i sprawami rodzinnymi.

To wszystko ogląda się świetnie z wielu powodów. Benedict Cumberbatch jest absolutnie poruszający w roli, która jest nieprawdopodobnie wymagająca – Patrick Melrose to nader skomplikowany intelektualista z bogatej rodziny, który lubuje się w bon motach, jest mistrzem sarkazmu i przede wszystkim dąży do autodestrukcji. Cumberbatch zdaje się rozumieć tę postać dogłębnie – tak jakby urodził się tylko po to, by ją zagrać.

Powieści Aubyna zachwycają mistrzowskim językiem i psychologiczną przenikliwością, stąd stworzenie z nich zajmującego serialu czy filmu było diabelnie trudną sztuką. Jednak scenarzysta David Nicholls oraz reżyser Edward Berger słusznie postawili na zwięzłość – wyłuskali wszystko, co nadawało się do pokazania na ekranie, mądrze omijając nieprzekładalne elementy. To też formalne cacko – uwodzi przede wszystkim paleta barw, która w każdym odcinku jest trochę inna. Czytać książki i oglądać adaptację – to rzadko spotykane combo.

Fot. FX Networks

01. Zawód: Amerykanin (6. sezon)

Przez 6. sezonów ten wybitny serial o dwójce sowieckich agentów szpiegujących amerykański rząd w latach 80. nie cieszył się taką popularnością wśród widzów, na jaką zasługiwał. Jest to sporym szokiem, bo jest zaledwie parę produkcji telewizyjnych, które są jednocześnie tak frapujące w treści, okrutne i zniuansowane na tylu płaszczyznach (kwestie tożsamości bohaterów, ich rozterki moralne i rodzinne, powinność wobec ojczyzny, kontekst historyczny).

Powodem tego był zapewne fakt, że nie jest to szczególnie widowiskowa rzecz – owszem, odnajdziemy w „The Americans” sporo akcji, ale nie ona jest sednem serialu. Jego moc i intensywność wynikała przede wszystkim z wiarygodnie zarysowanego dylematu bohaterów, którzy muszą godzić życie w Ameryce z pracą wymagającą od nich zabijania ludzi i wykradania ważnych informacji, nie dając się przy tym złapać FBI.

Duet aktorski Matthew Rhys i Keri Russell był właściwie tak dobry jak James Gandolfini i Edie Falco z „Rodziny Soprano”. W 6. sezonie, niesamowicie inteligentnie poprowadzonym przez twórców, udało się uniknąć pułapki, która pogrążyłaby ich całą wcześniejszą pracę – wszystko metodycznie zmierzało do zakończenia, które było skrajnie dobijające i jeszcze długo po seansie nie pozwoliło o sobie zapomnieć. Jeżeli wieńczyć coś, to w taki sposób, jak zrobiono to tutaj.

P.S. Nieobecność pewnych pozycji na liście wynika albo z chwilowego braku zainteresowania nimi (np. wciąż nie chce mi się sięgać po „Ozark”) albo z lenistwa (obiecuję sobie, że ruszę mocniej z „Zadzwoń do Saula”, ale jakoś nie wykroczyłem poza pierwszy sezon).

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Uwielbia kino wszelkiej maści (Od Cronenberga po Bressona), seriale, literaturę, muzykę i tenis. Pisał m.in. dla Antyradia, naEkranie, naTemat, Stopklatki i Esquire’a.