Opanowanie świata przez smartfony można uznać za rewolucję. Pierwszy iPhone pojawił się w 2007 roku i chociaż wcześniej na rynek trafiały inteligentne telefony, to właśnie od premiery z udziałem Steve’a Jobsa branża zaczęła się dynamicznie zmieniać. Wystarczyło kilka lat, by sektor IT doznał głębokich przeobrażeń: jedni giganci stracili na znaczeniu, ich miejsce zajęli inni, czasem dokonywali tego w spektakularny sposób. Może się wydawać, że 11 lat to niewiele, ale gdy spojrzymy na świat sprzed iPhone’a i ten obecny, to… Oj, sporo się zmieniło.

Smartfon jest dobry na wszystko

Smartfon stał się gadżetem do bardzo wielu rzeczy. Chociaż niektórych oburza pewnie użycie w tym kontekście słowa „gadżet”. To bardziej pasuje do łyżki liczącej kalorie, niż do maszyny obliczeniowej, która jest w stanie zastąpić tak liczną gamę urządzeń. Dla niektórych to już po prostu komputer. A do tego odtwarzacz muzyki i filmów, aparat fotograficzny, asystent ćwiczeń, nawigacja, konsola, biblioteka… Byłbym zapomniał: ten sprzęt pełni jeszcze funkcję telefonu. Statystycznie dzwonimy coraz rzadziej, młodsze pokolenia pewnie zapomną o tym sposobie komunikacji.

Coraz mocniejsze podzespoły, coraz większe możliwości, ale… większość z nas i tak używa tego sprzętu do oglądania zdjęć kotów w internetach. I memów po meczach kadry piłki kopanej. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie przegląda Facebooka w komunikacji miejskiej, nie grał w Angry Birds w kolejce do lekarza, nie pstrykał selfie przy klatce z tygrysem (byle nie w samej klatce) albo na zamkniętym przejeździe kolejowym… Każdy lub prawie każdy powie, że smartfon przydaje się w pracy albo na uczelni, ale to często naciągane historie. Odebranie od kolegi linka do tekstu „10 rzeczy, które odciągają od biurka” trudno uznać za naprawdę pożyteczne.

Zostawmy to i uznajmy, że ten sprzęt jest przełomem. Lista jego zalet jest naprawdę długa. Nie od dzisiaj jednak wiadomo, że na plusach dodatnich świat się nie kończy.

Słów kilka o plusach ujemnych

Nie trzeba długo szukać, by poznać bolesne statystyki dotyczące korzystania ze smartfonów.

Kilka miesięcy temu Instytut Transportu Samochodowego informował, że nawet 1/4 wypadków na polskich drogach może być spowodowana używaniem telefonu komórkowego podczas jazdy.

Ale piesi nie są lepsi. Doszło do tego, że powstają dla nich specjalne chodniki czy przejścia przez ulicę, publikowane są kolejne kampanie zachęcające do tego, by patrzeć na szosę/chodnik, a nie w ekran smartfona. Nawet Tramwaje Warszawskie zaserwowały nam taki spot.

Przeginamy z inteligentnymi telefonami

Tak wynika z kolejnych badań. Z jednego dowiadujemy się, że Amerykanie średnio sprawdzają smartfon co 12 minut, z drugiego wynika, że przeciętny użytkownik dotyka tego urządzenia ponad 2600 razy w ciągu doby (a osoby naprawdę do niego przywiązane z łatwością przekraczają próg 5 tysięcy dotknięć), jeszcze inne mówi nam, że w ekran wpatrujemy się już nie minuty, ale godziny. Nie trzeba długo szukać, by dowiedzieć się, jaki odsetek społeczeństwa zasypia ze smartfonem w ręku i spogląda nań zaraz po przebudzeniu. Ile osób zabiera ten sprzęt do toalety, a ile używa go podczas uprawiania seksu. I nie są to małe liczby.

Niektórzy biją na alarm. Bo rośnie pokolenie, które bez smartfona nie poradzi sobie w życiu, bo to niezdrowe, niebezpieczne dla innych, bo psuje relacje międzyludzkie. Gdzie te imprezy, na których ludzie opowiadali sobie sprośne dowcipy (bezpośrednio)? Dzisiaj grupa znajomych siada w barze i wpatruje się w ekrany smartfonów. Kolejne statystyki dotyczą np. tego, ile osób próbowało ograniczyć używanie komórki, zyskać czas na inne zadania czy przyjemności. Okazuje się, że większość śmiałków tę próbę oblała. Przegrana sprawa (jeśli w ogóle będziemy do tego podchodzić w ten sposób)? Nie do końca.

Proste komórki sprzedają się coraz lepiej

Jeszcze w połowie obecnej dekady rynek smartfonów rósł bardzo dynamicznie. W niektórych krajach były to skoki o kilkadziesiąt procent. Cieszyli się producenci, dostawcy podzespołów, sprzedawcy. Ale ostatnie kwartały to już poważne hamowanie tego biznesu. Według firm analitycznych, w ubiegłym roku sprzedaż wzrosła o zaledwie 2 proc., a w tym prawdopodobnie skurczy się o 1 proc. Samsung i Apple zadrżą w posadach? Mało prawdopodobne – na rynek i tak trafi ponad 1,5 mld smartfonów. Firma z Cupertino zarobi fortunę, Koreańczycy pewnie też dorzucą coś do skarbca. Ale wszyscy będą się musieli bardziej nagimnastykować, by osiągnąć dobry wynik. Okazuje się, że i ten biznes nie jest z gumy.

Na tym tle intrygująco brzmią doniesienia z segmentu feature phones (zwanych też dumbphones), czyli prostych komórek, tych przypominających modele, na których 15 lat temu graliśmy w węża. Tych, które na jednym ładowaniu wytrzymywały nawet kilka tygodni pracy. Otóż ten rynek w roku 2015… urósł o 5 proc. Sprzedano 450 mln prostych komórek. Wpłynęło na to przynajmniej kilka czynników. Trzeba pamiętać, że w niektórych państwach ludzi wciąż nie stać nawet na smartfona ze średniej półki. Nierzadko wolą lepszy jakościowo dumbphone, niż najtańszego smartfona. Do tego dochodzi wytrzymała bateria (bo energia elektryczna jest w wielu miejscach dobrem luksusowym) czy polityka operatorów.

Biznes okazał się na tyle ciekawy, że Alphabet („matka” Google) zainwestował 22 mln dolarów w KaiOS – firmę tworzącą oprogramowanie dla prostych komórek. Okazuje się, że internetowemu gigantowi nie wystarcza Android i dominacja w świecie smartfonów: chce też mieć pod kontrolą te proste słuchawki. A to może oznaczać, że ich los nie jest przesądzony. Nie musi być tak, że wraz z bogaceniem się społeczeństw w krajach wschodzących, wszyscy machną ręką na prostsze modele. Wtedy my wyciągniemy po nie rękę…

Dla dziecka, babci i hipstera

Przybywa osób, które zastanawiają się nad tym, jak by to było wrócić do prostej komórki. Serio. Jeśli nie znajdziecie ich w swoim otoczeniu, można poczytać wyznania takich śmiałków w Sieci. Najciekawszym wnioskiem z lektury jest chyba ten dotyczący jakości tanich komórek. Są ponoć gorsze od sprzętu sprzed 15 lat. Może to idealizowanie doświadczeń z przeszłości, a może… rynkowa rzeczywistość. Przecież dzisiaj świat szaleje za iPhonem X, a nie „batonową” Nokią, więc ta ostatnia może mieć niedociągnięcia. Ba, funkcjonalność takiego sprzętu może pozostawiać wiele do życzenia. Twórcy wyjdą z założenia, że klient szuka czegoś prostego. W domyśle tandety. Babcia nie zauważy różnicy, dziecko i tak prędzej czy później ten sprzęt zniszczy lub zgubi i będzie chciało smartfona. Aż tu nagle…

Słyszeliście o Light Phone?

Projekt wypłynął w ubiegłym roku: w ramach crowdfundingu próbowano zebrać pieniądze na stworzenie bardzo prostego telefonu. Bardzo prostego. Miał dzwonić, wysyłać SMSy i robić za budzik. Szaleństwo? Może. Ale chętni się znaleźli, sfinansowali ten pomysł. To zachęciło twórców do kolejnych kroków, a tegoroczna zbiórka na Light Phone 2 zakończyła się jeszcze ciekawiej: w serwisie Indiegogo pozyskano ponad 2 mln dolarów. Złośliwi powiedzą, że ten sprzęt bardziej przypomina kalkulator niż telefon. Słowa krytyki pojawią się pewnie za krótki czas pracy na jednym ładowaniu (akurat to przybliża go do smartfonów). A lawina żartów ruszy, gdy spojrzy się na cenę – w detalu ma to być 400 dolarów. Zbliża się niebezpiecznie do modeli z najwyższej półki. I mimo to są chętni…

Można dojść do wniosku, że to po prostu zabawka dla hipsterów. Niewielka grupa ludzi w Nowym Jorku, Berlinie i Warszawie pokaże, że iPhone’a odstawili i teraz świetnie im się żyje z prostą komórką z ekranem E Ink. Nisza, którą trudno zauważyć. Jednak może się ona wpisywać w szerszy trend. Bo pomysłów podobnych do Light Phone 2 przybywa, pojawiają się kolejne firmy, które proponują nam proste komórki dobrej jakości. Jest popyt, będzie podaż. Jeśli ktoś szuka sprzętu za kilkadziesiąt złotych, to go znajdzie. Jeśli pojawią się chętni na mocno ograniczony telefon za 2 tysiące złotych, ich prośba też zostanie spełniona. Do łask mogą wrócić telefony z klapką i modele z wysuwaną klawiaturą. W kolejce do lekarza znów zobaczymy węża w najprostszej postaci.

Ciekawe, ile osób pójdzie na taki detoks…?

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Lubi gotować i jeść, interesuje się przeszłością i przyszłością. Jeśli akurat nie pisze, pewnie siedzi w kinie.