Szukaj

Szukamy najgorszych miejscówek na urodziny

Fot. Gades Photography

Uwaga na selekcjonerów, absurdalne przepisy, a nawet… duchy. To wszystko może przeszkodzić wam w świętowaniu

Szykujecie sobie trzydziestkę, czterdziestkę, a może nawet pięćdziesiątkę? Dobrze wszystko przemyślcie. Jedna nierozważna decyzja, a zamiast superimprezy zaliczycie wpadkę, którą będziecie rozpamiętywać przez kolejnych trzydzieści, czterdzieści, a nawet pięćdziesiąt lat. O ile oczywiście przeżyjecie. I nie mowa tu o ekscesach rodem z „Kac Vegas”. Po prostu niektóre miejscówki na urodziny są kiepskie albo wręcz śmiertelnie groźne.

Selekcja nienaturalna

Niedawno koleżanka postanowiła znaleźć super miejsce na urodziny nad Wisłą. Wybrała elegancki klub, mający renomę. Przełknęła jakoś fakt, że z góry musiała zadeklarować, jaką minimum kwotę wyda podczas imprezy (i nie była to suma symboliczna). Trudno, w końcu klub musi się utrzymać. Gorzej, gdy okazało się, że selekcjonerzy zastrzegają sobie prawo do niewpuszczenia osób, które nie przypadną im do gustu. I nie mowa tu o osobach, które przyjdą w adidasach albo w ortalionowych dresach i mokasynach. Selekcjonerom może nie spodobać się wizerunek, wygląd, sposób zachowania. Czyjaś twarz może być „zniechęcająca” dla innych bywalców klubu. Czyli na przykład zbyt stara, zmęczona i pomarszczona – co może się przecież przydarzyć pięćdziesięciolatkom mającym za sobą ćwierć wieku pracy w korpo.

Tu w głowie organizatorki urodzin zapaliła się ostrzegawcza lampka. Prawdziwy alarm wybuchł jednak, gdy uświadomiła sobie, że selekcjonerzy mogą nie wpuścić do klubu nawet… jej samej. Nikt przecież nie powiedział, że jubilata nie obowiązują wydumane reguły narzucone w klubie. Wyobrażacie sobie taką porachę? Tak już moja koleżanka bawić się nie chciała. Wybrała miejsce bezpieczniejsze. Mniej modne, ale bardziej swobodne.

Stypa zamiast urodzin

Inne miejsce w Warszawie, inna katastrofa wisząca nad głową świętujących niczym miecz Damoklesa. W centrum stolicy jest pewna elegancka lokalizacja, w której mieściło się już wiele knajp. Nazwy i właściciele się zmieniają. Wnętrza też. Kuchnia również. Niezmienna pozostaje tylko opinia, że „w tym miejscu jest fajny lokal”. Lecz skoro to miejsce jest takie świetne, dlaczego nic nie może tam dłużej się utrzymać?

Rozgryzła to inna znajoma. Kosztowało ją to trochę zdrowia i nerwów. Była w owym „fajnym lokalu” i… się zatruła. Czuła się fatalnie. Druga osoba, która bawiła się razem z nią, omal nie wylądowała w szpitalu w stanie przedzawałowym. I to wcale nie z powodu przemęczenia balangowaniem. Kiedy rozmawiała o tym z przyjaciółką, okazało się, że ta przeżyła w „fajnym lokalu” coś podobnego. Nazywał się wtedy inaczej, jednak chorowało się po nocy w nim spędzonej całkiem podobnie…

Czyli miejsce, które nie służy smakoszom. Puenta znajomej była jednak dość szokująca.

Dowiedziała się, że w budynku, w którym mieścił się lokal… kilkadziesiąt lat wcześniej doszło do zbrodni wojennej. Zginęły dziesiątki, może setki ludzi. „Zła energia” – powtarzała znajoma – „Zła energia. To dlatego”.

Wierzyć, nie wierzyć? Lepiej nie ryzykować. Może zła energia nie istnieje, lecz kiedy informacja się rozniosła, nikt nie będzie już jadł w „fajnym lokalu” z czystym sumieniem. Zawsze będzie jakiś absmak. Oczywiście możecie nie pytać i nie chcieć wiedzieć. Co jednak, gdy podczas imprezy okaże się, że któryś z gości słyszał o rzekomej tajemnicy „fajnego lokalu” i puści ją w obieg? Urodziny zamienią się w stypę.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl, dziennikarzem, pisarzem, prowadzi bloga „Historyjki”, który można odwiedzić na adamweglowski.wordpress.com

Czytaj więcej

×

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Dowiedz się więcej