Spotykamy się w boksie crossfitowym na warszawskim Mokotowie, gdzie Staszek trenuje kilka razy w tygodniu. Z przerwą na granie i śpiewanie. Jak sam mówi, miłość do sportu i muzyki odziedziczył po rodzinie – tata Jan Karpiel-Bułecka jest skrzypkiem, a wujek Andrzej Bachleda-Curuś – olimpijczykiem i medalistą mistrzostw świata w narciarstwie alpejskim.

Od jak dawna trenujesz crossfit?

Już trzeci rok. Szybko to zleciało.

Dlaczego crossfit?

Kiedy po raz pierwszy trafiłem do warszawskiego boksa CrossFit Mokotów, szybko zorientowałem się, że intensywny trening w grupie sprawia, że łatwiej się motywuję. Ćwicząc razem, po prostu bardziej się chce. Wcześniej sporo czasu spędzałem na siłowni, ale nie ukrywam, że w końcu zaczęło mnie to nudzić. Od czasu do czasu jeszcze wpadnę na siłkę, bo lubię się ruszać, mam pieprz w tyłku i nie wyobrażam sobie dnia bez ruchu. Jednak to crossfit jest sportem, który daje mi najwięcej. W boksie robi się wszystko – od treningu wydolnościowego, przez gimnastykę, po siłę. Treningi się nie powtarzają, nie ma więc możliwości, aby się znudziły. Do tego dochodzi fajne towarzystwo. Na Mokotowie mamy mocno trzymający się mokotowski team. W takich warunkach naprawdę dobrze się trenuje.

Przekładają ci się te treningi na narciarstwo?

Zdecydowanie tak. Okej, siłownia też jest ważna, bo jednak nie powinno się rezygnować z ćwiczeń izolowanych, zwłaszcza jeżeli chce się uzyskać sylwetkę kulturysty. Jednak to właśnie praca nad balansem i mięśniami głębokimi pozwala osiągać lepsze rezultaty na nartach. Podczas treningu crossfitowego pracuje się dużo z ciężarem własnego ciała. Robimy przysiady na jednej nodze, pompki w staniu na rękach. Do tego można dodać obciążenie, a podczas zawodów wkrada się jeszcze rywalizacja między kumplami, rośnie motywacja i – siłą rzeczy – wyniki.

A sam przygotowujesz się jakoś specjalnie do sezonu zimowego?

Nie. Nigdy tego nie robiłem. Od około dziesięciu lat mieszkam w Warszawie i staram się ćwiczyć na bieżąco, by cały rok być w formie. Niebawem wracam na południe, gdzie również czeka mnie dużo sportu – będę trenował, biegał po górach i jeździł na nartach. Zawsze jestem gotowy do nart.

Co polecasz osobie, która wybiera się właśnie na narty po roku spędzonym za biurkiem w pracy?

Przede wszystkim o przygotowaniu się do ferii na nartach trzeba zacząć myśleć przynajmniej ze dwa–trzy tygodnie przed wyjazdem. Po pierwszym takim treningu pewnie pojawią się zakwasy. I tu ważne, aby od razu nie odpuszczać. Rozumiem, że trening z bolącymi mięśniami nie jest prosty, ale własnego doświadczenia wiem, że warto zagryźć zęby i zakwasy roztrenować. I znowu może się tu przydać crossfit. Każdy amator może wpaść do boksa i popracować nad techniką poprawnego przysiadu, siłą brzucha i pleców. W ogóle zresztą fajnie jest się ruszać. Tym bardziej, że osobom, które pracują i przy komputerze i mają mało ruchu grozi problem nadwagi i otyłości. Trzeba się po prostu ruszać, trzeba trochę ruszyć swoją krwią.

Stanisław Karpiel-Bułecka

fot. archiwum Staszka Karpiela-Bułecki

Czy jeżeli ktoś ma problem z nadwagą, narty są sposobem na zrzucenie kilogramów?

Nie do końca. Schudnąć można, uprawiając narciarstwo skitourowe. To piękna dyscyplina, która łączy przyjemne z pożytecznym. Szczególnie spodoba się tym, którzy – tak jak ja – nie kochają biegania. Narciarstwo skitourowe daje też możliwość podziwiania niesamowitych górskich widoków. Poza tym nie trzeba przecież jeździć na nartach, aby zgubić kilogramy w górach. Coraz więcej ludzi chodzi i spaceruje po Tatrach. Sam się dziwie, widząc, jak wielu turystów podchodzi pod Kasprowy. Sam uwielbiam chodzić po górach, zwłaszcza zimą.

Kiedy zaczynasz sezon narciarski?

Jak tylko spadnie pierwszy śnieg! Co roku oficjalnie zaczynamy nowy sezon, wychodząc na skitourch na Kasprowy – nawet kiedy trasy nie są jeszcze przygotowane, a wyciąg jest jeszcze zamknięty. W zeszłym roku udało nam się tego dokonać już z końcem października. W tym roku śnieg spadł znacznie później. Zazwyczaj zresztą wystarcza nam dosłownie 15–20 centymetrów śniegu i już się pchamy w góry. Oczywiście nie jest to dobry pomysł dla początkujących narciarzy. Przy pierwszym śniegu łatwo złapać kosodrzewinę, a to nie jest przyjemne. U mnie w zeszłym roku takie spotkanie z rośliną zakończyło się na szczęście tylko połamaniem nart. Zawsze jednak lepiej złamać narty niż nogi.

Miałeś kiedyś jakąś poważną kontuzję?

Odpukać – nie. Dla mnie zawsze w każdym sporcie, zwłaszcza narciarstwie freeridowym najważniejsze jest bycie przygotowanym siłowo. Nie ma co ukrywać, przed włożeniem nart trzeba mieć pewność, że mięśnie są odpowiednio obudowane. Miałem kolegów, którzy się tym nie przejmowali, a potem wypadały im barki, psuły się łokcie i zdarzały inne kontuzje. Wiadomo, jak człowiek jest młody, ma fantazję i chce skakać i skakać. Ale przygotowanie musi być na sucho. Trzeba sobie po prostu zbudować pancerz.

Ciągle bawisz się we freestyle?

Taka jazda jest już niestety na boku. Nie ma co się oszukiwać, to trochę jednak przechodzi z wiekiem. Teraz pociąga mnie zdecydowanie bardziej freeride. Trasa jest zawsze inna. To co widać z dołu, czasami nie ma nic wspólnego z tym, co się zastaje na górze co daje urozmaicenie i wiele wyzwań. Poza tym trzeba dobrze przewidywać różne zagrożenia – lawinowe i pogodowe. Freestyle to wymagająca i piękna dyscyplina i zdarza mi się skorzystać ze snowparku, ale to już nie jest tak dużą częścią mnie.

Każdy może spróbować freeride’u?

Obserwuję, że nawet osoby, które dopiero zaczynają przygodę z narciarstwem, szybko rzucają się na puch. To pewnie wynika ze sprzętu, który mają do wyboru. Jazda na nowoczesnych nartach jest łatwiejsza, a to kusi do ryzyka. Zawsze jednak powtarzam, że najpierw trzeba się nauczyć jazdy na stoku, a dopiero potem pchać się poza trasę. Dla mnie wyznacznikiem dobrego narciarza jest właśnie to, czy umie zjechać w każdych warunkach. Raz jest beton, innym razem lód, a jeszcze innym za dużo śniegu. Z każdą taką sytuacją trzeba sobie umieć radzić.

fot. z Archiwum Staszka Karpiela-Bułecki

Próbowałeś skakać na nartach?

Próbowałem! Dosłownie trzy lata temu skoczyłem po raz pierwszy na igielicie ze skoczni. Muszę ci powiedzieć, że gdybym wcześniej wiedział, że to takie uczucie, inaczej zaplanowałbym swoją przyszłość. To było fantastyczne! Zresztą oceniał mnie sam Adam Małysz z ekipą. Teraz muszę jeszcze spróbować na śniegu.

Miałeś profesjonalny kombinezon?

Tak, dostałem od mojego kuzyna, byłego skoczka narciarskiego. Niestety podczas skoku kombinezon pękł, ale cóż – chłopaki ważą po 40–50 kilogramów, a ja trochę więcej.

Gdybyś więc miał zostać skoczkiem, trzeba by się było pożegnać ze sztangą…

Niestety tak. Chociaż skoczkowie mają bardzo silne nogi. Chuda noga nie znaczy, że słaba. Pomimo niedużej masy (skoczkowie ważą około 50–54 kilogramów, co to jest dla chłopa?), a na nogi biorą po 150 kilogramów. Za to ich podziwiam.

Stanisław Karpiel-Bułecka

fot. z archiwum Staszka Karpiela-Bułecki

Na desce też jeździsz?

Jeżdżę, bo każdy narciarz potrafi jeździć na snowboardzie. Trudniej jest w drugą stronę. To dlatego ja zawsze uczę dzieci najpierw opanowania jazdy na nartach.

Już ze 30 lat uprawiasz sporty zimowe, prawda?

Prawda, choć początkowo wcale nie chciałem jeździć na nartach. Kiedy jako dzieciak posadzono mnie na nartach, buntowałem się. Musiałem sam do tego dorosnąć. Zawsze byłem indywidualistą i wszystko robiłem po swojemu. Stąd moje zainteresowanie narciarstwem freeride’owym. Dawniej patrzono na nas jak na wariatów, a dzisiaj to normalna olimpijska dyscyplina. Szkoda, że Polska nie ma reprezentantów na igrzyskach, choć mamy przecież dobrych zawodników. Mój rodzony brat Szczepan jest 8-krotnym mistrzem Polski. Choć już nawet nie liczę, bo za każdym razem, jak pojedzie na jakieś zawody, wraca z tytułem. Teraz młodzi mają zresztą większe możliwości. Mają od kogo i na czym się uczyć.

Obserwujesz, że zwyczaje polskich narciarzy też się zmieniają?

Tak i najfajniejsze jest to, że w końcu ludzie zaczęli zakładać kaski. Narty są jak samochody – coraz szybsze, lżejsze i jest ich coraz więcej. Ważne jest więc, że ludzie zaczęli mieć świadomość niebezpieczeństwa jazdy bez kasku.

Jakie masz plany zawodowe na najbliższy rok?

Cały czas gra i rozwija się mój projekt muzyczny Future Folk. W tym roku nagrywamy nową płytę. Dużo też jeździmy i koncertujemy. Dla mnie na pierwszym miejscu jeśli chodzi o priorytety pozostaje rodzina, a zaraz za nią muzyka i narty. Na szczęśnie jestem w sytuacji, która pozwala mi to wszystko łączyć. Sport i muzykę mam przecież w genach – muzykę po Karpielach, a sport po Bachledach. Mój wujek Andrzej Bachleda-Curuś był olimpijczykiem, a po zakończeniu kariery też poszedł w muzykę. W tym roku wracam też na dobre do Zakopanego, gdzie w końcu otworzę swój upragniony pensjonat i zostanę tam do grobowej deski.

Rozmawiał: Łukasz Załuski

 

Autor jest redaktorem naczelnym Sztos.pl, dziennikarzem popularnonaukowym i lektorem języka polskiego dla cudzoziemców. Publikował m.in. w „Focusie” i „National Geographic Traveler”. Po godzinach poci się w boksie crossfitowym lub maniakalnie ogląda serial „Nie z tego świata”. Insta @luke.zaluski