W przypadku takich filmów jak „Kursk” zawsze pojawia się to samo pytanie – jaki sens ma kręcenie historii, którą wszyscy doskonale znają? Już na samym początku twórcy muszą stanąć przed naprawdę trudnym zadaniem, by uczynić śmierć 118 osób z okrętu K-141 Kursk opowieścią, która nie tylko wstrząśnie trzewiami widza, ale być może powie mu coś nowego o tej zupełnie bezsensownej tragedii. Z jednej strony trzeba w niesztampowy sposób przedstawić ofiary i ich rodziny, a z drugiej przekonująco podkreślić fatalną postawę Rosji, która zwlekając z przyjęciem pomocy od m.in. Wielkiej Brytanii skazała na śmierć 23 marynarzy uwięzionych przez wiele dni na dnie morza. W filmie Thomasa Vinterberga rzecz jasna próbowano dokonać tych dwóch rzeczy, ale wyszedł z tego nijaki dramat na modłę Hollywoodzką, który tonie pod ciężarem klisz. Aż mi zęby zgrzytają, gdy oglądam tego typu produkcje.

Wydawałoby się, że Thomas Vinterberg, specjalista od dramatów psychologicznych (znakomite „Festen” i „Polowanie” z Madsem Mikkelsenem), bez problemu udźwignie tak ciężki temat, który jakby nie patrzeć, jest doskonałym punktem startowym do przeprowadzenia mocnej wiwisekcji psychologicznej ludzi tkwiących w beznadziejnej sytuacji. Marynarze muszą radzić sobie jednocześnie z przytłaczającą klaustrofobią, ograniczonymi zasobami żywności i powietrza, a także totalnym brakiem pewności, czy ktoś przyjdzie im na ratunek. Wręcz prosi się, by wejść w ich głowy.

Tego jednak nie uświadczymy tutaj. Vinterberg wydaje się nieszczególnie zainteresowany stroną mentalną marynarzy. Owszem, pojawia się parę scen, gdzie ich zachowanie jest dalekie od normy, ale nieszczególnie podnosi to ciśnienie samego filmu. Reżyser w swoim podejściu bardziej przypomina bezdusznego profesjonalistę, który miał dostarczyć odpowiednio wygładzony produkt („Kursk” ma zresztą kategorię PG-13). Można śmiało stawiać, że jest to efekt wpływu, jaki wywarł na całość Luc Besson, jeden z producentów.

Tym samym od pierwszej minuty „Kurska” stosowane są chwyty rodem z ckliwych melodramatów, które mają nas zbliżyć do bohaterów. Marynarze floty północnej żyją w mocnej komitywie. Choć nie mają zbytnio pieniędzy, to zrzucają się na wesele jednego ze swoich. To fajne chłopaki, bez żadnych wątpliwości. Najważniejsza z nich postać, czyli Mikhail Averin (Matthias Schoenaerts), prowadzi dość przyjemne życie ze swoją ciężarną żoną Tanyą (Léa Seydoux) i synem. Ich relacje zahaczają o idyllę.

Cały ten początek, który przy okazji wydaje się zaczerpnięty z o niebo lepszego filmu, czyli „Łowców jeleni” Michaela Cimino (na co wskazuje również zakończenie z pogrzebem), jest pozbawiony wszelkiego życia. Te postacie są do bólu stereotypowe – jakby ktoś je wyciął z gotowego szablonu. Jest lider grupy, jest wrażliwiec, jest kawalarz. Nawet, gdy przychodzi im zmagać się z ekstremalną sytuacją, odznaczają się niezwykłym heroizmem. Co więcej, to nie tyle niewinne ofiary, co prawdziwi męczennicy. Ugh. Koncepcja innych bohaterów jest podobnie banalna – mamy brytyjskiego kontradmirała z dobrym sercem (Colin Firth), jego przeciwieństwo, czyli kłamliwego admirała od strony Rosjan (Max von Sydow), czy wierzącą w ocalenie męża Tanyę Averinę. Same znane nazwiska, ale trudno mówić, by się jakoś popisali.

Nie pomógł fakt, że przyszło im też wygłaszać wyjątkowo sztuczne dialogi. Autorem scenariusza jest Robert Rodat, który niby ma na koncie „Szeregowca Ryana”, ale gdyby nie umiejętności reżyserskie Stevena Spielberga, to ten film byłby całkowicie nieoglądalny. Zresztą, cały ten pomysł z międzynarodową obsadą „Kurska” jest dla mnie idiotyczny. Choć wszyscy porozumiewają się po angielsku, to dlaczego niemiecki aktor gra rosyjskiego admirała, a francuska aktorka Rosjankę? Tu niestety wychodzi na jaw, że obraz skrojono przede wszystkim z myślą o zachodnim widzu.

Twórcy „Kurska” nie krępują się ze wskazywaniem palcem na winnego śmierci czekających na ratunek marynarzy. Co jakiś czas rzucane są uwagi o starym sprzęcie Rosjan, którzy co gorsza, mydląc oczy opinii publicznej i rodzin kłamstwami m.in. o tajemnicach państwowych, nie chcieli przyjąć pomocy z zewnątrz. Niestety nawet aspekt polityczny potraktowano po macoszemu, bo w filmie w ogóle nie pojawia się Władimir Putin, dla którego zatonięcie K-141 było przecież pierwszym poważnym kryzysem w jego prezydenturze. Zatem nawet krytyka wydaje się w zaskakujący sposób wybielona. To tyle z prawdy historycznej.

Koniec końców, „Kurs” to profesjonalnie wykonana robota filmowa, ale niestety kompletnie nie działa jako dramat. To rodzaj prestiżowej produkcji, którą przeważnie oglądamy w kinach pod koniec roku, czyli tuż przed ogłoszeniem nominacji do Oscarów. Takie obrazy przedstawiają z założenia poważną tematykę, mają szlachetną wymowę i szczycą się doborową obsadą (w „Kursku” grają zarówno nominowani do nagrody Akademii Filmowej, jak i zdobywca statuetki).

W przypadku historii Kurska potrzeba było czegoś zupełnie innego. Ostatnie chwile tych ludzi były zapewne absolutnym horrorem, ale w filmie tego nie widzimy. Tak naprawdę tylko parę minut dostarcza jakieś napięcie. Vinterberg zbyt często skupia swoją uwagę na bohaterach przebywających na powierzchni, przez co możemy zapomnieć o jakimkolwiek klimacie. Stąd zamiast iść do kina, to już lepiej sobie odpalić „Okręt” Wolfganga Petersena, „Karmazynowy przypływ” Tony’ego Scotta czy „K-19” Kathryn Bigelow – tam przynajmniej czuje się jakieś emocje.

Ocena: 3/10

„Kursk” można obejrzeć w polskich kinach od piątku 14 grudnia. Jeśli ktoś faktycznie zamierza się wybrać na ten film, to warto zrobić to 15 lub 16 grudnia, bo w te dni bilety będą wyjątkowo tanie. Wszystko za sprawą Święta Kina.

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Uwielbia kino wszelkiej maści (Od Cronenberga po Bressona), seriale, literaturę, muzykę i tenis. Pisał m.in. dla Antyradia, naEkranie, naTemat, Stopklatki i Esquire’a.