Szukaj

Wiemy, gdzie spędzisz kolejne wakacje! Oto największe podróżnicze sztosy 2019 roku

Todd Wells walks through some beautiful eastern Iceland scenery on June 23, 2015
Latem czy zimą. Islandia jest dobrą opcją wakacyjną o każdej porze roku. (Fot. Eric Parker / Red Bull Content Pool)

Listę turystycznych hitów na przyszły rok ujawniło „Lonely Planet”. Niebawem podobny zestaw dorzuci „National Geographic”, a własne TOP 10 ułożą blogerzy siedzący w temacie. W Polsce to jednak nie media ani influencerzy wyznaczają trendy, tylko trójka dyktatorów podróżniczej mody: Ryanair, Wizz Air i LOT.

Już w październiku największy magazyn dla turystów „Lonely Planet” wypuścił listę „Best in Travel 2019”.Na liście znalazło się 10 krajów, które w przyszłym roku będą „hot”. Są to Sri Lanka, Niemcy, Zimbabwe, Panama, Kirgistan, Jordania, Indonezja, Białoruś, Wyspy Świętego Tomasza i Książęca i Belize. Zdziwieni? I słusznie.

Ja też nie do końca rozumiem, jakie były kryteria dla znalezienia się w tym gronie. Wygląda na to, że na tegoroczną listę best of trafiły przede wszystkim miejsca których nie było na… liście zeszłorocznej. Ani na tej sprzed dwóch lat. I to już wydaje się podejrzane, bo trendy w turystyce rozkręcają się ciut wolniej niż w świecie designu czy mody.

Podróżnik musi przetrzeć szlak i zostawić wskazówki pozostałym. Wśród włóczykijów idzie hype, że jest taka spoko miejscówka dla sprytnych. Ale im więcej ich tam zjedzie, mniej sprytnym trzeba być. Miejscowi pozakładają biura podróży, pobudują hostele, porobią knajpy z obsługą po angielsku. A na koniec jakaś linia lotnicza uruchomi tam bezpośrednie loty. Trwa to kilka lat. Nie wykreuje tego ot tak kolejny film Woody’ego Allena osadzony w ładnym mieście. Prawdziwym game-changerem są właśnie połączenia lotnicze, szczególnie te tanie. Dlatego jeśli chcecie pojechać w modne miejsce, które zaraz będzie bardzo modne., zobaczcie dokąd niedawno zaczęli zabierać nas polscy dyktatorzy podróżnej mody, czyli Ryanair i Wizz Air. No i trochę również LOT.

Dlatego dziś – zamiast listy hitów od czapy – 5 prawdziwych trendów na 2019 rok.

1. Bliski Wschód

All Inclusive w Egipcie z przejawu luksusu stał się synonimem obciachu, a rewolucje w arabskim świecie wystraszyły wczasowiczów z tego regionu, ale powoli tam wracamy. Zaczęło się od Izraela, który cieszył się umiarkowanym powodzeniem póki nie pojawiły się przeloty poniżej stówy w jedną stronę. Śledzę po internetach sporo wędrujących ludków i ubiegłej zimy regularnie ktoś witał Facebooka radosnym „szalom!” prosto z Tel Awiwu. Dziś polecieć tam można bezpośrednio nawet z Wrocławia i Lublina.

W tym roku dzieje się podobnie tylko z Jordanią, dokąd zaczął właśnie latać Ryanair. Połączenia z Warszawy i Krakowa do Ammanu ruszyły miesiąc temu, a na mój feed w Instagramie co rusz wskakują widoki z Petry i pustyni Wadi Rum. Przypadek? Tymczasem LOT zapowiedział, że w czerwcu przyszłego roku rusza z nowym połączeniem do Libanu. Od dwóch lat mamy też możliwość polecieć Wizz Airem z Katowic do Dubaju, nieco taniej niż z Emirates. Nie każdy kocha to miasto przyszłości, ale z niego jest juz tylko rzut beretem do Omanu. To jeden z tych krajów, które dopiero będą modne.

Izrael Morze Martwe

Morze Martwe to wielki leczniczy basen z bardzo słoną wodą. (Fot. Jason Jones)

2. Południowe nie-stolice Europy

Długo stałeś w kolejce do Koloseum? Wieżę Eiffla odpuściłem sobie, bo tłumy i drogo? Pewnie postanowiłeś wrócić kiedyś po sezonie, ale jakoś się tak nie składa? Doskonale to rozumiem.

Tymczasem na forach poświęconych promocjom, co bardziej oblatani ludzie skaczą z radości, gdy Ryanair lub Wizz Air ogłasza, że jego siatka połączeń wzbogaca się o Neapol, Porto, Walencję, Bari, Niceę, Saloniki, Malagę… Może te miasta mają odrobinkę mniej atrakcji niż Rzym czy Barcelona, ale na deptaku nikt nie wydłubie ci oka selfie stickiem. Jest taniej i nie tak bardzo na pokaz. Klimat w lokalnych knajpach wydaje się taki lokalny właśnie. A miasto po kilku dniach staje się twoje, własne. I naprawdę masz ochotę tam wrócić.

Porto, Portugal

Z roku na rok Porto goni Lizbonę w wyścigu o najpopularniejsze portugalskie miasto. (Fot. PortoBay Experiences)

3. Nie tak daleka Północ

Polski jest drugim najczęściej używanym językiem na Islandii. To zasługa naszych emigrantów, którzy najechali tą mało zaludnioną wyspę. Kilka lat temu musieli kursować między „pracą” a „domem”, latając przez Niemcy albo Anglię. Aż w końcu Wizz Air zwietrzył interes i uruchomił bezpośrednie połączenie. Dobrze przewidywał, że brakujące miejsca w samolotach wypełnią turyści ciekawi lodowej wyspy.

Od tej pory na przynajmniej połowie polskich blogów podróżniczych pojawiły się relacje z grupowych survivali na tym krańcu Europy, pokazują przy okazji, że fajny wypad to nie tylko fiesta i siesta. Hygge i lagom też dają radę. Dziś na Islandię możesz polecieć bezpośrednio z czterech polskich lotnisk. Ostatnio pojawiły się też loty do Tromsø w Norwegii (to jeszcze dalej na północ nią Islandia). Dla zmarzluchów jest też opcja mniej surowa, ale osadzona w podobnym klimacie. Przybyło bowiem połączeń ze Szkocją i Irlandią w całkiem przystępnych cenach.

Islandia

Islandię najlepiej przemierzać w pojazdach z napędem na cztery koła. (Fot. Michael McCarthy)

4. Ukraina (+ Gruzja i Kazachstan)

Podobna historia, co z lotami na Islandię, wydarzyła się też z nagłym wzrostem liczby połączeń na Ukrainę – tylko że w drugą stronę. Pisałem o tym dwa miesiące temu we wrażeniach na gorąco z Kijowa, więc zainteresowanych odsyłam tam. Po tym jak przez wiele lat kręcił nas głównie Zachód i wypieraliśmy swoją wschodnioeuropejską część tożsamości, chyba w końcu zaczyna nas ona ciekawić. W podróżach po Ukrainie szukamy czegoś, co nas łączy z tym światem. Sporo osób ze zdziwieniem stwierdza, że czuje się tam jak w domu i przywozi moc dobrych opowieść, które zachęcają kolejnych niedowiarków…

Podobne doświadczenie oferuje Gruzja, która jest już właściwie turystycznym trendem na całego. Wizz Air otwierając parę dni temu bazę w Krakowie i ogłaszając 12 nowych tras dołożył już piąte bezpośrednie połączenie z Polski do Gruzji. Dla najbardziej ambitnych wschodofilów jest jeszcze Kazachstan. Dwa lata temu z okazji wystawy EXPO w jego stolicy Astanie LOT uruchomił tam bezpośrednie połączenie. Teraz co parę miesięcy z okazji „Szalonej Środy” wrzuca loty na tej trasie w cenie kilkuset złotych w obie strony.

Ukraina

Dzisiaj do Czarnobyla nie jeździ już tylko podróżnicza posthipsteria. Wycieczkę do zony specjalnej można łatwo zorganizować z pomocą wyspecjalizowanych biur. (Fot. Trey Ratcliff)

5. Łatwe do ogarnięcia tropiki

Bali, Sri Lanka, Kuba, Dominikana, Kenia, Gambia – te kierunki rozsypane po trzech kontynentach łączy tropikalny klimat, gorące plaże i rozbudowana infrastruktura na miejscu. Do niedawno wszystkie były raczej luksusowe, bo dotarcie tam z biurem podróży kosztowało niemało. Indywidualni turyści musieli dysponować drugą ważną walutą podróżników – czasem. Po tropikach da się podróżować tanio, tylko wtedy nie należy się spieszyć. Podczas backpackingu w Tajlandii można wydawać po kilka dolarów na dzień, siedząc w rajskich okolicznościach przyrody, ale dobrze jest przyjechać na miesiąc, albo trzy.

Tymczasem od kiedy z fabryki Boeinga przyfrunęły do Warszawy pierwsze Dreamlinery, szybko okazało się, po obsłużeniu LOT-owskich połączeń zostają im wolne moce przerobowe. Czarterują je więc biura podróży. Od paru lat na Bali da się polecieć bezpośrednio, niekoniecznie od razu biorąc w pakiecie hotelu z 4 gwiazdkami i 5 basenami. Biura sprzedają bowiem część miejsc w samolocie jako bilety czarterowe.

Przed chwilą znalazłem Gambię w obie strony za 1100 zł w obie strony (sam przelot). Wylot w piątek, powrót po dwóch tygodniach. Na kolejne terminy ceny są już „odrobinkę” wyższe.

I tu jest właśnie haczyk tych ofert – zwykle dotyczą tylko najbliższego lotu. Skorzystasz z nich, gdy masz szefa otwartego na spontaniczne urlopy, albo sam sobie szefujesz na freelansie. Tak czy owak, dobrze wiedzieć i warto spróbować.

Jamie O'Brien points at the view in Tahiti on March 19, 2018. (Fot. Domenic Mosqueira / Red Bull Content Pool)

Na Tahiti leci się przynajmniej dobę. Długą podróż i drogie bilety rekompensują jednak absolutnie sztosowe wrażenia. (Fot. Domenic Mosqueira / Red Bull Content Pool)

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl i dziennikarzem podróżniczym. Za dnia robi w branży PR. Po fajrancie zmienia się w zwolennika miejsc oddalonych od Warszawy – najchętniej o parę godzin lotu. Uwielbia po swojemu docierać w nieturystycznie rejony i opowiadać o tym. Przez lata publikował w magazynie „Podróże”. Teraz rozkręca własne podróżne projekty, m.in ten www.instagram.com/tamnicniema

Czytaj więcej

×

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Dowiedz się więcej