W moich felietonach było już o wódce, stekach i jedzeniu byczych jąder. Do kompletu brakuje jeszcze jednego męskiego tematu, a mianowicie ostryg. Uznałem, że trzeba go niezwłocznie poruszyć, tym bardziej, że redakcja Sztos.pl opublikowała niedawno alarmujący tekst o negatywnym wpływie palenia trawki na męskość. Rzecz o antidotum potrzebna więc pilnie.

Cynk w temacie ostrygi

O tym, że ostryga to afrodyzjak, wspierający nas w walce ze słabością w lędźwiach wszystkim pewnie wiadomo. Nie będę dociekał, czy Casanova jadł ich 50 czy 60 dziennie (raczej to drugie, bo ostrygi jada się krotnościami tuzinów), ani czy u podłoża nimfomańskich zachowań siostry Napoleona – Pauliny Bonaparte leżała wielka skłonność do tych małży. Dość powiedzieć, że ostrygi, czyli absolutne królowe afrodyzjaków dzięki sporej zawartości cynku mają pozytywny wpływ na poziom testosteronu.
Co w naszym, męskim przypadku oznacza testosteron poniżej normy, to pewnie wiecie. Nie bardzo nam się chce, a jeżeli już to niespecjalnie nam coś z tego chcenia wychodzi. Więc ostryga to wielki sprzymierzeniec i przyjaciółka faceta.

Porozmawiajmy o tej przyjaźni, by jak najmniej szorstką była. Dlaczego szorstką? Z jedzeniem ostryg ciągle jeszcze jesteśmy w Polsce na bakier. A i miejsc, gdzie można je spożywać nie jest za wiele. Przeprowadziłem kiedyś test ostryg serwowanych w Warszawie i opublikowałem na swoim blogu „top 5” kulinarnych spotów gwarantujących ostrygowe (a po nich i inne) rozkosze. Zbieranie materiałów do tej recenzji trwało dobry tydzień, do dziś wspominamy z łezką w oku w naszej sypialni. Część z tych miejsc już nie istnieje, ale kilka mogę ciągle polecać z czystym sumieniem. Zanim to uczynię, parę słów mogących pomóc w umocnieniu Waszych związków… z ostrygami.

Przez cały rok, zapieczone a nawet zdezynfekowane

Nie wierzcie, że ostryg nie można jeść w miesiącach letnich, a dokładnie od maja do sierpnia. Rzeczywiście w naturze w tym czasie ostrygi się rozmnażają, są tłuste i mają gorszy smak. Jednak te które kupujemy wtedy w sklepie czy restauracji, to ostrygi hodowane w taki sposób, by ich naturalny, biologiczny zegar nie zakłócał trendów całorocznego popytu.

Jeżeli surowe mięczaki to dla was wyzwanie większe niż bycze jądra, pamiętajcie, że możecie je zjeść zapieczone. Tak je podają w warszawskich restauracjach: Mokotowska 69 („ostrygi Rockeffeler zapiekane z boczkiem, szpinakiem i parmezanem” za 39 zł) i Der Elephant („świeże ostrygi z pieca z czosnkiem i natką pietruszki lub sosem beszamelowym i serem” za 12/13 zł za szt.) W mokotowskim L’arc dostaniecie 3 niesurowe (bo w tempurze) „ostrygi z wędzonym węgorzem i marynowanymi grzybkami shimeji” za 59 zł.

Jeśli wasz strach przed glutowatym mięczakiem ma podłoże septyczne to możecie połączyć „przyjemne z pożytecznym” i w którymś z Ed Redów dziabnąć „Oyster shooter”, czyli ostrygę w pieprzowej wódce J.A. Baczewski za 24 zeta w komplecie. Królowa wciąż surowa, ale par excellence zdezynfekowana.

Najpierw smacznego, a potem udanego

Wierzę jednak, że tak jak dla mnie, tak i dla was prawdziwym sztosem jest ostryga wprost z morza. Otwarta jeśli nie własnoręcznie, to na waszych oczach, skropiona cytryną lub podana co najwyżej z jakimś zacnym czerwonym vinegrette z drobno posiekaną szalotką i kroplą sosu Worchester. Jeśli tak jest, to gnajcie do Port Royal, bo to miejsce w Hali Koszyki dalej wiedzie prym w ostrygowym serwisie, dając do wyboru czasem sześć, siedem różnych gatunków ostryg w cenie od 9 do 15 złotych za sztukę. Tanio nie jest, szczególnie jak to przemnoży się razy 12-cie, o 60-ciu nie wspominając. Oszczędni mogą pójść tropem Szefa Aleksandra Barona, który w swoim menu degustacyjnym w Zoni proponuje ostrygę serwowaną między innymi z kozieradką. Taka ostryga z turbodoładowaniem (kozieradka działa równie silnie jak sam małż) pozwoli na osiągnięcie podobnych efektów za mniejsze pieniądze.

Ale błagam! Nie posuwajcie się za daleko i nie odstawiajcie ostryg, pozostając wyłącznie przy tym zielsku. Ostrygożerstwo to nie tylko kwestia pożytku dla zdrowia związku, ale to przede wszystkim kwestia przyjemności dla podniebienia. Więc życzę najpierw smacznego a dopiero potem udanego…

 

Autor jest felietonistą sztos.pl, znawcą dobrej kuchni i wina, a także autorem bloga FoodSnob.pl. Polecamy!