Siadam do pisania tego tekstu z wewnętrzną niechęcią. Bo kto lubi kaca? Chyba tylko ten, co go nie miewa i kto z satysfakcją obserwuje męczarnie mniej odpornych kolegów z wczorajszej imprezki. Ja miewam. I to mimo długoletniego treningu, który zgodnie z porzekadłem powinien uczynić ze mnie mistrza. Nie uczynił, ale dzięki niemu i dzięki dość dobrej znajomości gastronomii warszawskiej przez te wszystkie lata niezasłużonych męczarni, doszedłem do tego, co mi na kaca pomaga najbardziej. I co ważniejsze gdzie to mogę znaleźć!

Kimchi jest dobre na wszystko. Z kacem włącznie

Wszystkie mądrale piszące dziesiątki postów na blogach i artykuły w serwisach zajmujących się zdrowiem rekomendują na początek wodę z sokiem z cytryny. Bo odwodnienie, bo uzupełnienie witaminy C ułatwiającej trawienie alkoholu, etc, etc. Oczywiście w sytuacjach kacowego kryzysu po wodę, jak pewnie większość z was sięgam. Ale witaminkę C uzupełniam w bardziej cywilizowany sposób. Kimchi! Kiszona na sposób koreański kapusta pekińska (na ogół z rzodkwią japońską, czosnkiem, cebulą, rzepą i zawsze z chilli) to nie tylko pyszota, ale i arcybogate źródło witaminy C oraz niezły probiotyk ułatwiający trawienie. A tego właśnie ofierze kaca czyli naszemu organizmowi potrzeba. Więc zamiast wyciskać cytryny, gnajcie do The Cool Cat TR i zamówcie do śniadanka kimchi w formie banchana.

Oczywiście możecie sięgnąć do źródeł i wpaść do Korea Town albo Miss Kimchi ale otwarte są dopiero od 12:00, co może oznaczać, że nie doczekacie i zejdziecie. Kacmeni bardziej konserwatywni mogą połączyć starą szkołę leczenia kaca z moimi radami i gnać już od 9.00 do Hali Koszyki na „Kimchi Donner” w wege kebabowni Keboom. Każda droga przez mękę kaca jest dobra, byle prowadziła do kimchi i witaminy C.

Potas wypłukany? No to pomidorem go!

To bydle alkohol (oczywiście, bydle tylko do pierwszego kieliszka „następnym razem”) wypłukuje z nas między innymi potas. Ja, zamiast żłopać pełen potasu sok pomidorowy, łącze przyjemne z pożytecznym i lecę do… no dobra powoli przesuwam się w kierunku miejsc z shakshuką. Przyjemne, nie za mocno ścięte, a więc lekko strawne jajeczka dostarczają białko i cysteinę, pomagającą usuwać toksyny i przyspieszającą metabolizm a pomidorki ładują potasem mój wytrawiony procentami organizm. Czujecie to? Już jest lepiej! Gdzie na shakshukę? Właściwie wszędzie. Może być wspomniany już The Cool Cat (wtedy koniecznie z kimchi) a jeśli nie reagujecie na kacu alergicznie na celebryctwo i hipsterstwo to wybierzcie się do któregoś z warszawskich SAM-ów. Tam dają legendarną wręcz shakshukę.

Pierwsza pomoc udzielona, czas na właściwe leczenie

Mimo, że od bolesnego przebudzenia minęło już trochę czasu, w porze obiadu wciąż możecie odczuwać brak wody w organizmie. Więc nie ma wyboru: zupka! W końcu obiad to ten kluczowy posiłek, który ma ostatecznie opanować kryzys w organizmie i postawić go na nogi.

Zupka? Tak, tak! wiem o czym myślicie. Żurek, ogórkowa albo wspomniany już rosołek mamusi. Mamusi, bo na żonę w waszym stanie raczej bym nie liczył. No cóż, ja na gotowanie mojej żony nie liczę niezależnie od stanu a rosołu nie lubię. Więc z godnością, w ciszy pełnej małżeńskiego, postkacowego napięcia daję się zawieść na ramen. Gdzie? Na ogół jedziemy albo do Omami albo do Arigator Ramen Shop. Jeśli mój stan wymaga jeszcze dalszego wstrząsu w Omami zamawiam „Korean ramen” lub „Spicy thai ramen” a w Arigator pałaszuję „Tantanmen ramen” z wieprzowiną na ostro, pac choy, jajkiem, naruto, sezamem i nori. Ale najczęściej dla złapania ostatecznej, postkacowej równowagi organizmu wciągam „Wantanmen ramen” z genialnymi warzywno-grzybowymi pierożkami wantan, szczypiorem, porem i kiełkami pak choi.

I jakby za sprawą czarów, piekło staje się niebem, Pani A. czyli żona znów jest rozmownym aniołem a organizm jest gotów do tego „następnego razu”. Czego sobie i wam życzę na zawsze życzę.

 

 Autor jest felietonistą sztos.pl, znawcą dobrej kuchni i wina, a także autorem bloga FoodSnob.pl.Polecamy!