Niektórzy z czytelników mojego ostatniego felietonu (tego o kacu) zarzucili mi, że teoretyzuję. Sugerowali, że moje rady to mogę sobie wsadzić w buty, bo na takie kace jak oni miewają, to te moje mądrości na nic. Twierdzili, że jak mają powódeczkowego kaca, to potrzebują pognać koło południa na szocika a nie na żadne sugerowane przeze mnie kimchi i to w dodatku (o zgrozo!) z rana.

Ani chybi d…a ze mnie nie pijak – pomyślałem – skoro na kacu jedzenie mi w głowie! Bo co to za picie i co to za kac, jeśli o dziewiątej rano mam siłę myśleć o kimchi, shakshuce i ramenie. No i mam kłopot! Bo jak tu w tym kontekście się przyznać, że ostatni, nieco przedłużony weekend wraz z moją A. (tym razem w roli anioła szofera) spędziłem na piciu wina? Nie dość, że wina, to jeszcze polskiego wina! A na domiar złego nie dość, że przez cały ten czas nie sięgnąłem po nic powyżej 17 proc. to jeszcze postanowiłem napisać o tym felieton! Ale trudno! Szlag trafi mój starannie kreowany „sztosowy” wizerunek, ale może to właśnie najlepszy czas na coming out.

Bo ja, proszę szanownych wolę wino

A dodatkowo, od kilku dni naprawdę doceniam polskie wino. Oczywiście to nie jest tak, że nie spotykałem się z nim wcześniej. Ale dopiero te 72 godziny pełne degustacji i rozmów z winiarzami podczas zielonogórskiego winobrania i w trakcie wizyt w winnicach sprawiły, że myślę o nim poważnie. Poważnie a w dodatku z przyjemnością! Bo polscy winiarze robią naprawdę niezłe wina. Oczywiście ogranicza ich i klimat i budowany dopiero od kilkunastu lat know-how, ale z każdym rokiem nie dość, że polskiego wina coraz więcej, to jest ono coraz lepsze.

Ile jest winnic w Polsce nie wie chyba nikt. Mówi się, że już prawie tysiąc, z czego dobrze ponad czterysta legalnie sprzedaje swoje wina. Wśród nich są prawdziwi potentaci mający 30 hektarowe winnice (Turnau, Srebrna Góra, Zabór) i produkcję na tyle dużą, by trafiać do sklepów. W przypadku tych mniejszych, sprawa jest trudniejsza, choć ich wina jest na tyle dużo, żeby ich butelki mogły znaleźć się w kartach win restauracji. I tam właśnie zamierzam was skierować, na być może pierwszą randkę z polskim winem.

Fot. Foodsnob.pl

Romansik z regentem lub rieslingiem

Mięsożerców pożądających steka kieruję do warszawskiego lub krakowskiego Ed Reda na jakiś porządny kawał mięsa pożarty w towarzystwie butelki Regent Riserva z Pałacu Mierzęcin. Testowałem to wino u źródeł tzn. w tamtejszej winiarni i uznałem za jedno z najciekawszych win z tego regionu. Jest średnio zbudowane ale z kawałkiem wołu sobie poradzi.

Miłośników lżejszej i bardziej finezyjnej kuchni odsyłam na Rozbrat 20. Delektując się wybornymi daniami szefa Bartka Szymczaka, możecie wejść w bliską relację między innymi z winami ze Starej Winnej Góry – winnicy Marka Krojciga . Jego „Riesling liryczny” wart jest grzechu. Ale jeśli wybierzecie danie pod wino czerwone tutejszy sommelier Adrian Górniak dobierze wam coś stosownego z dość dużej palety win polskich.

Równie dobrze zaopatrzony w polskie wina jest Winsky Wine’n’whisky bar w budynku Tides nad Wisłą. Formuła kreatywnych, polskich tapas przygotowanych przez szefa Mariusza Wołosewicza świetnie sprzyja konsumpcji wina. Z polskich winnic mają wina z Winnic Wzgórz Trzebnickich, Kępy Wiślickiej, Winnicy Wieliczka, Spotkaniówki, Winnicy Kresy i kilku innych.

Wreszcie prawdziwych i zamożnych hardcorowców zapraszam do warszawskiego Belwedere, w którym szef Sebastian Olma i sommelierzy Piotr Zieliński i Tomasz Marczak we wrześniu, w ramach miesiąca polskiego wina proponują pięciodaniowe menu z polskim wine pairingiem opartym między innymi na winach z Winnicy Płochockich i z Winnicy Wieliczka. Schrupać „Bliny na cieście drożdżowym z kawiorem i kwaśną śmietaną” w towarzystwie polskiego musującego wina Gostart z Winnicy Gostchorze to może być coś. Wszak jego producent pół Polak, pół Francuz Guillaume Dubois twierdzi, że jego wino, produkowane tradycyjną metodą szampańską nie ustępuje oryginalnemu szampanowi. Próbowałem, potwierdzam.

Kac kacowi… równy czyli pijcie (polskie) wino bez przerwy

Jakich czas temu na łamach Sztos.pl ogłosiłem, że wódka wkracza na salony. No cóż jak widać polskie wino nie zamierza być gorsze. A co do kaca, od którego zacząłem to wierzcie mi, że po winie bywa tak samo dokuczliwy jak po wódce. Po polskim niestety też. Tyle tylko, że jak jesteś na wine tourze po polskich winnicach to przez 72 godziny nie zdąży cię dopaść. Gdy jednak nieustający ciąg degustacji się kończy musisz się liczyć z najgorszym…

Więc jeśli ten felieton nie spełnia oczekiwań (to do was redaktorzy sztos.pl) to mam chyba wystarczające usprawiedliwienie, prawda? Szach. Mat. SZTOS.

Autor jest felietonistą sztos.pl, znawcą dobrej kuchni i wina, a także autorem bloga FoodSnob.pl. Polecamy!