Myśl, że  znów przychodzi „czas wódeczki” przyszła mi do głowy, gdy kilka tygodni temu trzeci raz z rzędu biegłem z domu  do pobliskiego kiosku Alkohole 24h, by kupić kolejne butelki przeźroczystego płynu dla gości tłumnie imprezujących na moim tarasie. Tarasie, który jak dotąd był głównie areną „winnych” zmagań. Nawet przy dużych imprezach dyżurna butelka Absoluta czekała do końca na chętnego, wśród dziesiątek, opróżnionych już butelek po prosecco, pinot griggio czy primitivo. Tym razem „nazajutrz” butelek z białego szkła było zdecydowanie więcej niż tych z kolorowego.  A ja uznałem to za znak czasu i natychmiast ruszyłem tropem tej tezy, szukając jej śladów w gastronomii warszawskiej.  Bo co jak co ale ta ostatnia żywo reaguje na wszelkie nowe trendy.

 

Wódka, bezsprzeczna królowa polskiej gastronomii XX wieku w obecnym stuleciu przechodziła różne zawirowania

Początek millenium zaznaczył się mocnym akcentem shot barów i barów typu „wódka i zagrycha”. Kto z was nie słyszał o kultowych „Przekąskach-Zakąskach” Piotra Gesslera? Kto nie pamięta tej całej lawiny podobnych przedsięwzięć pączkujących w większości miast Polski? Do dziś w Warszawie pozostało ich całkiem sporo: jest powiślański bar „Przekąski u Romana” – (u „tego” Romana – kultowego barmana z Przekąsek –Zakąsek). Są obie „Mety” (na Mazowieckiej i Foksal). Są wreszcie (chyba ze trzy) „Pijalnie wódki i piwa”. 

Z gastronomią mają one co nieco wspólnego ale nie liczyłbym na Waszym miejscu na rozkosze podniebienia. Być może martwię się o was trochę na wyrost, bo dziś, mam wrażenie, coraz częściej do tych miejsc prowadzi się wyłącznie znajomych spoza Warszawy a szczególnie zagranicznych gości.

Druga dekada obecnego stulecia lat to zdecydowanie lepszy czas dla miłośników dobrego jedzenia, któremu towarzyszy dobra wódeczka. Bodaj cztery lata temu swoje podwoje otworzyła restauracja Eliksir by Dom Wódki, w której chyba pierwszy raz w Warszawie serwowano dania z tzw. vodka pairingiem. Do każdego dania na życzenie podawano dedykowany mały shocik wódki.  A właściwie dwa: jeden przed konsumpcją a drugi po.  Jedzenie w Eliksirze było naprawdę świetne: bazujące na kuchni polskiej ale z bardzo nowoczesnym sznytem. Do dziś pamiętam niezwykły żurek popijany „Chrzanówką”, czy cudowne mielone w trzech postaciach z „Żubrówką” przed i „Pałacem Kultury” po.  Dania te ciągle są w karcie, ale że w międzyczasie zmienił się szef kuchni za jakość nie ręczę. Jednak karta wódek ciągle tu imponująca!

Gdzie zjeść i popić?

Za to tegoroczne lato przyniosło nam aż dwa nowe przybytki, gdzie da się zjeść w towarzystwie starannie dobranej wódki. Oba należące do tych  samych właścicieli, oba mieszczące się na terenach byłej fabryki wódki Koneser.

Pierwsze to czynny 24/7  Vodka Bar Wuwu , gastronomicznie firmowany przez znaną z Top Chefa Adriannę Marczewską. Wuwu to piękne miejsce, choć nad kuchnią urocza Szefowa ciągle jeszcze pracuje. Za to sąsiedzka Zoni z wybitnym szefem kuchni Aleksandrem Baronem porywa już teraz każdym detalem wnętrza, niezwykłymi smakami dań, zbudowanych na unikalnych produktach i starannym doborem win i…  właśnie wódek.

Wielodaniowe menu degustacyjne serwowane jest w dwóch opcjach pairingu: klasycznym winnym oraz stosownie do miejsca wódczanym. No cóż, w końcu Szef Baron to nie tylko jeden z najwybitniejszych polskich szefów kuchni ale i współautor świetnej książki „Między wódką a zakąską”.  Polecam Zoni (pełna recenzja na blogu), bo to prawdziwy nowy gastronomiczny salon Warszawy.

No i co nie bez znaczenia dla pointy tego felietonu: salon na który dziarsko wkroczyła wódka.

 

Autor jest felietonistą sztos.pl, znawcą dobrej kuchni i wina, a także autorem bloga FoodSnob.pl.