David Robert Jones miał wiele twarzy, ale właściwie każda z nich była fascynująca. W przeciągu swojej długiej kariery wydał 27 albumów studyjnych (dwa z nich były z zespołem Tin Machine), na których często żonglował różnymi stylami – to był mesjaszem glam rocka, zafascynowanym niemiecką elektroniką eksperymentatorem, śpiewakiem tworzącym „plastikowy soul” czy śmiało inkorporującym elementy jazzu art rockowcem.

Dyskografia Davida Bowiego oferuje tyle rzeczy do wyboru, że bez problemu można byłoby ułożyć z top 100 najlepszych kawałków. Tym samym nasza lista to ledwie wierzchołek góry lodowej, którą nie można uznawać też za definitywną – to po prostu zbiór utworów, które wyjątkowo lubimy. W paru przypadkach wybraliśmy trochę mniej znane pozycje. Jutro ta lista wyglądałyby zupełnie inaczej.

„Five Years”

Pierwszy utwór z płyty „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars” (1972) to bez wątpienia jeden z jego najlepszych openerów. Ten niezwykle dramatyczny utwór świetnie wprowadza słuchacza w apokaliptyczny klimat całego albumu o tytułowym kosmicie, który przybywa na Ziemię ze swoją grupą i staje się gwiazdą rocka.

„Cracked Actor”

Praktycznie cała płyta „Aladdin Sane” (1973) mogłaby się zmieścić na tej liście, ale jeśli coś wybrać, to ten naprawdę mocny kawałek. Nieczęsto spotyka się u Davida Bowiego utwory z tak konkretnym riffem.

„Who Can I Be Now?”

To utwór, który Bowie nagrał w 1974 roku, ale ostatecznie nie trafił na rok późniejszą płytę „Young Americans” (później dołączono go m.in. jako bonus track). Wielka szkoda, bo ta mocno zadumana ballada w stylu soulowym to rzecz niezwykłej urody.

„Stay”

To z kolei rzecz napędzana kapitalnym funkowym riffem. Tego kawałka możemy słuchać właściwie w kółko. Pochodzi z jednego z największych arcydzieł muzyka, czyli albumu „Station to Station” (1976). To przy okazji zapewne jedyna płyta, której nagrywania nie pamiętał Bowie. Wszystko z powodu kokainy, którą w połowie lat 70. zażywał w ogromnych ilościach.

„TVC 15”

Niech będzie jeszcze jeden utwór z „Station to Station”. Choć mogliśmy wybrać mocarny tytułowy, to jednak stawiamy na mniej oczywisty wybór. To być może szczyt kokainowego rocka – „TVC 15” jest mocno znerwicowany i paranoiczny w tonie. I przy tym to kawał soczystego rocka. A i tekst o tym, że dziewczynę Bowiego połyka telewizor też swoje robi.

„Always Crashing in the Same Car”

To już Bowie z mocno eksperymentatorskiej fazy, którą w pełni zainaugurował album „Low” (1977), który wraz z „Station to Station” jest jego najbardziej perfekcyjnym dziełem. Stąd również dobrze moglibyśmy wybrać każdą inną pozycję z „Low” (chociażby „Be My Wife” i „Subterraneans”). Świetny tekst do „Always Crashing in the Same Car” był zainspirowany ciekawym wydarzeniem – po wjechaniu swoim Mercedesem w auto dilera, Bowie wrócił do hotelu, by następnie przez dłuższy czas jeździć w kółko w podziemnym garażu.

„DJ”

A to szalenie zaraźliwy kawałek z płyty „Lodger” (1979), ostatniej części tzw. berlińskiej trylogii, do której zaliczały się także „Low” i „Heroes” (warto dodać, że tylko ta ostatnia faktycznie powstała w całości w Berlinie).

„Teenage Wildlife”

To blisko siedmiominutowy utwór, który przypomina epickie „Heroes”. Kapitalne połączenie mocno wpadających w ucho partii gitarowych z tym jedynym w swoim rodzaju, afektowanym śpiewem artysty. Utwór pochodzi z płyty „Scary Monsters (And Super Creeps)” (1980).

„I’m Deranged”

Utwór napisany wspólnie przez Davida Bowiego i Briana Eno. Jest mroczny, a przy tym niezwykle pociągający. Pochodzi z niedocenianej płyty „1. Outside” (1995). Co istotne, utwór znakomicie wykorzystano w „Zagubionej autostradzie”, świetnym filmie Davida Lyncha.

„Girl Loves Me”

Na koniec utwór ze znakomitej płyty „Blackstar” (2016), która niestety okazała się ostatnią w dorobku Bowiego. Tu mieliśmy duży problem z wyborem – 10 min. tytułowy utwór to absolutny sztos, ale ostatnio częściej odurzamy się „Girls Loves Me”. Rzecz jednocześnie posępna i cholernie seksowna. W tekście artysta użył parę słów z fikcyjnego języka, który spotykamy w powieści „Mechaniczna pomarańcza” Anthony’ego Burgessa.