Pod koniec grudnia zazwyczaj mam już gotową short listę filmów, które zamierzam obejrzeć w najbliższych miesiącach. Rusza przecież sezon oscarowy, co oznacza, że teraz właśnie można się spodziewać najmocniejszych kinowych propozycji. Grudzień to jednak również miesiąc, w którym warto spojrzeć wstecz i podsumować najlepsze filmy mijającego roku. Praca nad takim zestawieniem zazwyczaj nie jest łatwa i siłą rzeczy jej wynik musi być subiektywny. Dlatego o pomoc poprosiłem redaktorów i felietonistów Sztos.pl. Oto nasze – jak przeczytacie poniżej – zupełnie różne spojrzenie na filmowy rok 2018.

Łukasz Załuski nowe

Łukasz Załuski

Autor jest redaktorem naczelnym Sztos.pl, dziennikarzem popularnonaukowym i lektorem języka polskiego dla cudzoziemców. Publikował m.in. w „Focusie” i „National Geographic Traveler”. Po godzinach poci się w boksie crossfitowym lub maniakalnie ogląda serial „Nie z tego świata”. Insta @luke.zaluski

 

 

10. „Disaster Artist”

Film o najgorszym filmie świata? Czemu nie. Braciom Franco udało się w całkiem zabawny sposób odtworzyć kulisy powstawania kultowego już „The Room”, a James Franco dosłownie staje się Tommym Wiseau. Mnie bawi.

9. „Atak paniki”

Polacy jak chcą. to również potrafią kręcić dobre komedie. Zakręcona intryga, rosnące napięcie i fabuła nieuchronnie zmierzająca do katastrofy. Prawdopodobnie trafi do polskiej klasyki.

8. „Lady Bird”

Kolejny film o dorastaniu. Pierwszy jednak od dawna, który w tak szczery i – momentami – zabawny sposób pokazał życie i codzienne problemy amerykańskiej rodziny niższej klasy średniej.

7. „Krzysiu, gdzie jesteś?”

To się nie mogło udać. A jednak! Opowieść o dorosłym Krzysiu/Krzysztofie, który po latach trafia z powrotem do Stumilowego Lasu to jedna z najcieplejszych i najzabawniejszych historii ostatniego roku. Oczywiście reprezentuję #TeamKłapouchy.

6. „Player One”

Na fali popularności klasycznego kina nowej przygody oraz fascynacji latami 80. („Stranger Things“, „Black Mirror: Bandersnatch“) nie mogło zabraknąć powrotu Stevena Spielberga. O dziwo, 72-letni dziś reżyser po raz kolejny dał sobie świetnie radę z filmem młodzieżowym.

5. „Pierwszy człowiek”

Postaci z filmów Davida Chazelle’a (jeden z moich kinowych idoli) łączy upór i dążenie do celu za wszelką cenę. Tacy byli bohaterowie „La, la, land” i „Whiplash”. Taki też jest Neil Armstrong w „The First Man”. Ogląda się to znakomicie.

4. „Avengers. Wojna bez granic”

Ostatnia część Avengersów to tak dobry film, że zachwycił nawet kinomanów, którzy zazwyczaj nie oglądają hollywoodzkich blockbusterów. Dobry scenariusz, wyrazisty czarny charakter i przyprawiające o dreszcze zakończenie. Już czekam na kontynuację!

3. „Tamte dni, tamte noce”

Niskobudżetowy film, który nie miał prawa wyjść poza wąskie grono widzów niezależnego Sundance Festival podbił świat i zasłużenie zgarnął wiele nominacji do Oscarów, wygrywając statuetkę za najlepszy scenariusz adaptowany. Zmysłowa, świetnie opowiedziana historia nieoczywistej relacji wyróżnia się przede wszystkim zapadającymi w pamięć zdjęciami i znakomitą ścieżką dźwiękową.

2. „Zimna wojna”

Realizacyjny majstersztyk, boska Joanna Kulig i trudna najnowsza historia Polski. Mnie „Zimna wojna” dosłownie wbiła w fotel. Mam nadzieję, że będziemy jeszcze na temat tego filmu pisać w kontekście potencjalnych kolejnych nagród.

1. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Nie tylko jeden z moich ulubionych filmów roku, ale z pewnością jeden z najlepszych filmów jakie w ogóle widziałem w życiu. Słodko-gorzki obraz życia w Trumpowiskich Stanach Zjednoczonych z dala od wielkich metropolii. Serio, przydałoby się, aby w Polsce ktoś nakręcił „Trzy billboardy za Elblągiem” i w równie trafny sposób jak Martin McDonagh opowiedział o Amerykanach, zobrazował Polaków.

 

Kamil Dachnij

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Uwielbia kino wszelkiej maści (Od Cronenberga po Bressona), seriale, literaturę, muzykę i tenis. Pisał m.in. dla Antyradia, naEkranie, naTemat, Stopklatki i Esquire’a.

 

10. „Dom, który zbudował Jack”

Kolejna prowokacja Larsa Von Triera oburzyła wiele osób, ale to być może jego najzabawniejszy film w karierze. To właściwie film-esej, gdzie fabuła przerywana jest dygresjami i płomienną obroną własnej twórczości. Brawa dla Matta Dillona za rolę, która łatwa nie jest. Intrygujące zejście do piekła Dantego.

9. „Zimna wojna”

Pawlikowski drugi raz z rzędu serwuje perfekcyjną imitację stylu filmów europejskich z lat 50 i 60. Tym razem bardziej mnie poruszył niż w przypadku „Idy”. Wszystko za sprawą niebywałej gry aktorskiej Joanny Kulig oraz Tomasza Kota.

8. „Rytuał”

Trochę się wyłamię, bo dam coś od Netflixa. Nie tak często znowu częstuje nas przyzwoitym filmem. Pojawia się w nim motyw znany z „Blair Witch Project”, bo również spotykamy grupkę znajomych, która natrafia na coś złowieszczego w lesie. Jednak na tym podobieństwa się kończą, bo „Rytuał” to żaden found footage, a rasowy, zręcznie nakręcony okultystyczny horror, gdzie nie brakuje mindfucków i niepokojącej atmosfery.

7. „Roma”

Film Alfonso Cuarona to konceptualny majstersztyk, który urzeka swoją powieściową narracją. Niby nic się nie dzieje przez większość czasu, ale reżyser sprawia, że doświadczamy prawdziwej immersji. Choć nazywanie tego arcydziełem jest grubą przesadą, to moim zdaniem Cuaron zostawia obecnie mocno w tyle swoich kolegów po fachu (Guillermo Del Toro i Alejandro Gonzaleza Inarritu).

6. „Dziedzictwo. Hereditary”

Ari Aster to nowy talent w świecie horroru. W jego pierwszym filmie, imponująco ukazującym deteriorację rodziny, na szczęście nie ma tanich chwytów w rodzaju jump scare’ów. W zamian dostajemy konsekwentne budowanie atmosfery lęku, który nie opuszcza nas aż do wręcz metafizycznego finału. Horror najwyższego sortu.

5. „Suspiria”

Luca Guadagnino przerobił znakomity film Dario Argento z 1977 roku na swoich własnych prawach, dostarczając podobnie piękną, ale jakże inną wizję, gdzie jednocześnie zmysłowy i brutalny taniec przybiera formę potężnego zaklęcia. To produkcja ambitna, wielowątkowa, urzekająca ponurym klimatem Berlina z lat 70. i eteryczną muzyką Thoma Yorke’a. Tak jak w przypadku zeszłorocznej „Matki” Darrena Aronofsky’ego, ludzie mieli proste podejście do tego filmu – albo go nienawidzili, albo kochali. Ja należę do tej drugiej grupy.

4. „Płomienie”

Najlepszy południowokoreański reżyser powraca z dramatem kryminalnym na podstawie opowiadania Harukiego Murakamiego. Piękny, nieśpieszny rytm narracji potęguje tajemniczość i melancholijność historii. Są tutaj dwie sekwencje, które równie dobrze można uznać za najlepsze w tym roku – jedna prowadzi do seksu, druga poetycko oddaje boskie zjaranie trawką. Dobrze by było, gdyby Lee Chang-dong częściej zabierał się za kręcenie filmów.

3. „Climax”

To orgiastyczne studium ciał w przestrzeni Gaspara Noe jest zdecydowanie jego najlepszym filmem. Piekielny, taneczny bad trip, gdzie czuć inspiracje m.in. Luisem Bunuelem, Dariem Argento i Andrzejem Żuławskim. Palce lizać.

2. „Zama”

Film znakomitej argentyńskiej reżyserki Lucrecii Martel to niezwykle hipnotyczna opowieść o człowieku, którego egzystencja wygląda jak kolonialna wersja „Procesu” Franza Kafki. W trzecim akcie obraz Martel zahacza nawet o wizjonerski styl Wernera Herzoga i „Jądro ciemności” Josepha Conrada. Było warto czekać na jej nowy film dziewięć lat.

1. „Nić widmo”

To kunsztowne i zarazem subtelne arcydzieło o romansie ekscentrycznego brytyjskiego projektanta mody (wspaniały Daniel Day-Lewis) jest tylko potwierdzeniem tego, co było wiadome od dawna – Paul Thomas Anderson nie ma obecnie sobie równych w kinie amerykańskim. Chyba najlepiej ujął czym jest ten film wybitny krytyk amerykański Jim Hoberman: „fałszywy hollywoodzki melodramat, gotycki romans, czarna komedia, barokowy dramat kameralny, studium artystycznego egocentryzmu, dyskretnie perwersyjna historia przypadku, antyautorytarna bajka i (jak sam Anderson zasugerował) baśń”.

 

Michał Zacharzewski

Autor jest felietonistą Sztos.pl, przetłumaczył ponad sto książek i pracował w wielu redakcjach. Prywatnie zdecydowanie bardziej wierny – ceni kino, książki, koty oraz (wyjątkowo nie na K) – gry video.

 

10. „Zabójcze maszyny”

Finansowa klapa roku, ale mnie ujął świat, klimat, zdjęcia. Czysta przyjemność!

9. „Mission Impossible: Fallout”

Niby klasyczne kino akcji, nic niezwykłego, ale takie filmy chciałbym częściej oglądać.

8. „Ciche miejsce”

Oryginalny horror, który trzyma w napięciu od początku do końca.

7. „Roma”

Kameralny dramat o młodości w zamożnej meksykańskiej dzielnicy. Piękne zdjęcia!

6. „Spider-Man. Uniwersum”

Jedna z najzabawniejszych kreskówek ostatnich lat. No i świetny film superbohaterski

5. „Winni”

Dowód na to, że jeden facet, jeden telefon i dwa pokoje wystarczą do nakręcenia thrillera.

4. „Avengers: Wojna bez granic”

Pstryknięcie, które przejdzie do historii kina. Nawet jeśli kontynuacja je odkręci.

3. „Climax”

Szalona jazda bez trzymanki. Impreza, na której mimo wszystko wolałbym nie być.

2. „Sofia”

Marokański dramat, który zaskakuje, a przy okazji pokazuje inną niż polska mentalność.

1. „Tajemnice Silver Lake”

Klimat jak z Lyncha, malownicze uliczki LA i tona filmowych nawiązań. Lubię takie klimaty i tyle!

 

Maciej Sikorski

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Lubi gotować i jeść, interesuje się przeszłością i przyszłością. Jeśli akurat nie pisze, pewnie siedzi w kinie. 

 

 

 

9. „Avengers: Infinity War”

Krótko: Santa Madonno! Czego tam nie było! Kapcie spadły kilka miesięcy temu i do dzisiaj ich szukam. Właśnie na taką rozrywkę liczę w kinie. Żałuję, że w szkole nikt nie miał ksywy Mosznobrody. A szopy z internetów nie zachowują się tak, jak Rocket (czyt. najlepszy psycholog w galaktyce). Znowu Bradley…

8. „Źle się dzieje w El Royale”

Film świata nie zmieni, ale czas zdecydowanie nie był zmarnowany. Na plus Thor jako Charles Manson (a raczej ktoś na jego podobieństwo) i kobieta z Greya bez Greya. No i zawsze dobrze wiedzieć, że dzieje się źle tam, gdzie nas nie ma.

7. „Ballada o Busterze Scruggsie”.

Przy okazji tego podsumowania zastanowiłem się, która z nowel podeszła mi najbardziej. Nie wiem. Najlepszy był chyba gatunkowy rozstrzał. Takiego nie gwarantuje nawet tytułowy bohater.

6. „Pierwszy człowiek”

Wielu znajomych ma problem z Ryanem Goslingiem: wybitny aktor czy totalne drewno? Ja w to nie wnikam. Mnie się podoba. Z muzyką Hurwitza podwójnie. Czekam na film biograficzny Łajki. Może być z Goslingiem.

5. „Narodziny gwiazdy”

Bardzo lubię „La La Land”. A „Narodziny” udały się, bo nie poszły tą samą drogą, nie było puszczania oka, a solidny melodramat. Plus za Bradleya Coopera, który pokazał, że nie musi być wesołym chłopcem bez wyrazu.

4. „Człowiek, który zabił Don Kichota”

Film powstawał kilka dekad i ostatecznie ponoć się nie udał. Moim zdaniem, to jedna z najciekawszych rzeczy, jakie kino zafundowało nam w ostatnich… kilku dekadach. No i Adam Driver – za niego zawsze należy się kilka punktów.

3. „Climax”

Już za samą scenę otwarcia należą się brawa. Potem entuzjazm przygasł, jak to na imprezie, ale ostatecznie film wbił w fotel. Od oglądania kręciło się w głowie. Narkotykom powiedzcie stanowcze nie (zwłaszcza, gdy jesteście w starej szkole na odludziu).

2. „McQueen”

Jedyny dokument na liście. Słyszałem wcześniej o człowieku, ale nie wiedziałem, że facet z gminu zrobił taką karierę. Talent niesłychany. Film też. Chciałbym być w jego świcie, gdy wchodził na pewniaka do wielkiego domu mody jako nowy dyrektor.

1. „Wyspa psów”

Bo Wes Anderson nadal w formie, bo nie musiałem tego oglądać w kinie z dubbingiem, bo wiadomo, że psy zawsze na propsie. Te brudne też.