90-letni dziś Ennio Morricone to jeden z tych tuzów świata filmowego, o którym można powiedzieć, że pracował z wieloma znakomitościami podczas swojej długiej kariery. Wśród nich jest m.in. Sergio Leone, Dario Argento, Terrence Malick, Brian De Palma, Giuseppe Tornatore, John Carpenter i Quentin Tarantino.

Morricone znany jest z tego, że do dziś nie nauczył się języka angielskiego. Zna zaledwie parę słów. To jednak nie przeszkodziło mu zrobić karierę, bowiem to jego muzyka stała się uniwersalnym językiem, który od wielu dekad przemawia do widzów. Włoch zainspirował takich twórców jak m.in. Goldfrapp, Black Sabbath czy Metallikę. Trudno nawet znaleźć rywala dla niego w segmencie muzyki filmowej – Bernard Herrmann wydaje się chyba jedynym godnym.

Oto kilka z naszych ulubionych utworów z dorobku Ennio Morricone. Niestety musieliśmy się mocno ograniczyć, bo inaczej ten tekst nie miałby końca:

„The Ecstacy of Gold”

To rzecz jasna wielka oczywistość, ale po prostu się nie da. Utwór z klasycznego spaghetti westernu „Dobry, zły i brzydki” Sergio Leone z 1966 roku otwiera ten diabelnie charakterystyczny motyw gran na rożku angielskim. Pojawiające się chwilę później wokalizy zawsze przyprawiają o gęsią skórkę.

„La Lucertola”

Ten utwór ze ścieżki dźwiękowej do bardzo dobrego i nieźle pogrzanego thrillera „Una Lucertola con la pelle di donna” Lucio Fulciego z 1971 roku to bez wątpienia jedna z najbardziej urzekających rzeczy w jego dorobku. To piękne połączenie muzyki kameralnej z dodatkami jazzu. Znowu kobiecy wokal niezwykłą robotę.

„Magic and Ecstasy”

„Egzorcysta II: Heretyk” z 1977 roku to zdecydowanie nie był udany film, ale Morricone dostarczył jedną ze swoich najbardziej inspirujących ścieżek w dorobku. Równie dobrze mogliśmy wybrać piękne „Regan’s Theme”, ale ostatecznie padło na absolutnie niezwykle intensywne i złowieszcze „Magic and Ecstasy”. Włoch chyba nigdy nie zafundował tak szalonej muzyki, jak w tym przypadku.

„Humanity (Part 2)”

Jakim cudem muzyka do arcydzieła Johna Carpetnera z 1982 roku była nominowana do Złotej Maliny, to nie mamy pojęcia. Ciężko o bardziej klimatyczną rzecz – słuchając jej można poczuć coś z tej izolacji i tego przeraźliwego zimna, z jakim muszą zmagać się bohaterzy filmu. A jak doskonale wiadomo, nie tylko to czeka na nich na Antarktydzie.

„Once Upon A Time In America”

Muzyka do „Dawno temu w Ameryce” był ostatnią kolaboracją między Morricone a Serio Leone. I zdecydowanie można ją zaliczyć do jednych z najlepszych w dorobku kompozytora. Bardzo pięknie wykorzystano tutaj Fletnię Pana – właściwie chyba nie ma osoby, która nie będzie kojarzy fragmentów z tym instrumentem. Cała ścieżka dźwiękowa do epickiego filmu Leone z Robertem De Niro co rusz udowadnia, że Morricone jak mało kto czuje kino.

„L’Ultima Diligenza Di Red Rock”

Na koniec nie mogło obyć się bez muzyki do „Nienawistnej ósemki” Quentina Tarantino, która w końcu przyniosła Morricone Oscara w kategorii Najlepsza muzyka oryginalna. Choć panowie mieli trochę na pieńku po dość burzliwej pracy przy „Django”, to Włoch na szczęście zgodził się ponownie na współpracę z Tarantino. Efekt? Jedna z jego najlepszych ścieżek. Szczególnie imponujący jest wybrany przez nas utwór – to niepokojące, dramatyczne i totalnie wciągające dźwięki.

Książka o Ennio Morricone

Fani kompozytora mają nie lada gratkę. Za sprawą wydawnictwa Mando mamy możliwość przeczytania książki „Moje życie, moja muzyka. Autobiografia”, która jest barwną, wciągającą i pełną ciekawych anegdot opowieścią Ennia Morricone o jego życiu: od początków kompozytorskich przez współpracę z najważniejszymi reżyserami włoskimi i światowymi – jak Leone, Pasolini, Bertolucci, Almodóvar – aż po Oscara otrzymanego w 2016 roku za muzykę do filmu Tarantino.

Morricone ukazuje nam nie tylko kulisy show-biznesu, ale także opowiada o tym, jak wielkie znaczenie w życiu artystycznym ma jego żona. Mówi również o przypadkach odrzucenia i o momentach, kiedy sam odmówił współpracy z gwiazdami. O tym, który wielki twórca filmowy zbył jego twórczość całkowitą obojętnością, a który pokochał go namiętnie.

Ennio Morricone i Quentin Tarantino

Przypomnijmy, że w listopadzie tamtego roku bardzo głośno było o wywiadzie Ennio Morricone dla grudniowego numeru „Playboya”. Muzyk miał zaatakować Quentina Tarantino. – Ten człowiek jest kretynem. Kradnie od innych i wszystko ze sobą łączy. Nie ma w tym nic oryginalnego. To nie czyni go reżyserem – przytaczał słowa Morricone niemiecki magazyn.

Morricone zaprzeczył, jakoby wypowiedział takie słowa. Szybko okazało się, że niemiecki dziennikarz popełnił „okropny błąd” i w jego tekście znalazły się „nieprawdziwe” cytaty. Marcel Anders szczerze przeprosił Morricone i wszystkich zaangażowanych w tę sytuację. „Powinienem był trzymać się pierwotnej wersji wywiadu przeprowadzonego w Rzymie i nie dodawać niczego, co jest niepoprawne. To był okropny błąd. Proszę przyjąć moje przeprosiny” – napisał dziennikarz.

Co naprawdę myśli Morricone o Tarantino? W „Moje życie, moja muzyka. Autobiografia” możemy znaleźć wypowiedź, która w wyraźny sposób stawia sprawę. Na pytanie Alessandro De Rosa o to, co myślał Morricone o Tarantino i jego filmach, zanim zaczął z nim pracować, mistrz odpowiedział:

„Uważałem go zawsze za wielkiego reżysera. Tarantino jest po prostu zwierzęciem kinowym”. W dalszej kolejności mówi o filmach reżysera, wyjaśniając co mu się podoba, a co nie. W „Django” nie przekonuje go to, kiedy krew zaczyna się dosłownie wylewać ze wszystkich storn ekranu. „Jak dla mnie to kinowy terror” – dodaje.

Wypowiedź jest doprawdy ciekawa, stąd uważamy, że zdecydowanie warto sięgnąć po tę książkę. Możecie ją znaleźć m.in. pod tym adresem.