Inni może nie zrobią takiego wyniku jak Amerykanka, ale i tak swój opis profilu na Instagramie zaczynają on numerka z liczbą odwiedzonych krajów. To dlatego tak popularnym gadżetem stała się mapka zdrapka.

Sam patent jest bardzo prosty. Zwykłą mapę świata pokrywa się lśniącą warstwą w kolorze czarnym z konturami państw. Delikatnie poskrobana paznokcie, odpada. Tak ja na loteriach, tylko że pod spodem zamiast nagrody jest druga, kolorowa warstwa. Dzięki temu „zdrapane” kraje odróżniają się od ciemnej reszty świata, która pozostaje niezbadana. Zdrapujesz tylko te, w których już byłeś. Po powrocie z następnej podróży będziesz mógł odsłonić kolejny fragment mapy…

…o ile pojedziesz tam, gdzie jeszcze nie byłeś.

I to mnie wkurza w tym zmyślnym gadżecie najbardziej – wisi nad łóżkiem i milcząco sugeruje, że powroty w te same miejsca się nie liczą. Zalicza tylko podróże w nowe miejsca, ekspansję na nowe tereny. Te stare są już odkryte, zbadane.

Przecież to nie ma sensu

Pojechałem raz na weekend w Helsinkach. Miałbym na mapie zdrapać całą Finlandię? Aż po samą północ, gdzie są wielkie stada reniferów i zorze polarne? Nigdy nie widziałem dzikiego renifera. Zorzy zresztą też nie. Podobnych wypadów zrobiłem jeszcze trochę. Jeśli policzyć je za odwiedziny, to byłem w dwudziestu paru, a może już trzydziestu krajach. Nie wiem dokładnie, nie chce mi się sprawdzać. Ale co jakiś czas spotykam się z tym, że podróżnicy liczą kraje. Trochę na zawody. Jakby ten, co ma więcej pieczątek w paszporcie, poznał więcej świata.

Helsinki Transitions / Eero Ettala urban snowboarding in Helsinki city 8.1.2017

Odwiedziłeś Helsinki? To wcale nie znaczy, że widziałeś całą Finlandię. (fot. Eero Ettala/Red Bull Photofiles)

A to tak nie działa. Pierwszy wyjazd zwykle mówi ci niewiele. Skoro kraj jest nowy, trzeba go ładnie objechać, więc na jedno miejsce przeznaczasz jeden, dwa, no góra trzy dni. Oglądasz je w jednej pogodzie, w jednej porze roku. Z jedną ekipą. Przy jednym stanie ducha i jednym stanie konta. Już wiesz, czemu twoje wspomnienia są takie inne od wrażeń, które właśnie przywiózł kolega? Ty trafiłeś byłeś tam na studiach latem, z dziewczyną, podczas festiwalu, cały czas imprezowaliście – wakacje życia. A on sam, służbowo, zimą, spał w drugim, ale pustym hotelu i całe miasto było jakieś puste. Myślałeś, że je znasz, a słuchasz historii o całkiem innym miejscu.

Poza tym, co ty mogłeś tak zobaczyć na pierwszym wyjeździe? Główny plac? Katedrę? Największe muzeum? Tak to się zwykle dzieje. Za pierwszym razem w Londynie pobiegłem od razu pod Pałac Buckingham. Obok był Hyde Park, dalej Westminster, a potem już bliziutko Big Ben. Zdążyłem jeszcze zaliczyć British Museum, bo mówili że darmowe, ale później musiałem się już zbierać. Przez kilka ładnych lat nie byłem już później w Londynie i specjalnie mnie nie ciągnęło. Bo i po co? Już byłem. W końcu jednak wybrałem się ponownie. Za drugim razem dużo więcej włóczyłem się po Soho i East Endzie niż zaliczałem kolejnych klasyków. Zjadłem coś innego niż tylko fish & chips. Poszedłem na musical…

Już nic nie musisz

Pierwszy wyjazd to bardziej rekonesans. Dopiero na kolejnych masz wolną głowę od tego, co „trzeba zobaczyć”. Robisz to, co lubisz. Chcesz znaleźć najlepsze tapas w Barcelonie – łazisz powoli od knajpy do knajpy. A tłumy niech walą do Sagrada Familia. Decyzja, by przeżyć to miejsce jeszcze raz, jest naprawdę tak naprawdę testem, ci się tam podobało. Dlatego lubię pytać podróżujących znajomych, nie dokąd pojechaliby w wymarzoną podróż życia, tylko gdzie chcieliby jeszcze wrócić.

Barcelona

Barcelona to jedno z tych miejsc, do którego warto wrócić. Zwiedzanie na zasadzie zaliczania w ogóle się tu nie sprawdza. (fot. Jacek Dylag)

Cassandra De Pecol podzieliła się po zakończeniu tripu dookoła świata listą miejsc, które zrobiły na niej najlepsze wrażenie. Dziewczyna zresztą zebrała sporo niezasłużonego hejtu od zwolenników slow travel, bo jej rekordowa podróż, choć niewątpliwie szalona, odbywała się w ramach projektu społecznego zorganizowanego przez fundację.

Warto wiedzieć

Na koniec #ProTip dla tych, co z okazji zbliżających się Walentynek, chcieliby zabrać drugą połówkę w małą podróż, ale organizacyjnie są jeszcze w lesie. Nie jedźcie do Wenecji. Ani do Werony. Zabierz ją w fajne miejsce, w którym już byłeś (najlepiej nieraz) i polubiłeś. Na miejscu będziesz bardziej pewny siebie. Znasz już pewnie liczne lokalne historie i ciekawostki. Od razu ustawia cię to w roli przewodnika, prowadzącego w tańcu…

Sam zresztą w lutym jadę na wyjazd-powrót. Do Neapolu. Nie będzie to jednak randka, tylko weekend z synem. Wcześniej byłem tam z kolegą, latem, w takim okrutnym upale, że jakoś samo nam wyszło z tego głównie życie nocne. Teraz będzie zimowo, rodzinnie i raczej grzecznie. Sam jestem ciekaw, czy Neapol znów zrobi na mnie takie wrażenie jak wcześniej. Relacja już w następnym odcinku.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl i dziennikarzem podróżniczym. Za dnia robi w branży PR. Po fajrancie zmienia się w zwolennika miejsc oddalonych od Warszawy – najchętniej o parę godzin lotu. Uwielbia po swojemu docierać w nieturystycznie rejony i opowiadać o tym. Przez lata publikował w magazynie „Podróże”. Teraz rozkręca własne podróżne projekty, m.in ten www.instagram.com/tamnicniema