Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że byłem młody. Na początku studiów pojechałem na wakacje do Wielkiej Brytanii, trochę popracować. Wyspa Man, gdzie trafiłem, liczyła 80 tys. mieszkańców, a w dwa lata po naszym wejściu do UE siedziało tam już kilka tysięcy Polaków. A trafiłem na nią, bo nie umiałem jeszcze szukać pracy, więc znalazła mi ją opłacona w tym celu agencja. W miejscu, które wskazali, trzeba było stawić się w poniedziałek rano w pełnej gotowości do pracy. A zatem, półtorej doby autobusem do Liverpoolu plus dwie godziny bujania na promie i mamy to.

Wyspa była nieduża, na pierwszy day off pożyczyłem rower i pojechałem pozwiedzać. Dotarłem na przeciwległy brzeg i z niego po drugiej stronie morza, dojrzałem jakiś ciemny zarys. Zapytałem kogoś, co to za wyspa, a on spojrzał na mnie zdziwiony i odpowiedział, że to przecież Irlandia. Widok kusił…

Wyspa na horyzoncie

Szybko ustaliłem, że promy pływają tam z Man do Irlandii kilka razy w tygodniu. Urlop nie wchodził w grę, skoro dopiero zacząłem pracę, ale należały mi się dwa dni wolnego w tygodniu, a Trevor, mój kierownik zgodził się tak ustawić grafik, by były to cztery wolne dni pod rząd. Ale we wrześniu, bo w sezonie jest za duży zapieprz.

Dobrze się składało, bo w sobotę nad ranem odchodził prom do Belfastu, a w wtorek wieczorem był powrotny z Dublina. Dwa dni na dwa miasta, może jakiś wyskok w góry pomiędzy – całkiem spoko plan. Ale nic z tego, bo poszedłem do lokalnej księgarni, zacząłem kartkować przewodnik po Irlandii, a w nim napisali, że najładniej jest nad oceanem. A ja nigdy nie widziałem oceanu…

Wyspa niewielka, czasu na ocean styknie – uznałem i odkładałem pieniądze na wypad. Przed samym wyjazdem zreflektowałem się, że hola-hola młody człowieku, ale kasiorkę to ty miałeś przywieźć do Polski. Zrób to po taniości, albo daj sobie spokój. Policzyłem, że na cztery dni w Irlandii wystarczy mi 10 proc. zarobionych pieniędzy pod warunkiem, że:

a) będę jeździł autostopem;

b) nocować będę na kempingach, bo przecież nad oceanem muszą jakieś być.

Pół biedy, gdybym resztę pieniędzy wpłacił sobie na konto, ale niestety – leżały sobie w skrytce pod łóżkiem, kiedy były najbardziej potrzebne.

Zapomnij o stopie

A na miejscu okazało się, że po Irlandii autostopem jeździ się słabo. W Polsce też nie było nigdy jakoś rewelacyjnie, ale do tej pory miałem długie wakacje a nie urlopy i czas nie odgrywał takiej roli. Tym razem po trzech godzinach machania na auta na wylocie z Dublina poddałem się i wsiadłem w autobus. Kolejnego dnia poddałem się w Limerick. A autobusy okazały się drogie. W ogóle to wyszło „na jaw”, że Irlandia wcale nie jest taka tania, jak mi mówili ludzie w UK…

Irlandia

Zakaz zabierania autostopowiczów może znacznie utrudnić podróżowanie po Iralndii (Fot. Grzegorz Dzięgielewski)

Kolejnym „zaskakującym” faktem był deszcz. No kto by się spodziewał, że w Irlandii we wrześniu może padać. Pastwię się teraz nad sobą sprzed 12 lat, ale zasłużyłem na szyderę – nie zabrałem nawet pelerynki. Na przemian lało i siąpiło niemal przez trzy dni (z czterech).

Nie kocham cię jak Irlandię

Zaczęło w Limerick w nocy, niedługo po tym jak zajechałem tam bez pomysłu, co dalej. Znalazłem plac zabaw z taką rurą do czołgania się. W środku było sucho. Śpiwór na szczęście zabrałem, bo bez niego byłaby totalna klęska, ale i tak obudziło mnie przenikliwe zimno o piątej nad ranem. Kolejny nocleg musiał być już w pod dachem. Żadne kempingi nie wchodziły w grę, zresztą tak po prawdzie to za bardzo ich tam nad oceanem nie było. W Dingle znalazłem więc Bed&Breakfast, a właściwie to wziąłem samo łóżko, bo na śniadanie nie było mnie już za bardzo stać. Kupiłem chleb tostowy i nutellę i tym praktycznie żywiłem się już do końca. Wysupłałem jeszcze 10 euro na rower i pojechałem nim do Slea Head, gdzie definitywnie kończy się Irlandia, a zaczyna Atlantyk. Długo tam nie posiedziałem, bo kończył mi się też czas, a poza tym padało.

W drodze powrotnej autostop znowu działał słabo. Wylądowałem w środku nocy na autostradzie koło miasteczka 100 km od Dublina. Dowlokłem się do przystanku autobusowego i zasnąłem na nim jak zabity. Budzik nastawiłem na kilka minut przed pierwszym porannym busem do stolicy. Na szczęście wystarczyło mi na niego dosłownie na styk. W Dublinie mogłem sobie jeszcze kupić hamburgera na obiad. Myślałem, że coś pozwiedzam, ale nawet do katedry wstęp był płatny. Czułem się zmęczony i poobijany tym wyjazdem i wkurzony sam na siebie.

Irlandia

W Irlandii pada 150 dni w roku. Szansa, że trafisz tu na słoneczne wakacje, jest więc raczej niewielka. (Fot. Grzegorz Dzięgielewski)

Fakap noł mor!

Wcześniej sporo się włóczyłem, ale raczej w wakacje po Polsce. I raczej z kimś. Często na, spontanie, ale w rozpoznanym terenie. Zawsze ktoś z nas miał namiot, ktoś zapasy jedzenia, ktoś znajomych po drodze w Opolu, albo ktoś pożyczył komuś stówę. Można było podejść do tematu na luzie, najwyżej wróciło się do domu dwa dni później. W „dorosłym” podróżowaniu, zwłaszcza samotnym, z takim podejściem nie ma się szans. Trzeba realistycznie ocenić czas, budżet, trasę, warunki. Trzymać się planu, albo zostawić w nim margines na improwizację. Bez tego prędzej czy później wyjdzie wtopa. Ale może taki fakap każdy podróżnik musi przeżyć i wyciągnąć wnioski? Robiłem potem trudniejsze wypady od tego nad ocean, ale nigdy nie zaliczyłem już takiego dziadowania jak wtedy w Irlandii.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl i dziennikarzem podróżniczym. Za dnia robi w branży PR. Po fajrancie zmienia się w zwolennika miejsc oddalonych od Warszawy – najchętniej o parę godzin lotu. Uwielbia po swojemu docierać w nieturystycznie rejony i opowiadać o tym. Przez lata publikował w magazynie „Podróże”. Teraz rozkręca własne podróżne projekty, m.in ten www.instagram.com/tamnicniema