Moje pokolenie uczyło się samodzielności przede wszystkim z praktyki. Doskonale pamiętam czasy, kiedy zostawałem sam w domu lub z rodzeństwem. Mama najnormalniej w świecie nie chciała nas zabierać ze sobą w każde miejsce. I wcale się jej nie dziwię. Nietrudno wyobrazić sobie chodzenie do sklepów czy urzędów z trójką rozwydrzonych dzieciaków. Upilnowanie nas było zadaniem trudniejszym niż naśladowanie Chrisa Harrisa w drifterskim pędzie po torze wyścigowym w sklepowym wózku. Podejrzewam, że łatwiej byłoby jej zrobić udaną inwazję na Chiny.

A dzisiaj? W czasach YouTube’a, gier video, smartfonów i wszechobecnego internetu pozostawienie pociechy samej w domu na miesiąc, bez przygotowanego jedzenia, nie byłoby właściwie żadnym wyzwaniem. Po prostu wychodzisz z domu, wiedząc, że dziecko siedzi przed komputerem. Możesz pewnym, że po 30 dniach przyjdziesz i zastaniesz je dokładnie w tym samym miejscu. Cofnijmy się jednak jakieś 25 lat. Nie było niemal żadnego wcześniej wymienionego cudu techniki. To, na co można było liczyć, to poczucie, że być może, wracając nie zastanie się płonącego domu. Chyba, że w mieszkaniu była kablówka.

Zakaz podwożenia lekiem na całe zło?

Najprawdopodobniej to też jeden z powodów, dla których wiedeńscy urzędnicy postanowili wprowadzić zakaz podwożenia dzieci do szkół. Inna sprawa to bezpieczeństwo.

Według Petera Jensa, pełnomocnika miasta ds. komunikacji pieszej, ulice zamykane między godziną 7.45, a 8.15 znacząco podwyższają bezpieczeństwo pieszych.

Zgodnie z wynikami lokalnych badań aż 20% wiedeńskich uczniów jest podwożone do szkoły przez rodziców i taki sam odsetek dzieci cierpi na nadwagę.

Nikt nie zbadał jednak, jak długą drogę dzieci mają do pokonania z domu do szkoły. Być może nie jest to jakieś 300 metrów, jak prawdopodobnie zdaje się urzędnikom. Czy w takim razie pomysł zamykania dróg przy szkołach na symboliczne pół godziny ma sens? Moim zdaniem, absolutnie nie.

Ambitne, ale do kitu

Po pierwsze, sytuacja ta komplikuje nie tylko przejazd przez miasto, ale wymusza też zmiany w samej komunikacji miejskiej.

Po drugie, problem docierania dziecka do szkoły w inny sposób niż pieszo czy rowerem załatwia się na odcinku mniej więcej 100–200 metrów wzdłuż ulicy, przy której jest szkoła. To raczej wcale nie przekłada się na walkę z otyłością. Zdecydowanie większy nacisk powinno postawić się na odpowiednio dobrane ćwiczenia fizyczne, a także, by młody Hans, Helmut, czy Emma nie przynosiły ze sobą zwolnień lekarskich napisanych na kolanie albo przyniesionych od przekupionego lekarza rodzinnego.

Po trzecie, docieramy do najbardziej absurdalnej sytuacji, kiedy ulice objęte programem „Tempo 30” stają się dla pieszych zbyt niebezpieczne. Nie jest to przecież prędkość, która jest osiągalna wyłącznie przez pojazdy silnikowe. Bez większego wysiłku rozpędzi się do niej osoba jadąca na rowerze, czy też sportowiec biegnący sprintem. Czy to oznacza, że drogi powinny być zamknięte również dla nich, bo stwarzają realne zagrożenie dla innych?

„Schulstraße” w Polsce?

Na razie austriacki program „Schulstraße” spotkał się z entuzjazmem lokalnych władz, ale i nasi rodzimi włodarze, z zainteresowaniem spoglądają na ten pomysł. Kraków, Łódź, Poznań, czy Warszawa to miasta, gdzie planuje się wdrożyć podobny pomysł, tłumacząc to w podobny sposób. Krakowski radny Łukasz Wantuch dodał do tego argumenty walki ze smogiem. Najprawdopodobniej dlatego, by pomysł miał większe szanse na akceptację społeczną oraz prezydenta miasta.

Tymczasem nie da się precyzyjnie ocenić, jak zakaz podwożenia dzieci do szkół wpłynie na zmniejszenie zanieczyszczenia powietrza, zwłaszcza, że samo dostarczenie ich na miejsce jest tylko punktem pośrednim w trasie dom–praca. Nie jest problemem za to oszacować, że zakaz, w żadnym stopniu nie wpłynie na zmniejszenie smogu w mieście.

Pocieszający jest za to fakt, że krakowscy urzędnicy wykazali się zdrowym rozsądkiem, wyrzucając pomysł do kosza. W uzasadnieniu stwierdzili, że zakaz utrudni dotarcie do posesji znajdujących się w pobliżu szkół, zaś same drogi są często ważnymi ciągami komunikacyjnymi. Obejmowanie zakazem osób podwożących dzieci do szkoły jest niemożliwe do wyegzekwowania.

Dla jasności, nie jestem zwolennikiem prowadzenia swoich pociech za rączkę do osiągnięcia liceum, bo taka asekuracja od samodzielności i zaradności nie prowadzi do niczego nie prowadzi. Chciałbym jednak, by mieszkający w dużej odległości od szkoły, mogli bezpiecznie dotrzeć pod sam budynek.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Z motoryzacją związany silnym uczuciem od urodzenia. Osiem lat temu zaczął pisać o samochodach a od siedmiu zasiada za kierownicami różnych aut, nie tylko by na własnej skórze przekonywać się o tym, jak bardzo potrafią zaskoczyć, ale też po to, by od czasu do czasu spełnić motoryzacyjne marzenia. Obecnie do znalezienia jeszcze na „motocollection.pl” oraz magazynie „Flota”.