Jeżeli spodziewacie się klasycznego mototestu – to nie to miejsce. Będzie zdecydowanie subiektywnie, pewnie zwrócę uwagę na inne zupełnie rzeczy, niż koledzy dziennikarze motoryzacyjni. Niemniej – zapraszam.

G-klasa. Początek

Nigdy nie myślałem o tym samochodzie. Nigdy jakoś nie był czymś, czym się podniecam na samą myśl. Wiedziałem, że to legenda. Wiedziałem, że potrafi w teren, wiedziałem, że jest drogi i duży. I tyle. Aż nie zobaczyłem z bliska nowej wersji. Nagle wszystkie moje uprzedzenia (za wielkie, za kwadratowe, nie ładne – przyznaję, byłem debilem) zniknęły, by dać miejsce zachwytowi. Rzuciły mi się w oczy lekko zaokrąglone na bokach okna, wielki ekran w środku, piękne wykończenie. Silnik. O cenie nie rozmawiajmy! Wtedy właśnie poprosiliśmy o jazdę testową.

Mój tata od kilkudziesięciu lat obraca się zawodowo w branży motoryzacyjnej. I też lubi duże terenówki (Land Cruiser w garażu z takim bagażnikiem, że można tam swobodnie zaparkować Smarta i 10 osób z psem i zestawem na camping). Usłyszałem od niego: „Synu, mało tam miejsca, zobaczysz, przytniesz sobie drzwiami łokieć”. Przyciąłem. Zamykając drzwi, trzeba naprawdę mocno sieknąć. Z tyłu nie ma za dużo miejsca na nogi. Długa trasa w 5 dorosłych osób nie byłaby specjalnie komfortowa. Z drugiej strony jest wielki – wjeżdżając do garażu podziemnego w domu nieco się spociłem zbliżając się do niskiego sufitu. Wjechaliśmy na grubość lakieru – auto jest naprawdę wysokie. Właśnie – skoro mówimy o wysokości – wejście do niego też łatwe nie jest, pół biedy w spodniach, ale żona w krótkiej kiecce może pokazać nieco za wiele okolicy! Trzeba sobie wyrobić dobry system na umieszczenie się w środku.

fot. Sztos.pl

Jazda

Zgadnijcie, co powiedziała moja żona, jak ruszyliśmy… „Jedzie się jak autobusem!” Prawda. Przez chwilę. Bo jak tylko – ruszając ze świateł, a jak! – wcisnąłem gaz do podłogi, autobus zamienił się w torpedę. Żona zaczęła nerwowo chichotać, a ja poczułem dreszcz. Ależ ten silnik chodzi, ależ on ma odejście. Wszystkim, którzy lubią porządne warczenie silniki polecam tryb sport.

Mercedes to mercedes. Ulubiony gadżet w trasę? Kilka masaży pleców do wyboru. Duży bagażnik. Szacunek. Nikt nie zajeżdża ci drogi, jak włączysz kierunkowskaz – samochody za tobą zwalniają. Czujesz się jak król szos. Serio. Król w swoim potworze.

Potwór jest oczywiście mega sprawny w terenie. Przyjaciele urządzili się na wsi pod miastem. Padał deszcz, dużo dróg bez nazwy, nierówności, błota. Zabawa! Mercedes G-500 to świetny samochód, naprawdę. Czy jest idealny? Wkurza, bo mało miejsca na nogi, wkurza, bo trzeba walić drzwiami, wkurza, bo bywa niepraktyczny. I wiecie co? Chcę go. To najlepsza bestia z dostępnych. Jeżeli chcecie, żeby auto robiło wrażenie, miało dużo mocy, radziło sobie wszędzie i było wkurzające – to auto dla was. Poczułem z nim więż. Jest zajebiste, wkurzające, czasami za duże, czasami za małe. I co z tego? Jest NAJLEPSZE.

fot. Sztos.pl

 

Autor jest założycielem Sztos.pl, współwłaścicielem i prezesem agencji kreatywnej Whisky Media. Wcześniej w LifeTube, był też szefem online’u magazynu National Geographic, NG Traveler, Focus. Pracował też w Gazeta.pl, NaTemat, Mastiff Media Polska. Wykładowca na wydziale dziennikarstwa Collegium Civitas. Fan samochodów, motorówek i whisky. Insta @lukaszmg

 

sztos.pl instagram @sztos.pl