Recepta została wypisana siedem lat temu, ale dopiero teraz cała sprawa znalazła finał w sądzie. Ojciec zabrał w sierpniu 2012 roku swoją 4-letnią pociechę na lekarską konsultację do doktora, którego dobrze znał. William Eidelmann wcześniej wypisywał mu medyczną marihuanę. Powód? Narkotyk miał pomagać mu w łagodzeniu konfliktów z żoną.

Tym razem doktor po półgodzinnym badaniu syna mężczyzny błędnie zdiagnozował, że dziecko ma zaburzenia afektywne dwubiegunowe i zespół zaburzeń koncentracji uwagi. W ramach leczenia zalecił mu przyjmowanie marihuany pod postacią ciasteczek. I na początku wszystko faktycznie było dobrze. Po zjedzeniu rano ciasteczka z maryśką, chłopiec stawał się spokojny. Jednak po powrocie z przedszkola dziecko stawało się agresywne.

Ojciec uznał, że trzeba zwiększyć dawki, co oznaczało, że jego syn miał jeść ciastka także między zajęciami. O ich podawanie w przerwie obiadowej poprosił pielęgniarkę. Gdy kobieta dowiedziała się o składzie ciasteczek, szybko poinformowała o tym dyrektorkę placówki, która zadzwoniła na policję. Sprawa trafiła do sądu.

Co ciekawe, rada lekarska nie uznała za błędne zalecenie marihuany dziecku. Błędem było to, że Eidelman nie skonsultował się z psychiatrą i postawił diagnozę, która nie była poparta dowodami. Ich zdaniem wybuchy złości i bycie pobudzonym wcale nie musi oznaczać, że dziecko ma jakiś problem. Z tego powodu cofnięto licencję mężczyźnie. Ten jednak się odwołał i czekając na decyzję, dalej prowadzi prywatny gabinet.