Jeden z bohaterów książki jest Finem. Z tego powodu ma chyba najlepiej ze wszystkich pozostałych. W wieku dwudziestu paru lat nie ma jeszcze gromadki dzieci do wykarmienia (jak bohaterka z Indii), drogi do sukcesu zablokowanej przez trudne dzieciństwo (jak bohater z USA), czy z góry ustalonego planu na życie (jak ta z Japonii). Jako jedyny ma czas i warunki, by spokojnie rozejrzeć się i zastanowić, kim chce być. Wyrusza w podróż po Azji i w prowincjonalnych Chinach przypadkiem poznaje człowieka, który nie potrafi czytać. Do tej pory analfabetyzm był dla niego kolejną procentową statystyką z opisu kraju na Wikipedii, która w sumie nic mu nie mówiła. Podobnie jak bezrobocie, PKB, przestępczość, gęstość zaludnienia, długość życia.

Fot. Tomasz Michniewicz

Te dane bardzo łatwo poznać, ale wbrew pozorom wciąż niewiele nam mówią. Podróżując po świecie, zwiedzając inne kraje wciąż oceniamy je przez polskie realia.

Dopiero poznanie kogoś, kto wychował się w mieście rządzonym przez kartele narkotykowe, albo musiał chodzić trzy godziny pieszo do szkoły, potrafi nieźle namieszać w głowie.

Zadanie przedstawienia siedmiu osób z daleka wziął na siebie Tomek Michniewicz w wydanym niedawno „Chrobocie”. Zaczynał jako autor tak zwanej literatury podróżniczej. Celowo piszę „tak zwanej”, bo wiele z tego, co trafia na półki księgarni w ramach tego gatunku z literaturą ma niewiele wspólnego. Często w relacjach autorek i autorów z dalekich stron krajów pojawiają się ich mieszkańcy, ale zwykle obsadzani w roli statystów dodających egzotyki fabule. Głównym bohaterem bywa zaś rzecz jasna sam podróżnik i jego perypetie.

Fot. Tomasz Michniewicz

Okej, nie zawsze musi to być złe. Takie egocentryczne gawędy Andrzeja Stasiuka mimo wszystko lubię poczytać. Pierwsze książki Michniewicza też były dobre jak na ten gatunek. Opowiadały o backpackerskiej włóczędze po Indiach i szukaniu skarbów w zatopionych wrakach. Przygodowe, męskie i porywające historie

„Chrobot” – o czym jest książka, o której wszyscy mówią

W nowej książce Tomek poszedł wręcz w antypodróżniczym kierunku i nie napisał o sobie ani słowa. Nawet nie się zająknął, ile wysiłku kosztowało go dotarcie do „najzwyklejszych ludzi świata”, czyli siódemki swoich bohaterów. Wszyscy pochodzą z innych miejsc, tak skrajnie odmiennych jak Japonia i Zimbabwe. Nikt w tym gronie nie jest ani specjalnym zdolniachą, ani życiowym fajtłapą, raczej lądują gdzieś pomiędzy. Amerykanin jest relatywnie dużo bogatszy od Ugandyjki, ale jak na realia swoich środowisk każdy jest tu średniakiem. Łączy ich coś jeszcze. Wszyscy są w tym samym wieku. To klasyczni milenialsi, pokolenie Y, urodzeni w drugiej połowie lat 80.

Fot. Tomasz Michniewicz

A z tego wynika najlepsza rzecz w całej książce. Ich historie nie są opisane jedna po drugiej tylko równolegle. Z całą paczką zaczynamy do dzieciństwa i dochodzimy do dziś czyli wczesnej trzydziestki. Od wspomnień z rodzinnego domu, przez szkołę, dojrzewanie, pierwsze związki, płynne wejście w dorosłość, albo dramatyczne zderzenie z nią.

Bo im dalej akcja posuwa się w czasie, tym bardziej życiorysy bohaterów się rozjeżdżają. Im dłużej czytasz, tym trudniej dopasować ci swoją historię do tej siódemki. Ale mistrzowska narracja tak wciąga, że próbujesz. Przypominasz sobie, jak to było u ciebie. Zastanawiasz się, jak poradziłbyś sobie w Indiach, Ugandzie, albo Kolumbii. Wychodzi ci, że miejsce urodzenia miało KOLOSALNY wpływ na to, kim jesteś i co robisz. Jest spora szansa, że jadąc do innego kraju, i spotykając jego mieszkańców, będziesz o tym pamiętać.

Fot. Tomasz Michniewicz

Na zachętę, wklejam sam początek

„Każda książka musi się gdzieś zacząć. Ta niech się zacznie w Finlandii. Noc, dom w lesie, wokół pustka. Za oknem tylko świerki, zorza polarna i śnieg. W środku chłopiec, lat sześć. Ma na imię Mika.

… i w Kolumbii. Tropikalna karaibska Buenaventura. Portowe zaułki, zgiełk, muzyka do rana i wszechobecne czary. Juanita kaszle. Ta ciągła wilgoć w powietrzu roznosi choroby.

… i w Japonii. Kanae właśnie kończy hoikuen. Żłobek, przedszkole, zerówka – wszystko w jednym. Za chwilę wejdzie w świat mundurków, krawatów i lekcji, podczas których uczeń nie ma prawa odezwać się ani słowem.

… i w Ugandzie.

… i w Kalkucie w Indiach.

… i w Springfield w stanie Missouri, w środkowych Stanach Zjednoczonych.

… i w zimbabweńskim buszu, gdzie przed domem biegają słonie, a noce spędza się pod gwiazdami, uważając, żeby hieny nie podeszły zbyt blisko, zwabione zapachem jedzenia.

Siedmioro dzieci w podobnym wieku, siedem różnych miejsc. Będą dorastać w tym samym czasie, ale nigdy się nie spotkają”.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl i dziennikarzem podróżniczym. Za dnia robi w branży PR. Po fajrancie zmienia się w zwolennika miejsc oddalonych od Warszawy – najchętniej o parę godzin lotu. Uwielbia po swojemu docierać w nieturystycznie rejony i opowiadać o tym. Przez lata publikował w magazynie „Podróże”. Teraz rozkręca własne podróżne projekty, m.in ten www.instagram.com/tamnicniema