Seria „Call of Duty” ma swoje lata. Zadebiutowała na rynku jesienią 2003 roku jako konkurencja dla niezwykle popularnego cyklu „Medal of Honor”. Zresztą zrobili ją ludzie, którzy wcześniej znajdowali się w obozie rywala. W nowej firmie dostali większą swobodę, w tym możliwość wprowadzania w życie autorskich pomysłów, na które dotychczasowy pracodawca nie chciał się zgodzić. W efekcie już pierwsza część serii była udana. Oferowała trzy kampanie (amerykańską, radziecką i brytyjską) osadzone w realiach drugiej wojny światowej, a także emocjonujący tryb multiplayer. Od tej pory każda kolejna odsłona „Call of Duty” próbowała być lepsza, zwłaszcza podczas zabawy w internecie. A „Medal of Honor”? Padł i jak dotąd nie zdołał skutecznie powrócić.

Mijały lata i seria „Call of Duty” obrastała w piórka. Zyskała podcykle poświęcone współczesnym i futurystycznym konfliktom, a przede wszystkim masę ulepszeń związanych z rozgrywkami sieciowymi. Już kilka lat temu kampanie wydawały się dodane nieco na siłę. Schematyczne i nie zawsze przemyślane, przypominały przeładowane efektami wprowadzenie do trybu multiplayer. Niewielu graczy je kończyło. Dlatego z punktu biznesowego w ogóle nie dziwi, że z nich zrezygnowało. Właśnie w „Call of Duty: Black Ops 4”!

Zabrali i nic nie dali

Nie jest łatwo ocenić mi tę decyzję. Z jednej strony całkowicie ją rozumiem. Z drugiej… akurat ja należę do graczy, którzy cenili single. Trochę z przyzwyczajenia (mam już swoje lata), trochę z chęci przejścia całej gry i zdobycia wszystkich trofeów, a trochę dla zabawy. Nie można zresztą powiedzieć, że te kampanie były tragicznie… Dlatego uruchamiając „Call of Duty: Black Ops 4” czułem się jakoś tak niepewnie. Oto zabrano mi coś, co zawsze dostawałem, a kompletnie nic nie dano w zamian. Nieprzyjemne uczucie. No bo jasne, multiplayer całkowicie wystarcza do dobrej zabawy, ale przecież single zawsze był. Nagle zniknął i mam się niby z tego cieszyć?

Dobrze, że jest samouczek, bo też przecież mógł wylecieć. Pozwala zmierzyć się z botami oraz poznać poszczególnych walczących. Potem można już spokojnie rywalizować w klasycznych rozgrywkach multiplayer i co-op oraz zupełnie nowym battle royale (tu nazwanym Blackout). Już po uruchomieniu tego pierwszego trybu okazuje się, że wraz z kampaniami zniknęła możliwość biegania po ścianach oraz wykonywania podwójnych skoków. To akurat dobrze. Usunięto pewne sztuczne rozwiązania na rzecz dużo bardziej naturalnego przeskakiwania przez przeszkody czy wspinania się na mury. Do tego poprawiono balans broni, podciągnięto oprawę graficzną, dorzucono nowe mapy czy bronie. Standard.

Call of Duty: Black Ops 4

Fot. Materiały prasowe

Tryby, czyli parę słów dla fanów

Multiplayer mimo zmian daje radę. Specjalistów jest dziesięciu, w tym sześciu starych i czterech nowych. Wśród czternastu dostępnych map pojawiają się takie klasyki jak Jungle, Nuketown czy Summit. TDM czy Kill Confirmed sprawdzają się całkiem nieźle, nowy Heist zaskakuje oryginalnymi i klimatycznymi pomysłami (gracze startują z pojedynczymi pukawkami i jednym tylko życiem). Tryb zombie – czyli co-op – świętuje z kolei swoje dziesięciolecie. Walczyć z umarlakami można między innymi na pokładzie Titanica oraz starożytnej arenie. A battle royale? Ostatnio stał się strasznie popularny i widocznie musiał się tu znaleźć. Budzi różne opinie.

Jedni twierdzą, że jest niesamowity. Bo to do sprawdzonych pomysłów z „PlayerUnknown’s Battlegrounds” dorzucił wysoki budżet i rozmach. Walka o przetrwanie z nawet setką ludzi siłą rzeczy budzi emocje. Inni uważają jednak, że ten tryb nie pasuje do świata „Call of Duty”, że Blackout jedynie kopiuje pomysły konkurencji i nic od siebie nie dodaje. Jest więc odtwórczy, a przecież to on miał być przełomem, czymś, dzięki czemu „Black Ops 4” zostanie zapamiętany na dłużej.

Call of Duty: Black Ops 4

Fot. Materiały prasowe

Warto? Warto!

Czy zatem warto sięgnąć po „Call of Duty: Black Ops 4”? Odpowiedź wydaje się oczywista. Jeśli ktoś lubił poprzednie odsłony właśnie ze względu na rozgrywki w sieci, nie powinien się wahać. Dostanie produkt, przy którym spędzi wiele wieczorów. Na pewno nie jest to przełom, na który niektórzy liczyli, ale… w pewnym sensie jest to rewolucja. Brak singla to przecież spora zmiana. Ciekawe, jak wpłynie na rynek?

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl, przetłumaczył ponad sto książek i pracował w wielu redakcjach. Prywatnie zdecydowanie bardziej wierny – ceni kino, książki, koty oraz (wyjątkowo nie na K) – gry video.