Przyszło mu już zamachnąć się siekierką na samego Sly’a, zastąpić Szwarcego na pozycji pretendenta do tronu Cymerii, zatańczyć maoryski taniec na przesłuchaniu do roli Khala Drogo i uratować świat u boku Batmana i Supermana. Dopiero jednak goszczący obecnie na ekranach „Aquaman” jest jego prawdziwym skokiem ku międzynarodowej rozpoznawalności. I komercyjnemu sukcesowi. Bo, mimo że stosunkowo popularny, amerykański aktor zawsze traktowany był z pewną pobłażliwością jako wyczynowiec, człowiek, który ruszy ze dwa razy umięśnionym cycem, puści do kamery oczko i zleje kogoś po mordzie.

Zdaje się przy tym, że trudno jest odpiąć owo publiczne wyobrażenie Momoi od jego filmowego image i między innymi dzięki temu stało się coś niespodziewanego. Coś czego nie zapowiadały ani zwiastuny, ani poprzednie próby doścignięcia rywali z Marvela przez DC. Film o facecie z Atlantydy okazał się, cóż, fajowy.

Blockbuster w najlepszym tego słowa znaczeniu

Zasługa to, oczywiście, nie tylko Momoi, ale jego Arthur Curry, pół-człowiek, pół-nadczłowiek, to rasowy swojak, który ma gdzieś królowanie i przepowiednie. Gość z ludu, który ma skopać tyłek nadętemu błaznowi o ludobójczych zapędach, a takich lubimy przecież oglądać. Przede wszystkim należałoby pewnie uchylić kapelusza Jamesowi Wanowi. Ten konsekwentnie realizuje bynajmniej nie specjalnie nowatorską czy wyjątkowo odkrywczą koncepcję kina, bo polegającą na przetworzeniu ogranych już sztuczek, lecz skuteczną i dochodową. Rzecz jasna nie mógłby tego robić, gdyby nie ogarniał tematu (albo nie był wyjątkowym cynikiem). I czasem nawet ta jego popkulturowa świadomość może razić, gdyż epatuje to Lovecraftem, to Verne’em, manifestując przy tym uwielbienie dla rozmaitych konwencji gatunkowych. Z tegoż powodu ogląda się tę wysokobudżetową kobyłę jako swoisty mariaż blockbusterowych skojarzeń niekoniecznie z tej samej bajki, ale czy kino musi być jednorodne? A gdzie tam.

Szczególnie że szwy trzymające poszczególne sekwencje „Aquamana” są mocne jak rybackie sieci (wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać). Fabułę zaś skonstruowano do pewnego stopnia na szablonie kina drogi, co pozwala niejedno wybaczyć.

Umyślnie nie mówię nawet słowa o intrydze, bo ta, choć prosta, ma jednak swoje poziomy złożoności, które lepiej odkrywać samodzielnie. Powiem tylko tyle, że przez te dwie godziny z niewielkim haczykiem serwuje nam się całe spektrum interpretowanych zgodnie z blockbusterowymi zasadami problemowych kwestii. Od potrzeby wywarcia zemsty za śmierć bliskich przez tęsknotę za dawno utraconą miłością po potrzebę odkupienia. Tyle że ważniejsze chyba od tego, o czym ten cały film opowiada jest to, jak wygląda, a wygląda fenomenalnie.

Jest nieźle, serio!

Po wyśmiewanym, drętwym plakacie reklamującym opisywany film spodziewałem się jedynie kiepskiego CGI i designu z przeceny. Tymczasem efekty specjalne (które oglądałem na ekranie IMAX) prezentują się tak dobrze, że miewałem ciarki, czego dawno, oglądając hollywoodzki bombastyczny spektakl, nie doświadczyłem. Lecz rozpływam się tutaj i rozpływam już którąś linijkę. można by pomyśleć, że „Aquaman” to jakieś arcydzieło. Nie, w życiu. Ale nie idzie o nisko zawieszoną poprzeczkę. Chociaż cieszy, że DC nareszcie zrozumiało, że droga do sukcesu nie prowadzi ku mrocznym zaułkom i smutnym panom z pelerynami. Chodzi o bezczelny sprint „na pełnej”. Śmierdzi tutaj serem, jasne, dialogi wygłasza się nieznośnie deklaratywne i nieraz będziecie jak John Travolta z internetowego mema, bo dzieją się rzeczy iście zdumiewające. Jednak z kina wyjdziecie nawet jeśli nie zadowoleni, to chociaż z myślą „No, nie było to jednak takie złe”.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Samozwańczy specjalista od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury i komiksów. Prowadzi fanpage Kill All Movies.