Szukaj

Na prąd też się da! – testujemy nowego elektrycznego Nissana Leafa

Nissan Leaf test
(Fot. Robert Wiertlewski / Na Krzywy Lej)

Pamiętasz z dzieciństwa wyprawy do wesołego miasteczka i przejażdżki autkami elektrycznymi? Przypominasz sobie, ile frajdy dawało te kilka minut za kółkiem? A co jeśli powiem, że można mieć taki fun na co dzień? No, może z wykluczeniem obijania się o innych współuczestników…

Pierwszy Nissan Leaf trafił na rynek w 2010 roku. Dokładnie rok temu zadebiutowała druga generacja tego japońskiego kompaktowego „elektryka”

TL;DR

Co jest „WOW”: 

– Cisza podczas jazdy

– Pełna moc od zera sprawia, że elektryczne auto wydaje się o wiele szybsze niż jest w rzeczywistości.

– e-Pedal – prowadzenie samochodu przy użyciu jednego pedału

– Bogate wyposażenie i całkiem niezłej jakości materiały wewnątrz

– W rzeczywistości jest większy niż się wydaje 😉

Co jest „naaah..” 

– Ponad 153 000 zł. Minimalnie

– Zasięg 389 kilometrów w cyklu miejskim – to wciąż za mało żeby wybrać się nim na drugi koniec polski.

– Ładowanie do 80 proc. trwa 60 min, ale infrastruktura obsługi elektryków jest w Polsce wciąż w głębokiej fazie początkowej.

Nissan Leaf test

(Fot. Robert Wiertlewski / Na Krzywy Lej)

Enjoy the silent

To co każdorazowo zaskakuje mnie podczas jazdy samochodami elektrycznymi – i nie inaczej było z Nissanem Leafem – to cisza. Niby to taka oczywista oczywistość, ale kiedy człowiek przekręca stacyjkę i nie słychać silnika, zawsze pierwszą myślą jest, że coś nie bangla i tylko palące się kontrolki potwierdzają, że jednak „odpalił”.

Prawdziwa zabawa jednak zaczyna się dopiero, gdy ruszymy (bezszelestnie oczywiście). Jest to absolutnie nieporównywalne z silnikami spalinowymi i namawiam każdego do spróbowania przy pierwszej nadarzającej się okazji. Pełna moc silnika właściwie od zera sprawia, że każdy start przypomina wystrzał z procy. Zapala się zielone światło i można pomachać kierowcom znacznie droższych sportowych samochodów. I choć przy 7,9 sekundy do setki w Leafie, przewaga szybko topnieje, założę się że zabawa wcale nie jest gorsza.

Nissan Leaf test

(Fot. Robert Wiertlewski / Na Krzywy Lej)

Ile kosztuje bycie oszczędnym i ekologicznym?

Schodząc na ziemię, mało kto może pozwolić sobie na kupienie auta jedynie do zabawy. Zwłaszcza że Nissan Leaf (podobnie jak inne stuprocentowe elektryki) do tanich nie należy. Cennik „zaczyna się” od 153 tys. zł.

Szczęśliwie łatwo znaleźć pretekst czy dwa, bo Leaf nieźle sprawdza się jako auto miejskie na co dzień. Oczywiście, o ile dysponujecie gniazdkiem elektrycznym w garażu.

Jest znacznie większy niż się wydaje na zdjęciach, w środku jest całkiem sporo miejsca (choć trochę mniej niż szacowałem, oglądając go z zewnątrz). Mnogość systemów wspomagających ułatwia życie mieszczuchom (szczególnie cenie sobie kamery, a tutaj oprócz wstecznej był jeszcze widok 360 stopni). Jeśli jednak dalej wahasz się, bo to jednak jak na Nissana spory hajs, to na plus zaskoczy wykończenie i materiały. Jest znacznie lepiej niż w przeciętnym aucie klasy średniej. Czy dobrze wygląda na zewnątrz, to kwestia gustu. Dla mnie większość elektryków jest odrobine przekombinowana (nie licząc Tesli), ale ten ekojapończyk ma swoje grono fanów. Mamusi bardzo się podobał.

Nissan Leaf test

(Fot. Robert Wiertlewski / Na Krzywy Lej)

Panie, prościej się nie da…

Poznałem też dzięki Leafowi nowinkę, z którą wcześniej nie mieliśmy okazji się poznać: e-Pedal. Inżynierowie Nissana wymyślili sobie, że po co nam dwa pedały skoro można prowadzić, używając jednego. Puszczamy pedał – samochód się zatrzymuje. Zwalniamy go szybko – samochód hamuje gwałtownie. Puszczamy wolno – samochód hamuje płynnie. Proste? Proste. Trochę ciężko na początku się przyzwyczaić, ale po kilku zbyt gwałtownych zatrzymaniach jest z górki. Brak skrzyni. Jeden pedał. Jedna kierownica i kamery wokół auta. Prościej chyba się już nie da.

(Fot. Robert Wiertlewski / Na Krzywy Lej)

Przyszłość nie śmierdzi

Pozostaje jeszcze jedna obawa, która zapewne towarzyszy osobom rozważającym zakup elektryka: zasięg. W nowej wersji Leafa jest całkiem nieźle. Producent podaje 389 km w cyklu miejskim. Ładowanie do 80 proc. trwa 60 min, o ile znajdzie się stację szybkiego ładowania. W praktyce oznacza to, że nie odważyłbym się do Szczecina pojechać Leafem. Patrząc jednak na tempo, w którym producenci zwiększają limit kilometrów do przejechania na jednym ładowaniu, przyszłość wydaje się być bezemisyjna.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl, fascynuje się fotografią motoryzacyjną i popkulturą. Więcej recenzji samochodów Roberta znajdziecie na jego blogu Na krzywy Lej oraz na Instagramie @Nkl_automotive

×

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Dowiedz się więcej