Wisła to klub z tradycjami, wiadomo. Jeden z najstarszych w Polsce (założony w 1906 roku), zdobywał liczne tytuły mistrzowskie w różnych dyscyplinach sportu. Dla większości kibiców liczy się jednak przede wszystkim piłka nożna, więc i w czasie obecnej zawieruchy zapomina się, że zmiany dotyczą tylko futbolistów, a nie np. koszykarek czy siatkarek. No ale dobrze, zostańmy przy piłkarzach i ich nędznym losie.

Potęga na lata

Dla młodszych kibiców to zamierzchłe dzieje, ale mam wrażenie, że Bogusław Cupiał przejmował władzę w Wiśle całkiem niedawno. Po prostu dobrze pamiętam moment, gdy zasłużony klub niemal z dnia na dzień stał się w rodzimej lidze prawdziwą potęgą. Właściciel firm produkujących jakieś kable błyskawicznie przemienił przeciętną drużynę w potentata, który seryjnie zdobywał mistrzostwa Polski.

Oczywiście nie wszystko wyglądało jak w bajce. Przecież ambitnemu biznesmenowi ani razu nie udało się wedrzeć do Ligi Mistrzów, co było jego oczywistym celem. Niejaki Misiek (jak okazało się ostatnio, osoba nadal wpływowa w klubie, można powiedzieć: działacz sportowy) rzucił nożem w Dino Baggio. Bywały też problemy z dogadaniem się z miastem odnośnie użytkowania stadionu. No ale generalnie było przecież całkiem fajnie: najlepsi polscy piłkarze w składzie, pamiętne boje z Realem Saragossa, Schalke Gelsenkirchen, Parmą i Lazio, a przede wszystkim krajowe trofea – klub, który przez wcześniejsze dziesięciolecia 5 razy zdobył mistrzostwo, w latach 1999-2011 dorzucił do kolekcji aż osiem tytułów. W ciągu tych 13 sezonów drużyna tylko raz znalazła się w tabeli niżej niż na drugiej pozycji!

No i sprawa się rypła

Z czasem przestawało być kolorowo. Właściciel był coraz bardziej zniecierpliwiony, trenerzy wylatywali z intratnej posady z prędkością światła, najlepsi piłkarze szybko wędrowali do zagranicznych klubów. Wyniki na krajowym podwórku przestały robić wrażenie, europejskie puchary stały się tylko miłym wspomnieniem. No i pieniądze jakby zaczęły znikać. Początkowo nie tak zwyczajnie, że ktoś coś z konta/kasy/sejfu wyciąga. Po prostu okazało się, że hojność sponsora/właściciela była pozorna – Cupiał nie tyle inwestował w klub, co pożyczał mu pieniądze. I nagle okazało się, że Wisła jest strasznie zadłużona wobec… swojego właściciela. Eh, zrozumie to chyba tylko ten, kto wie, dlaczego państwowe szpitale są zadłużone wobec polskiego budżetu.

Kabaret

Kto jednak narzekał na rządy Cupiała, teraz musi chyba za nim tęsknić. Bo kiedy biznesmen z Myślenic w końcu pozbył się udziałów w klubie, zaczęły się tam dziać rzeczy dziwne. Niby ogłaszano odbudowę, naprawę, tworzenie poważnej marki, ale tak naprawdę nastał swoisty letarg. Owszem, można było zakładać, że praca u podstaw wymaga cierpliwości, ale chociażby poważne problemy z wynajmem stadionu mogły być sygnałem ostrzegawczym. No i w końcu okazało się, że klub ledwo zipie, że jest na skraju, że tylko cud i poważny inwestor mogą Wisłę uratować.

Już rok temu w klubie pojawił się jakiś przedsiębiorczy inwestor, który miał za uszami tyle, że wystarczyło kilka dni na jego zdemaskowanie. Tamto doświadczenie jednak nie wystarczyło. W ostatnich miesiącach pojawiły się jeszcze ciekawsze opcje rozwoju. Był król z Kambodży, było konsorcjum, była Wielka Brytania, był też Luksemburg. A dla kibiców były obietnice świetlanej przyszłości.

A potem się zaczęło: ktoś podpisał, ktoś to podważył, ktoś został prezesem, ale jeszcze szybciej podał się do dymisji, ktoś inny dostał zawału. Z konta coś zniknęło, chociaż właściwie nie wiadomo, czy coś na nim było. Klub szybko zmienił plany z Ligi Mistrzów na krajową klasę B. Były zawodnik przestał być dyrektorem, inny były gracz zastanawia się, czy nadal być trenerem, a kolejny proponuje, że może występować w klubie za darmo.

Siła tradycji

W tym wszystkim pozostaje oczywiście pytanie o kibiców i tradycję. W końcu to nie wina fanów Wisły, że ich klub trafił w ręce szaleńców, szarlatanów i kabareciarzy z całego świata. Ale warto zauważyć, że wcześniejsze przyjście Cupiała i osiem mistrzowskich tytułów za jego rządów to też zrządzenie losu. Nawet jeśli dla kibiców „Białej Gwiazdy” sukcesy są elementem tradycji, a klęski i skandale to tylko wypaczenia, oczywiście niezawinione przez klub.

Żal mi Wisły i jej kibiców. Uważam, że miejsce takich klubów jest w ekstraklasie. W końcu to one wzbudzają emocje, a nie Bruk-Bet Nieciecza albo Groclin Grodzisk Wielkopolski, których egzotyka jest fajna przez sezon albo dwa, ale na dłuższą metę wszystkich nudzi.

Ale nie uważam, że trzeba na siłę trzymać w gronie najlepszych klub, w którym dzieją się te wszystkie szopki. Bo przecież przy okazji obecnych perypetii spod Wawelu pojawia się wiele pytań. Choćby takie:

Jeśli Wisła ostatecznie będzie kontynuowała grę w najwyższej lidze, kto i kiedy spłaci jej długi?

Jeśli zacznie się odbudowa klubu i wędrówka z najniższych klas rozgrywkowych, kto i kiedy spłaci długi poprzedników?

Czy miły piłkarz, honorowo oferujący grę za darmo, z równą dobrodusznością zadeklaruje regulowanie spłat wobec osób, którym klub jest winny pieniądze?

Dlaczego można przejmować całą pozytywną tradycję klubu w postaci zdobytych w przeszłości tytułów bez odpowiadania za jego grzechy i długi?

Nie tylko u nas

Wiem, nie tylko w Polsce występuje taki problem. Przecież wszędzie upadają kluby z wielką przeszłością. I generalnie nikt nie lekceważy faktu, że za pewnymi degradowanymi drużynami stoją tradycja i (przede wszystkim!) kibice. Więc jakoś ciągnie się je za uszy, ratuje, reanimuje, pozwala im na odstępstwa od reguł.

Ale niezależnie od sposobu rozwiązania kłopotu, zawsze pozostaje jakiś niesmak. Bo nawet jeśli dany klub ogłosi bankructwo, zmieni (tylko odrobinę, rzecz jasna) nazwę, zacznie wszystko od najniższej klasy rozgrywkowej, to z jakiej racji przypisuje sobie zasługi tego swojego zlikwidowanego poprzednika? I co myślą o tym ci, którzy już nigdy nie odzyskają należnych im pieniędzy? Czy aby na pewno zadowalają się świadomością, że przegrali z tradycją? Jaki stosunek mają wierzyciele klubu do kibiców, którzy zrzucają się na pensje piłkarzy (skądinąd też często poszkodowanych), a nie na zaspokojenie ich roszczeń? Dlaczego często również my, zwykli podatnicy, ponosimy konsekwencje czyjejś lekkomyślności i nadużyć? Bo przecież kluby często są winne pieniądze także nam.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Z zamiłowania kibic i turysta. Uwielbia Hiszpanię, Włochy i klub SSC Napoli. Jest redaktorem serwisu dla polskich kibiców www.napoli24h.pl. Publikował m.in. w „Focusie” i „Focusie Historia”.